Star Wars: The Force Awakens (2015, J.J. Abrams)

Gwiezdne Wojny. Przebudzenie Mocy *****

3 Star_Wars_The_Force_Awakens_Theatrical_Posterlata po tym, jak ogłoszono sprzedaż LucasFilm Ltd. koncernowi The Walt Disney Pictures Company, zapowiedziany tamtego dnia kolejny film z serii „Star Wars”mamy w końcu do swojej fanowskiej dyspozycji. Film, którego premiera była wręcz przytłaczającym eventem. Kilka minut przed seansem usłyszałem od przyjaciela, który towarzyszył mi w oglądaniu „Przebudzenia Mocy” – „mam tremę”. Sam byłem na ten seans bardziej podekscytowany niż na pokaz takiego choćby „Mrocznego Rycerza Powstaje” Nolana. Dość powiedzieć, że nigdy nie byłem fanem sagi Lucasa a w dwa tygodnie stałem się totalnym jej fanboyem. I naturalnie, muszę iść na ten film jeszcze parę razy, w pierwszej kolejności do IMAXu. 

Film J.J.’a spełnia oczekiwania. Największym zarzutem wobec tego widowiska jaki bym miał, nie jest nostalgia ani nawet strukturalne nawiązania do „Nowej Nadziei” – a raczej to, z jaką lekkością J.J. Abrams traktuje całą opowieść, która ostatecznie wydaje się mieć o wiele mniejszą wagę, niż powinna. Owszem, jest w filmie mocna scena ludobójstwa (podkręcona zresztą do granic -oglądamy eksterminację 5 planet naraz) ale ostatecznie niewiele z tego dramatu wynika. Jest też scena śmierci jednego z bohaterów – ale emocjonalne konsekwencje szybko ulatniają się z ekranu. J.J. zdaje sobie sprawę, że nikt z tego seansu nie chce wyjść w depresji ale nawet Lucas miał odwagę zakończyć „Zemstę Sithów” sceną pogrzebu. Emocjonalnie „Przebudzenie mocy” wydaje się pośpieszone i nieco rozmyte. 

Jeżeli jednak jest coś w tym filmie, co trzyma kręgosłup dramaturgicznej całości w pionie, to jest to postać bodaj najciekawszego czarnego charakteru (nie spieprzonego jak postać Darth Maula) w tej serii. Kylo Ren zaczyna jako bad-ass: jego głos i sposób użycia Mocy (zatrzymywanie strzałów z blastera w powietrzu!) powodowały, że czułem dreszcze przechodzące po ciele. Potem film bierze odważny zwrot: bohater ściąga maskę, widzimy go w całej okazałości. To, co zobaczyliśmy, skonfundowało niektórych fanów tak bardzo, jak Johna Travoltę w tym słynnym internetowym memie ostatnich miesięcy.  Że płaczliwy emo dzieciak (co jest bzdurą, jeśli uważnie się ogląda ten film), że wymoczek, że wygląda jak młodszy Snape, i że co w ogóle „taka ciota” robi za czarny charakter najnowszych „Gwiezdnych Wojen”. 

Może to wynik postępującego cynizmu, braku empatii i hashtagowej kultury sprowadzania wszystkiego do prostych tagów i haseł („emo”, „hipster”, „dzieciak”), zamiast do przeżywania tego co dzieje się na ekranie. Abrams, jak jedyny twórca blockbustera stara się w ogóle zadać sobie pytanie, po co właściwie człowiek zakłada maskę. Weźmy taki przykład, do ludzi, którzy znają niżej podpisanego: gdybym ja chciał zostać skurwielem na poziomie Darth Vadera (a Kylo Renowi o to dokładnie chodzi – jest psychofanem Anakina), sam musiałbym założyć maskę i zmienić sobie głos, aby ludzie traktowali „moje bycie Złym” serio.

Poza tym, czy nie z emocjonalnej frustracji bierze się właśnie Zło? Czy nie o tym jest Ciemna Strona Mocy: o tym, że się nie kontroluje emocji (powtórzę: Kylo Renowi zarzuca się, że ma w sobie za dużo emocji)? Jak świetnie opisał to mój kinowy towarzysz: w Renie jest dobro ale problem w tym, że on za wszelką chce być zły. On NIE tyle JEST zły, co unika dobra, nawet jeśli wychodzi mu to żałośnie. Takiej postaci w tej filmowej serii jeszcze nie było. 

