Najlepsza muzyka filmowa 2016 roku

091516-nocturnal-animal-lead

Czwarty rok z rzędu łączę z autorką bloga @Apetyt na Film siły, aby setki przepracowanych meilowych dyskusji, rozmów i debat, dzielenia się muzyczno-filmowymi przeżyciami, zachwytami, zaskoczeniami i rozczarowaniami, przetopić w końcu na początku kolejnego roku w bliźniaczy bloggerski wpis, będący rankingiem najlepszej muzyki filmowej roku minionego. 

Nie było w tym roku arcydzieł – nie było Hansa Zimmera piszącego dla Christophera Nolana (ale spokojnie – dzieje się to właśnie w tej chwili a efekty już w lipcu tego roku) a inni nasi ulubieńcy mieli różną formę. Nie znaczy to jednak, że muzyka filmowa nic w tym roku nie znaczyła. Choć nadal ubolewam jak po macoszemu często traktuje się muzykę oryginalną w polskim kinie (i takoż jej wydawanie w formie płytowej), to jednak właśnie Polak, Abel Korzeniowski, w zasadzie obrabowany właśnie z oscarowej nominacji,  napisał w tym roku jedną z najbardziej frapujących partytur, doskonale zresztą znajdującą się jako kontrast do niezwykle mrocznego dreszczowca Toma Forda. 

Mimo braku szokujących zachwytów, było to rok ciekawy i jak zawsze ciężki do podsumowania. Dlatego po prostu polecamy posłuchać, tym razem już bez topu albumów roku, za to top 15 ulubionych utworów roku, z których pierwsza zaprezentowana poniżej 10stka jest topem wspólnym – moim oraz Klapserki – a ostatnie 5 utworów to indywidualny bonus, którego klapserkowy wariant znajdziecie oczywiście pod tym linkiem 

Czytaj dalej

Reklamy

Kino 2016 #10

conjuring_2Obecność 2 *****

Cokolwiek by nie mówić o „Obecności 2” i o innych filmach Jamesa Wana, trzeba przyznać, że facet w pewien sposób przywraca szacunek wobec horrorów robionych przez wielkie studia. Sequel kasowego filmu z przed paru lat powtarza praktycznie każdy sukces oryginału – dużo zarobił, dostał bardzo dobre recenzje krytyków, ma świetne aktorstwo, jest kapitalny technicznie (jego mastershoty są rewelacyjne w budowaniu napięcia) i ogólnie jest to jeden z najlepszych blockbusterów i filmów rozrywkowych całego roku. W drugiej części Wan jest jednak ambitniejszy: z prostego filmu o nawiedzonym domu, tym razem zrobił prawie-że epicki, ponad dwugodzinny thriller, pełen wątków i motywów, niesamowicie sprawnie poprowadzonych pewną ręką do samego końca. Jest to o tyle ciekawy film, że akcenty tym razem są nieco szerzej rozłożone. Owszem, mamy rozbudowany wątek demonów a nawet demonów na usługach demonów – i w sumie kilku różnych przeciwników ale film obroniłby się i bez tego. Główna rodzina nawiedzona przez okrutnego Valaka mogłaby by być dotknięta tak naprawdę jakimkolwiek innym problemem lub kataklizmem: ich desperacja i bezsilność są nieprawdopodobnie przekonująca na ekranie. Ale i to nie wszystko: cały film można by też odczytać jako po prostu melodramat o Warrenach, ludziach którzy zajmują się w tej serii zjawiskami paranormalnymi. Wan już od pierwszej sceny ich miłość stawia w centrum fabuły a potem zaskakuje momentami czułości i dbałości o siebie nawzajem. Do tego stopnia, że kiedy intensywny film zwalania na moment w środku aby Patrick Wilson zagrał na gitarze albo kiedy pod sam koniec zakochani zaczynają tańczyć do Elvisa Presleya – może wstyd się przyznać, ale na seansie tego pełną gębą horroru, autentycznie poczułem wzruszenie i ciepło bijące z ekranu. Rewelacja, seans do wielokrotnej lektury. 

