Feed on
Wpisy
Komentarze

Przyjaciel gangstera

Przyjaciel gangstera ****

Ruby (Jean Reno) to budzący respekt gangster, który trafia do więzienia. Tam spotyka Quentina (Gerard Depardieu), poczciwego złodziejaszka, który swoim nieustannym gadaniem doprowadzi po kolei wszystkich do szewskiej pasji. Ruby przygotowuje plan ucieczki. Niespodziewanie w dniu jego realizacji zostaje porwany przez Quentina i obaj uciekają na wolność. Największy, najbardziej irytujący fajtłapa i największy gangster.

Duet to dla komedii dobry, do tego grany przez dwie wielkie gwiazdy francuskiego kina. Komediowy Depardieu spisał się perfekcyjnie. Reno z kolei niegdyś Leon Zawodowiec, nie miał problemów z rolą poważnego mafiosa. Obydwaj są jak alfa i omega, jak czarne i białe, jak -1 i 1. Dzieli ich niemal wszystko, ale okazuje się, że nie mogą sobie bez siebie poradzić. Znakomicie się uzupełniają. I na zasadzie takich różnych przeciwieństw, mieszania akcji z refleksją, uczuciowości z czarnym humorem, dobra ze złem, został zbudowany film “Przyjaciel gangstera”- komedia bez zobowiązań, prościutka i szybka, trwająca zaledwie ponad 80 minut. Ani nie obowiązkowa, ani nie do omijania z daleka. Po prostu: jak gdzieś na nią wpadniemy w tv lu na dvd, to można popatrzeć.

No a tymczasem ja wybieram się na krótki “urlop” od recenzowania. Do zobaczenia….oczywiście w kinie!

szymalan

Transformers

Transformers *****

Zwykle jest to tak, że gigantyczna hollywoodzka produkcja promowana jest przez tony figurek zabawkowych dla dzieci, jednak z “Transformerami” jest odwrotnie- to najpierw był szał na roboty dla dzieci, które mogły się zmieniać w samochody, boom-boxy, czy telefony komórkowe. Teraz po ponad dwudziestu latach od debiutu wysłużonych zabawek mamy film, który czerpie z nich inspirację. Na temat produkcji, procesu jej powstania, formowania się scenariusza i pierwszych koncepcji i pomysłów, można by napisać pokaźną pracę magisterską. Ponieważ jednak zakładam iż nie wszyscy czytelnicy mogą być fanami Transformersów , przejdę do recenzowania omawianego filmu.

Za reżyserie produkcji wziął się Michael Bay- kinowy spec od wielkich i spektakularnych produkcji, twórca m.in. “Armageddonu” (bardzo w sumie podobny film do “Transformers”) i “Pearl Harbor”. Jednym z producentów wykonawczych z kolei jest Steven Spielberg. Jego chyba już przedstawiać nie trzeba. Od czasu pełnometrażowej animacji made in Japan o walkach Autobotów i Deceptikonów (pierwsze to te dobre, a drugie to złe roboty) minęło już 24 lata i trzeba przyznać, udało się zrealizować film w odpowiednim momencie i na tyle dobry, aby przekonał także tę cześć publiczności, którym nazwa z jego tytułu nic konkretnego nie mówi.

No więc w filmie podobnie, jak i w owej animacji trwa właśnie wojna pomiędzy dwoma rasami robotów z kosmosu, której teatr działań przenosi się nieoczekiwanie na Ziemię, na której ma się znajdować Wszechiskra- ogromny sześcian naładowany czystą energią, który jest w stanie uaktywnić wszystkie urządzenia elektroniczne świata. Autoboty chcą ją zniszczyć, ponieważ nie chcą aby kość zasiała zniszczenie wśród Bogu ducha winnych ziemian. A Deceptikony pragną dla odmiany ją odnaleźć, bo kiedy przejmą stery nad całą elektroniką świata, będą mogli go podbić.

