Life (2017, Daniel Espinosa)

Life *****

life-2017-movie-trailer-images-1

Oglądanie „Life” Daniela Espinosy na dużym ekranie to jedno z najbardziej ekscytujących, aktualnie możliwych doświadczeń filmowych. Szwedzki reżyser już w pierwszych chwilach seansu dostarcza nam areał wrażeń: od czystego „kosmicznego porno” czyli podziwiania piękna bezkresnej przestrzeni i zamaszystych statków oraz stacji kosmicznych, poprzez trzymającą za gardło akcję przechwycenia próbki marsjańskiej powierzchni, po jednym ujęciem wejście w inżynieryjny, choć nie pozbawiony humoru świat życia głównych bohaterów –  astronautów z ISS. Taki jest właśnie cały film – zwarty ale posiadający kilka biegów, które Espinosa z dużą pewnością siebie zmienia zawsze wtedy, kiedy potrzebuje tego reżyserowana przez niego opowieść.

„Life” to jedno z najbardziej przerażających kosmicznych widowisk grozy, jakie kiedykolwiek ktoś miał śmiałość wykreować na ekranie. Właściwie niezniszczalny, będący produktem doskonałego wręcz procesu adaptacji i ewolucji, Calvin, wygrałby pojedynek z już oswojonym, prostym do zabicia filmowym Xenomorphem (naprawdę boję się tego, jak słabo będzie wyglądał „Alien Covenant” w porównaniu do tego filmu) w kilka szybkich sekund.

Pojawienie się Calvina i sposób, w jaki się ten stwór rozwija szybko wprowadza czytelne podziały charakterów wśród głównych ludzkich postaci filmu. Po pierwsze, naukowiec, który nie widzi zagrożenia ale czuje fascynację;  po drugie: „typowy wyluzowany Amerykaniec”, który ma wszystko gdzieś i odważnie rzuci się na ratunek ludziom; po trzecie sztywna pani Komandor, która trzyma się protokołów i oficjalnych nazewnictw („Strefa 1, Strefa 2, Strefa 3”); jest też nihilista z rekordem spędzonych dni w kosmosie, on także odegra swoją rolę w tej historii. Ciężko przewidzieć, kto zginie w jakiej kolejności, bo film nie tylko gra ze schematami slasherów ale też w ramach samej fabuły potrafi wprowadzić element zaskoczenia.

Mając do dyspozycji taki setup,  tak dobry setting (ISS to czysta uczta dla oczu – film powinien skasować nominacje do Oscara za scenografię i efekty specjalne praktycznie z miejsca) oraz zielone światło od studia na kategorię R, Espinosa nie marnuje czasu i nie bawi się w ciuciubabkę z widzem. W scenie z sojuzem pod koniec drugiego aktu filmu, intensywność sięga praktycznie punktu szczytowego. Głośna muzyka rąbiąca z każdego głośnika, świetnie podbija dramaturgię do jakiej eskalowała sytuacja na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Film przypomina wtedy niemożliwą do zatrzymania spiralę nieuchronnie zmierzającą ku najgorszemu. Części sojuza walą się i rozpadają na części pierwsze, ktoś ginie, ktoś łapie się w ostatniej chwili za poręcz, która ratuje mu życie a potwór nie daje nawet na sekundę za wygraną. Tak żywego spektaklu grozy nie było na ekranie już dawno.

Inteligentnie przemyślany film, wolny jest od przywar schematycznych, gotyckich horrorów o kosmosie w rodzaju „Obcego. 8 Pasażera Nostromo” – więcej za to tu przemocy i gore. Złe decyzje bohaterów wynikają czysto z ekstremum sytuacji i ich charakterów , film sprytnie ogrywa też schematy deux ex machina (np. na stacji dosłownie pod ręką można znaleźć miotacz ognia ale jego użycie to w zasadzie pakowanie się w jeszcze większe kłopoty). Sam zaś Calvin nie jest tu typowym predatorem do mordobicia – to w pewnym sensie dziecko, które przerosło ewolucyjnie gromadkę otaczających go dorosłych (czyli ludzi). Calvin rozpycha się każdą macką i wejdzie w każdą dziurę, aby przeżyć.

Wreszcie mamy finał – jeden z najmocniejszych trzecich aktów ostatnich lat. Oczywiście, że jego wynik można przewidzieć nieco wcześniej ale to właśnie tu objawia się cała ambicja reżyserka Epinosy – reżyser wychodzi z klaustrofobii paru pomieszczeń kosmicznej stacji i serwuje nam opowieść znacznie większą, znacznie bardziej przerażającą i jednocześnie o wiele bardziej filozoficzną niż wcześniej cokolwiek by na to wskazywało.

Nagle w jednej chwili historia paru bohaterów staje się historią wszystkich. W tej samej też chwili wiemy już o czym jest ten film – to mroczna, nihilistyczna wizja samotnej bezradności ludzkiego gatunku. Uwikłani w rozliczne bliskie relacje z ludźmi i uzbrojeni w instrukcje i protokoły bezpieczeństwa, pozostajemy jako gatunek kompletnie bezsilni wobec samego potęgi samego życia.

I nie ważne czy to są to groźne bakterie, wirusy, których mamy pod dostatkiem czy prawdziwe potwory jak w tym filmie – w starciu z nieznanym, obojętnie czy jesteśmy u siebie w domu czy w środku kosmosu, nie pozbędziemy się tego, zżerającego nas od środka poczucia lęku o własne bezpieczeństwo i możliwość przetrwania.

Damian Szyma

 

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s