7733302_1-3Angry Birds Film ***

Oparta na appce na wszystkie mobilne platformy animacja o wkurzonym ptaku, którzy przechodzi terapię uspokajającą ale którego temperament może się wszystkim mieszkańcem ptasiej ziemi jeszcze nieźle przydać. Okazuje się bowiem, że pewne pozornie sympatyczne zielone świnki próbują przejąć niczym kolonialiści ziemię ptaków oraz pożreć (!) ich dzieci. W odwecie, ptaszyska muszą zaatakować miasteczko świnek i przemocą rozwiązać cały problem. Od połowy film wygląda więc jak kino wojenne dla dzieci. Ale pomijając wątpliwy kontekst filmu, jakby żywcem wyjęty z głowy Donalda Trumpa (wszyscy, którzy są inni to na pewno terroryści!), mamy tu mało śmieszny film, który jest jednak na tyle dziarski i kolorowy, że jak ktoś szuka czegoś, co jest lepsze niż siedzenie i patrzenie się w ścianę przez 85 minut, to…mógł trafić gorzej.I to w zasadzie tyle. 

Damian Szyma

 

Kino 2016 #9

Zakładnik z Wall Street ****

7733301_1-6Film Jodie Foster, która opowiada o kryzysie finansowym w formie thrillera sensacyjnego rozegranego w czasie rzeczywistym (czas akcji równa się tutaj czasowi trwania filmu).  Efektem jest film może nie najmądrzejszy na świecie, pisany grubą krechą i wyliczony na tanie zaskoczenia ale zrobiony z taką reżyserską werwą, że można w trakcie seansu zapomnieć o upływającym czasie. „Zakładnik” działa przede wszystkim jako dobry croud-pleasure. Pała wściekłością wobec obliczonych na tanie show mediów (akcja rozgrywa się w środku głupiego programu giełdowego) i oczywiście wobec wielkich bezdusznych korporacji. Staje po stronie wykorzystanych, skrzywdzonych i oszukanych przez system i dopytuje – jak główny bohater – o odpowiedzi. Czy ten wątek przekonuje? Średnio. Ale zanim zanim ta przekombinowana opowieść zamieni się we współczesną wersję „Pieskiego popołudnia”, dostajemy pierwszorzędny, szalenie cieszący oko,  obraz telewizji na żywo widziany od kulis. Z tryskającymi charyzmą w ilościach nieprzebranych Georgem Clooneyem i Julią Roberts w rolach głównych. 

7739725-3Warcraft. Początek **

Jedno z największych rozczarowań roku, na które szedłem ze sporym bagażem dobrej woli. Bo przecież fantasy, które lubię bo ekranizacja gier, przy których lubię spędzać czas, bo do tego zapowiadająca się niegłupio historia, nie sprowadzająca się do typowego „dobrzy ludzie vs źli orkowie”. Próbujący być niejednoznaczną opowieścią o orkach-imigrantach, „Warcraft”, cierpi niestety na syndrom prawie większości współczesnych franczyzowych blockbusterów: potwornie dużo odhaczania tu wszystkiego. Odhaczania zdarzeń, lokacji, gadżetów, wątków, odhaczania także postaci i opowieści o nich. Za mało tu zaś prawdziwego filmowego mięsa: wygranych scen, reżyserii interakcji między postaciami, oddechu w budowaniu tego świata. Dość powiedzieć, że w trakcie pokazu zmęczony byłem już chyba w 10 minucie, kiedy film zdążył wyświetlić mi w krótkim czasie chyba z 4 napisy oznaczające kolejne nowe lokacje. A potem było już tylko coraz gorzej i coraz mniej sensownie. 