Współrzędne miejsca, w którym znajduje się Kość, wyryte są na okularach prapradziadka Sama Witwickiego- głównego bohatera filmu (Shia Labeaouf). Dla niego sytuacja ta będzie dość nietypowa, w końcu typowy amerykański nastolatek myśli głównie o problemach szkolnych, toczy bezkrwawe boje z rodzicami, szuka dziewczyny i marzy o ładnym samochodzie. Ten ostatni właśnie dostaje od ojca za trzy piątki w szkole. Problem jednak, kiedy okazuje się, że jego pierwsza bryka jest w rzeczywistości jednym z Autobotów…

Jest to produkcja czysto rozrywkowa, typowa komercha dla multipleksów. I tu nie powinniśmy być pobłażliwi tylko każdy możliwy błąd wyłapywać. Wszystko, co mogłoby przeszkodzić w oglądaniu. Stąd też takie filmy zwykle dostają tak niskie oceny krytyków. Mógł Bay ten film schrzanić całkowicie. Roboty mówiące po angielsku, bohater, który ratuje świat, żołnierze biegają po ekranie, dość patetyczna muzyka. Do tego tempo na 300 procent, efekty specjalnie dominują film. Ale nie tym razem. To, o czym napisałem oczywiście jest, jednak od czasów “Armageddonu” reżyser wreszcie nauczył się jak kręcić tego rodzaju widowiska, aby nie wyszło głupkowato.

Uratował Bay “Transformersów” przed totalną żenadą zmieniając wszystkie możliwe wady w zalety. Główny bohater jest zabawny i charyzmatyczny, co jest zasługą głównie Shai LaBeaufa, który wykrzesał z siebie tyle energii i humoru, że Bruce Willis z “Armageddonu” to przy nim stary nudziarz. Bay patos podlewa humorem, który jest dostosowany do różnych kategorii wiekowych (różni widzowie w różnym wieku reagują inaczej w różnych miejscach i nie zawsze śmieją się z tego samego). Nie jest prawdą, że “transformers” to film przeznaczony dla 13 letnich chłopców. Byłem w kinie i widziałem jak wspaniale bawili się na nim także całkiem dorośli faceci, a ich żony wcale nie mniej.

Bo największą żenadą jest właśnie takie traktowanie tego filmu. Że żenada, beznadzieja o robotach dla małych dzieci etc. A wystarczy odrobina dystansu do tego, co oglądamy. I można się bawić przez całe 138 minut. Bo tu nie chodzi o mądry, logiczny, superinteigentny film z scenariuszem na miarę filmów Bergamana. Liczy się niesamowita akcja, zapierające dech w piersiach walki, niesamowite efekty specjalne. Reszta musi być tutaj funkcjonalna. Pozbawiony badziewnego gadania o śmierci wielkich miast, wszystkich tandentych przywar katastroficznych produkcji, “Transformers” jest dynamiczną produkcją, która wszystko co pokazuje, pokazuje z przymrożeniem oka. Bay sam naśmiewa się tu z “Armageddonu” , czy “Wyspy”. Wreszcie wie, że kręcenie filmów w tym gatunku, musi być zrobione w odpowiedni sposób, musi wiedzieć jak uniknąć beznadziejnej kiczowatości.

Jeśli ma się nawet ochotę można się doszukiwać tutaj takiego prostego przesłania: zawsze warto mieć coś w sobie z dziecka. Zawsze warto wierzyć w niesamowitą przygodę, w której stajemy się bohaterami wielkich wydarzeń. Podczas “Tranformersów” widz siedzi wpatrzony w ekran i nie potrafi się oderwać. Zachwyt nad stroną techniczną, podziw dla zgrabnego scenariusza, który unika jak może szybkich przeskoków czasowych, tak że ma się wrażenie produkcji , której akcja rozgrywa się w czasie rzeczywistym. Rozliczne wątki spójnie prowadzone są do końca i tworzą jedną ładną mozaikę. Nie ma za dużo “pieprzenia od rzeczy”, gdzie trzeba są dialogi, gdzie nie trzeba ich nie ma.

