Dom, który zbudował Jack (2018)

7817012.3

Oglądając „Dom, który zbudował Jack” zdałem sobie sprawę, że nowe kino Larsa von Triera do mnie zupełnie nie dociera. Zarówno „Nimfomanka”, jak i „Dom..” to dwa nudne, anegdotyczne, porozkładane na pojedyncze fragmenty filmy,  które ciągną się w nieskończoność i prowadzą do niemal żadnych odkrywczych wniosków. Owszem, Trierowi udaje się czasem wyprodukować małe perełki w pojedynczych scenach – jak fragment „muzyczny” w „Nimfomance” czy gag z niedoczyszczonym mieszkaniem w „Domu, który zbudował Jack”. W obrębie konkretnych scenek potrafi też zbudować napięcie i dramaturgię, jak w scenie otwierającej „Dom”. Problem zaczyna się w momencie spoglądania na jego filmy jak na pewne większe narracyjnie całości – Trier co raz mniej dba o pacing, spójne poczucie humoru, wizualne zróżnicowanie (wyjątek – ostatnia scena „Domu”!) czy poczucie eskalacji. Dba za to o to, aby było o filmie głośno i o obietnicę skandalu – po pokazie w Cannes reżyser-megaloman ponoć przyznał z rozczarowaniem – „they didn’t hated it enough”.

Cała reszta tego (2,5 godzinnego! mój boże święty!) filmu to dość standardowe nihilistyczne kino von Triera. Opowiadanie rozdziałami, roztrzęsiona praca kamery, erudycyjne wstawki z nawiązaniami do różnych form sztuki, historii a w tym przypadku nawet – do twórczości samego reżysera. Tytułowy seryjny morderca, Jack, to w istocie alter ego samego reżysera (suprajs, suprajs) . To artysta, architekt, który tworzy swoją sztukę korzystając z coraz bardziej kontrowersyjnych metod. „Dom który zbudował Jack” w swoich najciekawszych fragmentach – kiedy nie jest po prostu mechaniczną masakrą jak z kiepskiego slashsera – podejmuje dość infantylną dyskusję na temat tego, czy artysta może przekraczać granice moralności i czy może być z niej rozliczany przez jego publiczność.

W tym przypadku jednak całe to szokowanie to jednak zwyczajna sztuka dla sztuki. Film aż kipi od mizoginii (i nie interesuje mnie, że w przeszłości Lars tworzył barwne i ciekawe postacie kobiece –  ten fakt nie może być karta przetargową dla usprawiedliwiania tego filmu!). Pozbawione imion bohaterki mordowane przez Jacka to naiwne, często dość irytujące idiotki grane w poszczególnych epizodach totalnie na jednej nucie. Pojawiają się na chwilę, umierają w męczarniach a potem znikają, bo film nie potrafi wyjść poza punkt widzenia pozbawionego empatii, sardonicznie uśmiechającego się psychopaty z pretensjami.

O tym, jak słabą prowokacją jest cały ten film, niech świadczy chociażby jego odbiór przez sporą część recenzentów. Płacz niedocenianego artysty, jaki serwuje nam tutaj von Trier to przecież, jakiś śmiech na sali. Reżyser dalej jest w czołówce najważniejszych artystów kina (i to jak długo!), dalej zapraszany jest na najważniejsze światowe festiwale i bierze udział w konkursach o główne nagrody, dalej każdy ważny krytyk filmowy czuje się zobowiązany do skomentowania jego każdego kolejnego filmu i szukania w nim poczwórnego dna, dalej robi się wokół jego wypowiedzi i filmów szum, zamieszanie i generuje się nagłówki w mediach. To nie jest jakiś niszowy twórca, który ma coś odkrywczego do powiedzenia lub jakieś tabu do przełamania ale nikt nie zwraca na niego uwagi. To czołowa, kluczowa figura świata dziesiątej muzy naszych czasów. I chociaż zgodzę się, że bez takiej osoby kino byłoby nudniejsze, to niestety, na tym etapie już ciężko jest go po prostu traktować na serio.

Paradoksalnie moim ulubionym filmem Larsa von Triera pozostaje ten, który jemu samemu podoba się mniej czyli „Melancholia”. To własnie tam Lars skupiał się przede wszystkim na robieniu dobrego kina i przedstawienia ciekawego, ludzkiego punktu widzenia (perspektywa osoby cierpiącej na depresję). Von Trier używał wizualnych metafor końca świata i odpowiedniej kolorystyki zdjęć, aby opowiedzieć o pewnym stanie emocjonalnym postaci. Jest to film piękny artystycznie i poruszający relacjami głównych postaci. 

Tutaj mamy film za długi i pozbawiony życia. Niech o sile środków stosowanych w „Domu” świadczy chociaż by to: pierwsze morderstwo popełnione przez człowieka o imieniu Jack (!) zostaje dokonane na ulicy przy użyciu niedziałającego podnośnika (ang. jack!), a film wieńczy wesoło puszczone na cały regulator „hit the Road, Jack” Raya Charlse’a. Doprawdy błyskotliwe, co nie?