Damian Szyma

Kino 2016 #8

Summer Camp *

wefz46l9Jest w tym dedykowanym dla mało wymagających nastoletnich widzów slasherze pewien interesujący pomysł. Bohaterowie przyjeżdżają do Hiszpanii na małe wakacje i szybko padają ofiarą „tajemniczego wirusa”: wirus działa tak, że na pewien czas bohaterowie zamieniają się w agresywne, wrzeszczące zombie(?), po czym wracają do normalności. Teoretycznie powinno to powodować niezłą grę w kotka i myszkę: nie wiadomo (jak w słynnym „Cos”) komu można zaufać i kiedy ktoś zamieni się na nowo w potwora żądnego krwi. Niestety reżyser nie korzysta z największego atutu swojego scenariusza, za to do zobrzydzenia funduje nam sceny wrzasków i rzygania krwią. Jako miłośnik gatunku, wiele jestem w stanie w nim zaakceptować i kupić ale jak żyję, przysięgam, że tak irytującego shitu nie widziałem w tym roku w kinie. 

Zanim się obudzę ***

beforeiwakeposterJeden z tych tegorocznych filmów, które widziałem już kilka miesięcy temu – pamiętam, że się go dobrze oglądało ale w głowie nie zostało mi po nim dzisiaj już nic poza widokiem komputerowych motyli. Bohaterem jest tutaj adoptowany chłopiec (Jacob Trembley zanim zdobył sławę znakomitym „Room”), którego sny wizualizują się na oczach jego nowych rodziców. Kiedy ma sny dobre -pojawiają się piękne, ogromne motyle. Kiedy śnią mu się koszmary – pojawiają się duchy i potwory. Niestety ostatecznie zbyt wiele elementów jest tu zbyt lightowych i wziętych z innych filmów o nawiedzonych domach i problematycznych dzieciach. W tej historii o przepracowywaniu rodzinnych i osobistych traum z przeszłości, brakuje niestety konkretniejszej reżyserskiej krawędzi – wygładzone zdjęcia i dialogi, stonowane aktorstwo. Wszystko jest powolne i subtelne, film nie daje nam ani na chwilę poczucia terroru, jakie potrafił rozpętać James Wan choćby w swojej znakomitej „Obecności”. O porównaniach – skoro film wchodzi na terytorium mrocznego fantasy – do Guillermo del Toro nawet nie chcę zaczynać mówić. Nie jest to okropne, po prostu bardzo nijakie. 

szymalan

Kino 2016 #7

#WszystkoGra **

7728363-3Nie przepadam za musicalami – są długie, rozwleczone piosenkami, syntetyczne fabularnie i większość z nich mnie męczy. Ale ten koszmarek, który przyszło mi obejrzeć samemu na sali w kinie, był przeżyciem wyjątkowo przygnębiającym. Raz jeszcze polskie kino próbuje brać się za kino gatunków, i raz jeszcze przykro oglądać tego efekty. Przede wszystkim – piosenkowy groch z kapustą. Zamiast oryginalnych utworów słyszymy same – od T-Love po Maanam – oklepane hity polskiej muzyki rozrywkowej. I podobnie jak w „Mamma mia” piosenki Abby – kawałki porozrzucane są w fabule czysto pretekstowo. Po prostu nagle totalnie mało angażująca historia z postaciami, których motywacje są totalnie naciągane się zatrzymuje a bohaterowie zaczynają śpiewać i wykonywać dobrze zaplanowane numery choreograficzne. Niestety film nie posiada ani trochę z energii jaką tryska „Mamma mia” – z kina wyszedłem z głową zwieszoną w dół i totalnie bez żadnej inspiracji. 