Tyle tam takich cudeniek, wspaniałości i smaczków, że trzeba by recenzji na 10 stron A4 i było by mało by je wszystkie wymienić . Spójrzcie na kolorystykę zdjęć jakby żywcem wyjęta z klimatu “Łowcy Androidów”. Zresztą tamten film to najlepszy film s.f. w historii kina ambitnego. Od teraz “Transformers” rządzą rozrywką w tym gatunku.

szymalan

Hallam foe

Hallam Foe ****

Hallam (Jamie Bell pamiętny “Billy Elliot”) siedemnastolatek pełen dziwnych przyzwyczajeń. Telewizji nie ogląda, ale jego obsesją jest podglądanie ludzi. Najczęściej przez okna. Chłopaka trapi tajemnicza śmierć matki. Czy utopiła się w pobliskim ich domu jeziorze sama czy ktoś jej w tym pomógł? Hallam chce za wszelką cenę rozwiązać zagadkę i w tym celu opuszcvza dom gdzieś na odludziu i jedzie do miasta. Tam spotyka przypadkiem kobietę, która wyglądem przypomina mu jego matkę. Zakochuje się w niej, wszędzie za nią chodzi no i oczywiście podgląda nocami.

Bohater to prawdziwy freak. Żyje w swoim własnym świecie. Mieszka w drewnianym domku na drzewie, izoluje się od rówieśników, dziwnie się ubiera, zakłada na głowę dziwne futrzane czapki, do tego maluje się niczym żołnierz na wojnę. Jeste przekonany, że matkę zabiła mu macocha dla ojca i wielkiej posiadłości. A teraz spotyka kobietę, która jest podobna do matki i zaczyna się z nią spotykać. Czyżby był ten słynny syndrom Edypa- że coś ciągnie synów do matki bardziej niż ojców? Trudno wyjaśnić. Na pewno jest to film o taki dziwaczeniu, które ma swoje uzasadnienie. I z pewnością, choć historia ta jest dość wydumana, “Hallam Foe” to kawałek porządnego kina o dorastaniu do prawdziwej miłości.

szymalan

Łowca Androidów

Łowca Androidów- ostateczna wersja reżyserska *****

Na początku było słowo, czyli powieść Philipa K. Dicka “Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?”. W niej Dick opisał świat futurystyczny, w którym po nuklearnej katastrofie ludzie zastąpili zwierzęta domowe -psy, koty, konie, owce- ich sztucznymi kopiami. Ludzie wytworzyli pozaziemskie kolonie, gdzie zatrudnili niemal identyczne kopie samych siebie. CI zaś wszczęli bunt (bo mają tylko 4 lata życia, bo mają przeprowadzane jakieś idiotyczne psychologiczne testy..), który po cichu stłumić mają specjalnie wyszkoleni do zabijania androidów tak zwani Blade Runner- Łowcy Androidów. Jednym z nich jest detektyw Rich Deckerd (Harrson Ford)- główny bohater filmu. Otrzymuje zlecenie załatwienia 4 replikantów. Jednak im dłużej z nimi przebywa i ich poznaje, tym bardziej wątpi w sens swojej pracy. Rozmaite rozmyślania prowadzą do paradoksalnych wniosków na temat istoty człowieczeństwa.

“Łowca Androidów” to naprawdę niezwykły film. Bo niezwykłe jest też jego droga do dzisiejszej ostatecznej wersji reżyserskiej, która niedawno ukazała się w polskich sklepach na DVD. Pierwotnie reżyserem miał być Martin Scorsese, jednak dość szybko wycofał się z projektu. Prawa do ekranizacji książki Dicka wykupił mało znany ambitny aktor Hampton Fancher, który wręcz uparł się, aby “Blade Runnera” wyreżyserował Ridley Scott. W 1979 roku ukończony był już scenariusz filmu, budżet 28 milionów dolarów (dosyć sporo jak na tamte czasu)zamknięty, jednak zdjęcia ruszyły dopiero dwa lata później.

