Moonlight (2016, Barry Jenkins)

Moonlight *****

moonlight-q

Chociaż zakończenie tegorocznej Gali Rozdania Oscarów było jednym z najbardziej pamiętnych i zabawnych momentów w historii telewizji XXI wieku (do jęczących o kompromitacji – relax ludzie, to tylko różnej jakości coroczne show o bogatych ludziach przyznających sobie nawzajem statuetki), nie dajmy sobie zapomnieć, że będący w centrum tej draki „Moonlight” to film naprawdę wybitny –  który, jak sugerują niektórzy, wcale nie prosi się o szybki tabloidowy rozgłos albo o punkty dodatnie za sam temat.

Opowiedziana w trzech partiach, historia Chirona i jego dorastania w południowych stanach Ameryki, wieńczy segment poświęcony już dorosłemu życiu bohatera. O ile pierwsze dwie trzecie filmu (dzieciństwo; okres nastoletni) opowiedziane są w formie rozsypanych scen, efektywnie ujmujących najważniejsze momenty i wątki z życia bohatera, o tyle finałowe pół godziny filmu to istny emocjonalny cios w podbrzusze. Jedna, z natury teatralna (film oparty na sztuce), choć sfilmowana jak wielkoekranowe widowisko, rozciągnięta w czasie sekwencja, w której kumuluje się całe emocjonalne, seksualne i społeczne napięcie, które  zbierało się przez dotychczasowe życie Chirona. Spokój pustej restauracji, spotkanie po latach, nostalgia czasu którego już nikt nie odda i doświadczeń, które zmieniły po drodze wszystko. Co zrobili ci aktorzy lub ten reżyser – ciężko powiedzieć ale na naszych oczach toczy się nagle stawka o czyjś skrawek szczęścia, prawdy, tożsamości.  

To właśnie ta finałowa, niezręczna randka głównego bohatera w restauracji, jest wyreżyserowaną do perfekcji kodą opowieści o młodym mężczyźnie, dla którego nawiązywanie jakichkolwiek relacji z ludźmi nigdy nie było ani łatwe ani też nie zawsze przysparzało mu szczęścia (w połowie filmu zostaje potwornie zdradzony, film bezpardonowo rozprawia się też z wątkiem rodzinnym). „Moonlight” to opowiedziany ze zdumiewającą powściągliwością emocjonalną filmowy poemat – chwilami muzycznie i zdjęciowo „podkręcony” jak dobra opera – na temat potrzeby męskiej bliskości i konfliktach, której są tej męskości nieodłącznymi elementami. Dotyk versus uderzenie, kumpelstwo versus miłość, wrażliwość versus siła.

„Moonlight” to film, który znakomicie oddaje pewne stany: ten, kiedy świat weryfikuje naszą seksualność szybciej niż my sami. Ten, kiedy zdajemy sobie sprawę ile przeszliśmy od pierwszego pocałunku do szukania w drugiej osobie poczucia bezpieczeństwa.  I jak łatwe, cudownie ekscytujące jest to pierwsze, a jaką przepaścią nie do przeskoczenia może być to drugie –  kiedy już dawno życie nas rozczarowało i mózg zmusza nas do realistycznego, dojrzałego myślenia o przyszłości.

O zaletach aktorsko-technicznych pisał nie będę – o tym pisali już wszyscy. Oddychający prawdziwą artystyczną wolnością „Moonlight” wcale nie szokuje ani nie prowokuje, chociaż gdyby chciał, to przecież mógłby. 5 minut przed końcem seansu zdałem sobie sprawę, że nawet nie zauważyłem momentu, kiedy dzieło Barry Jenkinsa wycisnęło ze mnie łzy. To nie film o „czarnych gejach” – to film o najbardziej podstawowej bolączce nawiązywania kontaktu z drugim człowiekiem. Ciężko się od jego magicznego czaru uwolnić.

Damian Szyma

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s