Modelka ***

7737097-3Europejski melodramat zrobiony przez Zentropę (wytwórnię Larsa von Triera) w kooprodukcji z Polską. Młoda dziewczyna z prowincji przybywa do wielkiego paryskiego świata mody, który szybko ją rozczarowuje i wpędza w serię nieoczekiwanych kłopotów i problemów miłosnych. Na pewno podoba mi się intymny klimat tego filmu. Widać w nim ogromny wysiłek włożony w naturalistyczny klimat zdjęć, staranny dobór muzyki (słyszany już w zwiastunie), dyscyplinę aktorską (a mamy tu przekrój od aktorów z Hollywood po polską prawdziwą modelkę, Charlotte Tomaszewską) , bardzo dobrze zrytmizowany montaż. Czego więc szkoda, że tylko trzy gwiazdki? Że cały ten nastrój pryska z chwilą, gdy orientujemy się, iż całość to w gruncie rzeczy proste romansidło o zdradzie. najpierw jednej, potem kolejnej i kolejnej – świat mody to tylko tło dla kolejnych seksualnych przygód, z czego totalnie nic nie wynika. Szkoda, bo o ile na czas seansu jest to bardzo przyjemne dla zmysłów doświadczenie, o tyle pięć minut po seansie po głowie tłucze się totalna, głucha pustka. 

szymalan

Kino 2016 #5

beksinskiOstatnia rodzina *****

„Ostatnia rodzina” nie jest filmem o Zbigniewie Beksińskim, ani tym bardziej o rodzinie Zbigniewa Beksińskiego. Nie jest to też film o malarzach,  typowych artystach i ich codziennych życiowych rozterkach. Wreszcie nie jest to też film o rodzinie – jakiejś, uniwersalnej, wziętej nie wiadomo skąd, „typowo polskiej” niczym główni bohaterowie „Placu zbawiciela” z przed dekady.

Film Jana P. Matuszyńskiego to raczej swoiste rodzinne case study – ale z widzem w roli głównej. Reżyser-debiutant otwiera przed nami drzwi do mieszkania tej rodziny i tworzy najpierw przestrzeń do oddychania, poruszania się i przebywania wśród nich. A potem daje nam czas do oswojenia się z nimi i w końcu do aktywnego przeżywania ich codzienności i ich większych lub mniejszych dramatów i kryzysów.  

To, co w „Ostatniej rodzinie” wydaje mi się najciekawsze toto, że Matuszyński zdaje się nie przyjmować żadnego punktu widzenia. Nie wyciąga wniosków ani nie podsuwa żadnych tez. Kiedy pojawił się przed pokazem przedpremierowym w katowickim kinie Światowid (był to seans jeszcze przed pokazem na FF w Gdyni) , nie wiedział za bardzo co powiedzieć: „ja tu tylko przyszedłem zaprezentować produkt”, jak powiedział skromnie. Również jak oglądam wywiady z bezpretensjonalnym jak jego film twórcą i pada pytanie o rozumienie tytułu (dlaczego „ostatnia rodzina”?) , opowiada on albo pokrętnie albo niesatysfakcjonująco. Dla filmu tytuł nie stanowi jednoznacznego komentarza do całości – jest tylko pustym miejscem, w który każdy może wpisać swoje dogmaty. 

Co więc widzimy  w tej rodzinie? Przede wszystkim rodzaj zawieszenia w czasie i przestrzeni. Choć film rozgrywa się przez okres dobrych trzech dekad, film nie epatuje odwołaniami do ważnych wydarzeń społecznych czy kulturalnych przez radio, gazety czy dialogi- coś , o co pokusiłby się nie jeden polski twórca. Beksińscy zdają się jakoś żyć obok tego, są sami dla siebie, nie „biorą udziału w wielkiej historii” bo nie muszą. Sama ta historia też nie ma nich większewgo wpływu  – mają swoje sprawy i pasje, które ich interesują. Jest w tle malarstwo Zbigniewa, jest fascynacja muzyczna i miłosne rozterki Tomka, są uwiecznienia tej codzienności na taśmach i nagraniach, wreszcie są choroby i odejścia kolejnych członków rodziny z tego świata. Czas mija i w sumie niewiele się zmienia. 