Film zrealizowano trzeba przyznać w ciężkich bólach. Reżyser wyobraził sobie jak powinien wyglądać ten obraz, kiedy kiedy w latach 70. włóczył się po HongKongu, podpatrując narkomanów w dzielnicy portowej. To tam odnalazł mieszankę zła i szaleństwa, potrzebną w takim filmie jak “Łowca Androidów”. Wg Scotta, film miał być bardzo oryginalną, awangardową wizją w formie bardzo mrocznego, klimatycznego komiksu -kryminału okraszoną licznymi walorami wizualnymi. Te koncepcje, tak często krytykowane potem przez recenzentów, przyczyniły się do powstania filmu niebanalnego , pozbawionego uproszczeń, o co ciągle wołali producenci filmu, który wiedzieli iż w tamtym czasie najlepiej sprzedawały się produkty łatwe i lekkie. Amerykańska widownia zachwycała się “Gwiezdnymi wojnami”, “E.t” i “Star Trekiem”, podczas gdy “Łowca Androidów” -poruszający dylematy egzystencjalne, z poważnymi dialogami i poważnymi pytaniami bez prostych odpowiedzi, stał się finansową klapą.

Było niemal pewne, że “Łowcę Androidów” czeka śmietnik ambitnych porażek, skoro film zwrócił się tylko w połowie i nie był chętnie oglądany przez widzów. Taki los jednak spotkał niemal wszystkie filmy, które po latach okrzyknięto arcydziełem. I tak jest w tym przypadku. Nagle, po latach, ludzie zaczęli zachwycać się filmem Ridleya Scotta. Analizowali, rozmyślali podczas rozlicznych pokazów telewizyjnych i seansów na wideo. Film powoli urastał do rangi kultowego. Nagle z pustego, trudnego widowiska wyłoniła się niejednoznaczna, mroczna i poetycka opowieść poruszająca tematy rangi dośc wysokiej. Filozoficzne pytana o naturę człowieka, czy też religijne metafory relacji człowieka z Bogiem. Scott otrzymał od widzów mnóstwo uwag na temat pierwszej kinowej wersji filmu i zaproponowano mu przemontowanie obrazu i pokazanie widzom wersji reżyserskiej. Skończyło się na pokazaniu wersji roboczej, która wszelkich zmian nie uwzględniała. W roku 1992 weszła na ekrany kin i stała się wielkim hitem.

No więc dlaczego dopiero po latach film zyskał status kultowego? Ano odpowiedź jest prosta:wykreowana w nim wizja wyprzedziła epokę. Nie pasowała do w miarę spokojnych lat 80. kiedy o wszelkich cyber-zagrożeniach przyszłości nikt jeszcze nie myślał. Dziś mamy XXI wiek, wszystko opanowały niemal komputery i mechanizacja. Taka wizja idealnie wpasowuje się właśnie akurat teraz. Do tego jeszcze  mamy czasy kryzysu religijnego, ludzie zadają sobie pytania o naturę człowieka. “Łowca Androidów” robi się wręcz przerażający w swojej wymowie.

“Widziałem rzeczy, w które wy, ludzie, nie bylibyście w stanie uwierzyć(…).Wszystkie te chwile przeminą bezpowrotnie, porwane strumieniem czasu, jak łzy w strugach deszczu…Czas Umrzeć…”- czy takie słowa mógłby wymówić umierający Bóg? Czy jego śmierć przyniosłaby odkupienie tym, którzy wydali nań wyrok, mylnie uznając za demona zniszczenia? Czy byłoby to zamknięcie ostatecznej szansy na poznanie wiedzy o istocie dycha, który zdolny jest zamieszkać nawet w maszynie? Czy stworzona przez Dicka na podobieństwo człowieka emanacja Boga miała nam uświadomić, że dar wolności nieskończonej i podobieństwo do Stwórcy oznacza również odpowiedzialność za to co sami tworzymy?

