The Revenant (2015, Alejandro Gonzalez Inniaritu)

Zjawa ***

the-revenant-poster.jpg.838x0_q80Podziwiana z pozycji wygodnego miejsca w dobrym multipleksie „Zjawa”, jest filmem imponującym. Pod względem estetycznym, film Inniaritu wydawał mi się najbardziej świeżą propozycją w kinie epickim od czasu „Avatara” Jamesa Camerona. 

Jak trąbiono w każdym wywiadzie, film został w całości nakręcony przy naturalnym świetle. I to naprawdę działa. Choć „Zjawa” puszczana jest w kinach w wersji cyfrowej HD, to autentycznie sprawia wrażenie, że nie siedzimy przed gigantycznym telewizorem, tylko oglądamy czyjąś filmową wizję na duży ekran. Pojedyncze, krótkie ujęcie kamery przelatującej delikatnie nad wodą na początku filmu naprawdę zapiera dech i transportuje widza do innej rzeczywistości.  

Podoba mi się też w tym filmie rola Toma Hardy’ego, który póki co wyrósł na mojego ulubionego aktora Hollywood. Hardy ma w sobie pewną aktorską artystyczną czystość, rodzaj skromności charakteru, który sprawia, że jako aktor oddaje się totalnie zrozumieniu konwencji filmu. W przeciwieństwie do Leonardo di Caprio, który cały czas gra tutaj cierpiącego i błagającego o Oscara Leonardo di Caprio, Hardy totalnie znika za postacią, wydaje się (kolejny raz po „Mad Maxie”, „Incepcji”, „Locke”, „Mrocznym rycerzu powstaje”) żyć w świecie filmu od lat, nosi za sobą całą przeszłość tego świata i tego bohatera. Jego bohater – szuja nie z tej ziemi – jest też zresztą o wiele ciekawszy niż postać Di Caprio, którego nagła zmiana motywacji nie nosi za sobą żadnego seansu w końcówce filmu. 

Cała reszta seansu, to wszystko czego od drogiego, oscarowo namaszczonego filmu podpisanego przez Inniaritu, można się spodziewać. Z kina wyszedłem z poczuciem, że mimo całej technicznej wiruozerii, poświęcenia aktorów i ekipy, przeładowania filmu pięknymi obrazami i symbolmi i próbie ukręcenia dramaturgii z całej tej opowieści i jeszcze dodania do tego spektaklu jakiejś wartości dodanej –  „Zjawa” po skończeniu seansu osiąga zaskakująco niewiele.

I to właśnie brak tej kumulatywnej energii, której potrzebuje każdy film a już zwłaszcza trwający tak długo, to mój największy zarzut pod adresem reżysera. Wszak filmy to nie pojedyncze ujęcia, pomysły i idee –  to dramatyzacja, utrzymanie suspensu i narracyjny flow, sprawiające, że nawet 2,5 godzinny seans wydaje się być pod ciągłą kontrolą reżysera. To właśnie ten aspekt odróżnia u widzów filmy, które się tylko podziwia od filmów, które hipnotyzują i które się autentycznie uwielbia. 

szymalan

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s