Czemu więc ten afabularny, anarracyjny, epizodyczny i pozbawiony spójnych typowo filmowych konfliktów i kinowej dramaturgii kawał dwugodzinnej opowieści ogląda się tak dobrze? Czemu tak fascynuje i drażni zarazem? Może wynika z to jasno oddzielonych temperamentów głównego trio głównych bohaterów. Skrajnie emocjonalny, rozchwiany syn, stoicki ale wyrazisty ojciec, wreszcie będące gdzieś pośrodku, bardzo zbalansowana, odrobinę trochę będąca na drugim planie matka. Tak jasna definicja tych trzech postaci sprawia, że w widzu pojawia się napięcie związane z tym, kiedy ktoś wyjdzie z swojego stałego stanu – i  jak te charaktery będą się ścierać ze sobą w różnych sytuacjach. Ta dynamika wbija w trakcie seansu w fotel. 

Kto szuka w „Ostatniej rodzinie” plakatowego „niezwykłego świata beksińskich” – ten mocno się rozczaruje. Nie ma w tej filmowej rodzinie praktycznie niczego na pozór niezwykłego czy szokującego. Matuszyński i jego ekipa zdjęli rodzinę znaną z polskich mediów z krzyża polskiej historii – oraz z tabloidów – i nakręcili film o zwyczajnych, sympatycznych, trochę dziwnych, trochę irytujących ludziach, mających swój własny świat. Świat na blokowisku w wielkim polskim mieście. Tam, gdzie dzieją się te najprostsze i te najbardziej fascynujące rzeczy zarazem. Jak w życiu, jak w kinie. 

szymalan

 

 

 

Kino 2016 #5

Ratchet i Clank *

large_large_duksgz4wurypn9yyqplujgsjfrnOparta na serii gier video, przygodowo-familijna animacja zaczyna się sceną jak z „Gwiezdnych Wojen” – eksterminacją całej planety. Potem jest tego jeszcze więcej a cała fabuła obudowana jest wokół machiny, która ma za zadanie niszczyć całe światy. Film opowiedziany jest przy scen przemocy, głupich sarkastycznych dowcipasów oraz postaci, które nie mają żadnej osobowości. Tak jak i zresztą osobowości nie ma sam obraz – pełen klisz i podkradzionych pomysłów z różnych marek kina przygodowego i starych motywów z gatunku science-fiction. Pozbawiony wrażliwości i sprytu animacji Pixara oraz Dreamworks Animation (o kiepskiej jakości grafiki 3D nie wspominając) film, jest jednym z najbardziej wymagających cierpliwości seansów roku 2016. Jako dodatek do wypasionej edycji kolekcjonerskiej gry może byłby do zaakceptowania ale jako pełnoprawne dzieło kinowe, to po prostu pstrokaty irytujący gniot. 

Hardcore Henry ****

large_4z7s1mf3eu3fnma6arzxvyl7tl6Film, w którym nie chodzi absolutnie o nic, poza prędkością. Nie ma tu postaci –  za to można znaleźć w napisach końcowych takie charaktery jak „Dziewczyna z burdelu numer 27” (i „Dziewczyna z burdelu 26” itd). Nie ma tu narracji do głębokich – czy w ogóle jakichkolwiek – rozkmin. Nie ma tu też właściwie żadnych wizualnych pomysłów. Poza jednym , głównym – i dyktującym tu absolutnie wszystko. Nakręcony w całości z perspektywy POV „Hardcore Henry”, to jedna z najbardziej szalonych rzeczy, jakie można było w ostatnich latach oglądać na dużym ekranie. Od momentu jak główny bohater (czyli de facto widz!) ucieka z dryfującej w powietrzu stacji badawczej, film już nie zwalnia na dłużej niż parę sekund. Dostajemy kino akcji , w którym akcja jest wszystkim; film ogołocony z kontekstów i służący tylko do podziwiania z perspektywy pierwszej osoby precyzyjnie zaplanowanej choreografii walk i pościgów. Kino zrobione z  miłości do gier i funkcjonujący dokładnie w taki sposób jak rozrywka tego medium. Kolejne poziomy (wyraźnie oddzielone – jest „escort mission”, misja snajperska, pościg samochodowy itd), kolejni bossowie, kolejne checkpointy i kolejne cut-scenki dodające odrobinę narracji. Nie wiem czy obejrzę to drugi raz ani czy chciałbym oglądać więcej filmów zrobionych w taki sposób ale – cholera, to jest po prostu ekstra!  