Ridley Scott zadaje pytania o istotę człowieczeństwa. Jeżeli wyobrazimy sobie oś, na której mamy zero-oznacza materię nieożywioną, a nieskończoność oznaczać będzie absolutnie najwyższy poziom uporządkowania- Boga, człowiek musi znajdować się gdzieś pośrodku skali. Co nas różni od androidów, skoro i one zdolne do uczuć, marzeń? Czy w sferze duchowej w ogóle cokolwiek nas dzieli? Jaka jest różnica między człowiekiem a Bogiem? Przecież to właśnie te maszyny myślące, nadają nam status Stwórcy. Wszystko to pytania bez odpowiedzi, co jest rzeczą najwspanialszą w tym filmie.

Scott nakręcił zatem film absolutnie genialny, przełomowy. Owszem, nie powiem, oglądałem pierwszy raz i chwilami mnie trochę przynudzał. Jednak im dłużej o nim myślę, tym wydaje się jeszcze doskonalszy. Takie filmy najbardziej docenia się po którymś tam dopiero seansie. jednak co najważniejsze: mamy chyba najbardziej wyrafinowany wizualnie film s.f w historii kina. Mroczny, gdzieś tam pokapuje deszcz, dziesiątki neonów oświetlają mroki ulic. Zresztą nie ma o czym mówić. To znaczy jest, ale tyle, że lepiej włączyć film i zobaczyć. To niesamowite połączenie futurystyki z klimatami Los Angelem plus motywy azjatyckie, a nawet starożytnego Egiptu. Ale film jak udowodniłem już wcześniej, nie jest jedynie pokazem wyprzedzających epokę efektów specjalnych i klimatu zawieszonego między zdegradowaną przeszłością, a zdehumizowaną przyszłością. Scott udowodnił, że fantastyka też może się do czegoś przydać, nie tylko do kreowania nowych światów. Może też być dziełem na poważnie. Stawiającym odważne, ważne pytania światu widzialnemu.

szymalan

Koń wodny: legenda głębin

Koń Wodny: Legenda głębin ***

Kolejny film fantasy oparty na jeszcze niezekranizowanej powieści. Od czasu jak technika filmowa poszła znacznie do przodu i jak sukces osiągnął “Władca Pierścieni” Petera Jacksona, robienie filmów tego gatunku stało się bardzo opłacalne. Niestety jednym wychodzi to dobrze, ale inni odstają od poziomu. Ponieważ “Konia wodnego” reklamuje się jako film twórców “Opowieści z Narnii”, możemy mówić o gigantycznym rozczarowaniu.

Trwa właśnie II wojna światowa. Mały szkocki chłopiec mieszka wraz z matką w ogromnym domu i czeka na swojego ojca, który znajduje się na froncie. Bohater czuje się sam i sporo czasu spędza nad jeziorem Loch Ness. Tam na plaży odnajduje ogromne jajo, z którego wkrótce wykluwa się stworek, który rosnąc w kosmicznym tempie z dnia na dzień (3 metry w ciągu nocy!) staje się powoli mieszkańcem jeziora, ponieważ nie może pozostać w domu z racji iże może być dość uciążliwy. Chłopca i Konia Wodnego, legendarnego potwora, który może może być tylko jednym przedstawicielem gatunku jednocześnie na świecie, połączy nić przyjaźni.

Z racji iż zdecydowanie nie należę do targetu tego filmu, nudziłem się jak rzadko kiedy na fantastyce. Nie ma to ani wciągającej fabuły “Harrego Pottera”, ani urokliwości “Opowieści z Narnii”, ani widowiskowości “Władcy Pierścieni”, ani emocji “Mostu do terabithii”. Za to dostajemy kolejny słabiutki, wywleczony do przesady film z efektami specjalnymi, który można wyświetlać w tvn w wielkanocny poranek familijny. Nic oryginalnego, nic pociągającego. Wizualnie właściwie nuda: tylko konik wygląda ładnie, reszta jak w byle jakiej familijce filmowej. Wszystko sprowadza się do promowania przyjaźni bezinteresownej i do końca. Zaś o samej legendzie potwora z Loch Ness dowiadujemy się tak szczątkowych informacji, że aż szkoda zachodu, jeśli kogoś właśnie tematyka przyciąga do kina.