4/10

Człowiek Damian

Bumblebee (2018, Travis Knight)

pelicula-bumblebee

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Na początek potwierdzę rzeczy oczywiste, o których pisali już inni: tak, to zdecydowanie lepsze filmowe „Transformersy” niż te od Michaela Baya. „Bumblebee” jest od nich krótszy (trwa lekko poniżej 2 godzin), ma mniej akcji, bardzo przejrzysty montaż i zdjęcia, zachowuje ciąg przyczynowo-skutkowy i ma mniej opresyjny klimat oraz żarty niż rasistowsko-seksistowskie scenariusze, które przenosił na duży ekran Bay. Pytanie jednak jest takie: czy to naprawdę wystarczy, żeby film zasłużył sobie na taki poklask krytyki (93% na RottenTomatoes ze średnią 7.0)? Moim zdaniem niekoniecznie.

Odcinając się od wcześniejszych filmów, które ośmieszyły uniwersum zabawek Hasbro na dużym ekranie, „Bumblebee” dalej nie jest tak dobrą zabawą jak chociażby pierwsze „Pacific Rim” Guillermo del Toro. Tam twórca „Kształtu wody” stawiał na międzynarodową współpracę wśród bohaterów, epicki rozmach spektaklu i prawdziwe piękno designu i concept artów robotów i ich przerażających przeciwników. Nie znajdziemy w ‚Bumblebee’ ani jednej tak *epickiej* sceny jak ta, kiedy Gypsy Danger walczy z jednym z Kaiju dzierżąc w swojej metalowej łapie tankowca(!). W „Bumblebee” odnotowałem może ze 2 interesujące spektakularne ujęcia, cała reszta to raczej dość typowe bijatyki przerywane skakaniem po planie filmowym. Plus oczywiście humor: najczęściej dość slapstickowy, wynikający z pojawienia się słodkiego ale masywnego robocika w ludzkim domostwie.

Co więc zostaje: dość sentymentalnie, żeby nie rzecz melodramatycznie, opowiedziana historia głównej bohaterki. Zanurzonej w popkulturze lat 80. poczciwianki, która mieszka w ładnym domu w przyjemnej dla oka okolicy, której główny emocjonalny wątek polega na potwornie wręcz schematycznie poprowadzonym daddy’s issues. Charlie zmaga się z żałobą po zmarłym ojcu (z którym łączy ją pasja wobec samochodów) ale film zamiast walczyć o prawdziwe emocje, podkręca melodramatyzm całej sytuacji nieznośnie wręcz patetyczną muzyką w praktycznie co drugiej scenie.

„Bumblebee” oczywiście celuje w modną dzisiaj nostalgię za starą dobrą, popkulturą ale niestety to łechtanie widza powoduje spowolnienie narracji i brak poczucia filmowego dziania się. Dość powiedzieć, że jedyną interesującą ludzką interakcję dostałem tak naprawdę dopiero w ostatniej minucie filmu. Oczywiście nie zdradzę tej puenty ale gdyby cały film z taką lekkością opowiadał o dojrzewaniu i sprawach damsko-męskich, to byłby to dla mnie prawdziwy hit.

5/10

Człowiek Damian

Life (2017, Daniel Espinosa)

Life *****

life-2017-movie-trailer-images-1

Oglądanie „Life” Daniela Espinosy na dużym ekranie to jedno z najbardziej ekscytujących, aktualnie możliwych doświadczeń filmowych. Szwedzki reżyser już w pierwszych chwilach seansu dostarcza nam areał wrażeń: od czystego „kosmicznego porno” czyli podziwiania piękna bezkresnej przestrzeni i zamaszystych statków oraz stacji kosmicznych, poprzez trzymającą za gardło akcję przechwycenia próbki marsjańskiej powierzchni, po jednym ujęciem wejście w inżynieryjny, choć nie pozbawiony humoru świat życia głównych bohaterów –  astronautów z ISS. Taki jest właśnie cały film – zwarty ale posiadający kilka biegów, które Espinosa z dużą pewnością siebie zmienia zawsze wtedy, kiedy potrzebuje tego reżyserowana przez niego opowieść.

„Life” to jedno z najbardziej przerażających kosmicznych widowisk grozy, jakie kiedykolwiek ktoś miał śmiałość wykreować na ekranie. Właściwie niezniszczalny, będący produktem doskonałego wręcz procesu adaptacji i ewolucji, Calvin, wygrałby pojedynek z już oswojonym, prostym do zabicia filmowym Xenomorphem (naprawdę boję się tego, jak słabo będzie wyglądał „Alien Covenant” w porównaniu do tego filmu) w kilka szybkich sekund. Czytaj dalej