7732493-35 Fala **

Katastroficzny blockbuster dla nastolatków. Jest w tym filmie taka scena, kiedy jeden z głównych bohaterów dokonuje heroicznego ratunku innej postaci i nagle słyszymy  z jego ust słowa : „Teraz czuję się taki… ludzki”. I to mniej więcej mówi sporo o tym, jaką zawartość można znaleźć w ładnym opakowaniu widowiskowej „5 Fali”. Co zostaje widzowi, który nie czuje klimatu Yound Adult movies? Chociażby np. przypominanie sobie kolejnych filmów science-fiction lub ekranizacji innych młodzieżowek, z których się tu zrzyna w każdej jednej scenie. Albo aktywne współczucie Chloe Grace Moretz, z którą nikt tu nie potrafi grać. Ale w sumie to lepiej w ogóle nie iść i nawet nie zaczynać oglądania. 

high_rise_2014_film_posterHigh-Rise ***

Warto było , aby powstał ten film bo dzięki temu mamy kolejny znakomity soundtrack Clinta Mansella. Cała reszta „High-Rise” próbuje być czymś w rodzaju kina metaforycznego na haju  – symbol goni symbol, wielki wieżowiec, piętra, bogaci, biedni, wyżej postawieni, niżej postawieni. Dopóki film jest ledwie setupem tego świata i odkrywa przed nami to unierwsum w powolnych ujęciach i przy głośnej muzyce Mansella, „High-Rise” jest intrygujący, zabawny i zaskakujący. Ale od momentu jak apokaliptyczna wizja zepsucia i degrengolady człowieczeństwa bierze górę nad fabułą – film traci całą parę niemal w jednej chwili. Powtarzalne powolne ujęcia gwałtów, orgii i wandalizmów, jednostajny ton, brak spójności i narracyjnej koncentracji wytrącają wszystko, co ten film ma dobrego do zaoferowania. W sumie wychodzi taki video-art dla ciekawych ale jako dobry filmowy dramat toto po prostu nie działa. 

captain-america-civil-war-imax-posterKapitan Ameryka. Wojna Bohaterów ****

„Civil War” ma mnóstwo (czytaj za dużo) postaci, sporo wątków,  jest zdecydowanie za długi i ma chyba z 5 kulminacji – ale to i tak chyba najlepszy film Marvel Cinematic Universe do tej pory. I jest to prawdopodobnie pierwszy film od czasu zakończenia Batmanów Nolana, który nie wygląda jak „kino superbohaterskie” (czyli jak każdy pieprzony film MCU a teraz też i DeCU ever) ale jak prawdziwy film. Są nie tylko momenty – są całe, wygrane sceny. Są nie tylko kostiumy – są postacie, które posiadają charaktery i motywacje. Są nie tylko zwroty akcji – jest fabuła z zupełnie niezłym czarnym charakterem.  Trochę szkoda, że film wchodzi w momencie, w którym kino superbohaterskie tak strasznie spowszedniało i nie przestaje tak już ekscytować, bo w innym wypadku być może byłby to szoker na poziomie „Mrocznego Rycerza”. A tak jest po prostu dobre kino rozrywkowe. Mimo wszystko, dumnie noszę sobie T-Shirt z tego filmu, w kinie byłem dwa razy a nowy Spider-Man to jedna z moich ulubionych filmowych postaci roku, licząc wszystkie obejrzane filmy. Braciszkowie Russo, much obliged! 

szymalan