Widowisko trwa 110 minut, z tego 60 to film wojenny. To już przesada w filmie, który przeznaczony jest dla widza w przedziale 4-8 lat. Reszcie odradzam w ogóle.

szymalan

Bliskie spotkanie trzeciego stopnia ****

“Bliskie spotkanie trzeciego stopnia” Stevena Spielberga należy do nieśmiertlenego kanonu klasyki kina sience fiction- filmów takich jak “Obcy- ósmy pasażer Nostromo”, “Łowca Androidów”, czy “2001:Odyseja kosmiczna”. Człowiek, kiedy zaczął podróżować w kosmos, zaczął się zastanawiać. A co jeśli gdzieś jeszcze poza Ziemią istnieje życie? Jeśli tak, to gdzie i czy te istoty są pokojowo nastawione wobec nas? Dalej: Jak wyglądają? Czy mają mowę, jakiś system poruzmiewania się? Pytania można mnożyć.

Steven nie bawi się jednak w żadne analizy i nie próbuje wytworzyć możliwie najbardziej prawdopodobnej wizji obcych, zgodnie z obowiązującymi prawami fizyki. Bardziej interesuje go za to zachowanie się społeczeństwa wobec dającego o sobie znać “nieznanego”. Choć i tu pokrętnie nie bawi się w rozdrabnianie na grosze. Jedno jest pewne: jest to najbardziej widowiskowy film o ufokach z lat 70-80. Jego problemem są za to okropne dłużyzny, szczególnie w środkowej części filmu, kiedy Spielberg bawi się przez moment w psychologa i próbuje pokazać jak świruje człowiek, który widział UFO.

Grupka nieznajacych się ludzi z jakichś irracjonalnych powodów wyrusza do stan Wyoming w USA, gdzie coś “ciągnie” ich na górę zwaną Diablską Wieżą. A teren to otoczony jest przez władze, które bronią dostępu. Ma tam zostać przeprowadzony niezwykły eksperyment w związku z przybyszami z kosmosu, którzy pojawiają się na niebie w kolorowo oświetlonych statkach kosmicznych. Towarzyszy temu wiele niewzykłych zjawisk, w tym tajemniczych zniknięć ludzi.

Celem filmu Spielberga nie było wystraszenie widzów na sali, mimo iż chwilami bardzo się starał aby utrzymac napięcie, co zresztą mu się udało. Jednak nie zobaczymy tutaj przerażających statków zabijających wszystko co się rusza. Pozbawiony hałasu  i rozbuchania późniejszej spielbergowskiej “Wojny Światów”, film ten mówi głównie o ludzkiej ciekawości, o bardzo ludzkim pragnieniu prawdy, ale i nie tylko- pragnieniu odkrycia czegoś niezwykłego. Takim bardzo prozaicznym, typowym.

To wszystko jednak nic. Nie ważne, nikogo z widzów to nie będzie obchodzić. Ważne jest, że przez 115 minut się nudzimy trochę, ale ostatnie 20 minut ro najlepszy kawałek kina o kosmitach w dziejach. Kapitalna sekwencja pojawienia się majestatycznego statku z ludźmi i kosmitami, zapada w pamięć. I choćby po to warto ten film zobaczyć.

szymalan

Paranoid park

Paranoid Park ****

Kolejny film Gusa Von Santa o nastolatkach. Film to dość udany, ale w porównaniu ze “Słoniem”, mamy tu do czynienia z dosyć lekkim dramatem, któru jednak ogląda się dość męcząco. Bo tym razem przesadził von Sant z ilością spowolnionych medytacyjnych ujęć- nie zawsze zresztą są one uzasadnione. Stąd “Paranoi park” chwilami będzie dla widzów przyzwyczajonych do teledyskowych błyskotek rzeczą nie do przejścia, mimo krótkiego czasu trwania -80 minut.

Alex to nastolatek niby taki jak każdy inny, ale jednak inny. Rodzice się rozwodzą- w USA standard. Szkoła, koledzy i dziewczyny. Taki codzienne błahostki, które jeśli zabraknie dystansu do życia, urastają do rangi katastrof egzystencjalnych. Oprócz tego Alex jest też miłośnikiem jazdy na deskorolce i sporo czasu spędza w Paranoid Park- nielegalnym miejscu schadzek miłośników skateboardingu. Do tego jego dziewczyna myśli głównie o seksie, jego koledzy to też nie są osoby do pogadania. A nasz bohater trapiony jest przez problem, przez ogromne wyrzuty sumienia, które nie dają mu spokoju ani minuty.

To się stało w pobliżu Paranoid Park. Pożyczył nieznanemu facetowi deskę, a ten zaoferował mu piwo i przejażdżkę na pociągu (nie, nie “w’”, tylko “na”). Zauważył ich ochroniarz i w ułamku sekundy wylądował on pod kołami pociągu pędzącego po drugim torze. Teraz Alex ze swoim problemem, którego nie potrafi wyrzucić z głowy, pozostał niemal całkowicie sam.

O nastoletnim, dorastającym życiu młodzieży za wiele odkrywczego film nie ma do powiedzenia. Typowa historia nastoletniego bohatera, który nie umie pogodzić własnych demonów z własnym życiem (”Są inne problemy niż szkoła, koledzy i dziewczyny. Jak głodujące dzieci w Afryce, czy wojna w Iraku”)- zakłopotany, niepogodzony z życiem i ludźmi. Poważniejsze jest spojrzenie na owo poczucie winy. I na to, że nie ma jak rozwiązać problemu. Bo on nie skończy się przecież w momencie śledztwa, które zresztą wcale nie jest tu istotnym elementem fabuły, wręcz “wymogiem koniecznym” jest scena przesłuchania deskorolkowców przez policjanta. Najważniejsze są sceny w których bohater usiłuje zapomnieć o tym, co się stało, lecz otoczenie nie daje za wygraną, bo właśnie ktoś przychodzi do szkoły przesłuchać w tej sprawi albo ktoś mówi o tym w telewizji.

Do tego mamy tu wręcz studium piętna mordercy. Cały rytuał wyrzucania deski, zacierania śladów na ubraniach, prysznic- jakby miał z siebie zrzucić cały brud tego, co uczynił. Zresztą właśnie scena brania prysznica jest chyba w całym filmie najbardziej wstrząsająca- spuszczona głowa, kamera w milczeniu niemal przypatruje się chłopakowi, który jakby chciał całkowicie przestać istnieć, oderwać się od przyziemności, nie wracać do niej. O czym też dowodzi następna scena- pobudki w coś jakby szklarni. Kompletna izolacja.

Na szczęście nasz bohater znajdzie w tym jakiś klucz. Jego dziewczyna, z którą w końcu się przespał, okazała się jego moralnym przewodnikiem. Wyrzuć to z siebie, poczuj się lepiej- jakby zdaje się mówić w ostatnich wskazówkach do Alexa. I chyba ratuje mu psychikę przed całkowitym kryzysem.

Szkoda, że historia po 80 minutach się urywa. Tak nie zabradzo wiadomo co z tego filmy wynika. Dla mnie to studium poczucia winy wobec innych “stałych” życiowych problemów. No bo to się w gruncie rzeczy przedstawić udało. Sam film to polecałbym na DVD, w kinie może być nie do wytrzymania.

szymalan

Starsze wpisy »