Z takim Kylo Renem, który obudził we mnie silną potrzebę pobawienia się w cospley, jego zapatrzonymi w Imperium naziolami (kapitalna scena przemowy!) i tajemniczym Snokiem, Ciemna Strona Mocy wydaje się w tym filmie ciekawsza niż Jasna. Ta z kolei złożona jest z fajnych ludzi  (i nie tylko ludzi) ale też niezbyt pogłębionych charakterologicznie. Finn ma świetny początek (jako quasi-Hitlerjungen, którego sumienie rusza w pierwszej bitwie) ale potem jego postać nie dostaje niczego więcej do rozwoju. Grana przez Daisy Ridley Rey jest jeszcze innym przypadkiem. Będąc przedmiotem ostatnich twitterowych sporów o to, czy jest postacią w stylu Mary Sue czy nie (i czy to dobrze, czy źle dla filmu), pozostaje postacią niemalże z komiksu. Superbohaterem bez większej stawki dramaturgicznej, kobiecą postacią dobrą we wszystkim na tyle, na ile fabuła filmu tego wymaga. Reszta to stara gwardia, wiemy mniej więcej czego się spodziewać. 

Jasne, Abrams nie słynie z subtelności i jego postacie nie są pełne warstw jak te z autorskich scenariuszy Quentina Tarantino. Jednak twórca „Super 8” i „Star Treka” dba o dynamikę i intymność relacji pomiędzy nimi. Jak Lucasa w nowej trylogii czasem za bardzo poniosło w kwestii komputerowych fajerwerków i zapominał o aktorach, Abrams nie spuszcza bohaterów z oka, nie podnieca się tanim spektaklem (choć i tu film nie zawodzi), cały czas pilnuje aktorstwa, humoru i interakcji. Także rewelacyjne ostatnie ujęcie filmu (najlepsze z całego cyklu SW?) ma w sobie niemal szekspirowską powagę i znaczenie dla całego uniwersum. 

Dzięki dzikiej energii, z jaką Abrams idzie od sceny do sceny, w trakcie seansu wszystkie rozczarowania scenariuszowej wydają się być jakimś posłowiem, przypisem do niesamowitej frajdy z seansu. Mimo , że tak naprawdę oglądamy już kolejny w tym roku złożony z cytatów i odniesień drogi napompowany fanfic (po niezłych „Spectre” i „Avengers. Czas Ultrona” i kiepskim „Jurassic World”), to jednak wyjątkowo mi ten fan service movie tym razem zupełnie nie przeszkadzał. Abrams od pierwszej sceny filmu nadaje montażowi filmu tempo nieustannej pogoni i poczucie napięcia, którego w praktycznie wszystkich filmach Georga Lucasa brakowało. Tu wracamy do werwy z pierwszej połowy „Imperium Kontratakuje” a przyśpieszenie pulsu wspomagają dodatkowo walki na moje ukochane miecze świetlne (piszę tę recenzję pomiędzy jedną a drugą misją z „Jedi Knight. Jedi Academy”) – tym razem niemal pozbawione sztucznej choreografii i epickich popisów. Kiedy Finn zaczyna walczyć z Kylo Renem nie wygląda jak heros ale tak, jakby lightsabaer znalazł się w jego ręku przypadkiem. Szybko przegrywa a zaś pierwsze, co widzimy, to jak robi dwa nerwowe kroki w tył zanim dojdzie do pierwszego skrzyżowania mieczy. 

J.J. ma pełną świadomość, że „Gwiezdne Wojny” są większe niż pojedyncze opinie na twitterze, pojedyncze bloggerskie recenzje, niż sam J.J. Abrams czy nawet pojedynczy film, jak „Przebudzenie Mocy”. Jak nie za rok, przy okazji premiery „Rogue One” (ciekawe jak Disney podejdzie do marketingu tego filmu), to na pewno za 1,5 roku przy premierze kolejnego epizodu głównej sagi w reżyserii Riana Johnnsona (autora dwóch najlepszych odcinków „Breaking Bad”!) , fascynacja narodzi się na nowo. Jasne, każdy może mieć swoje ulubione filmy roku i myśleć o „Force Awakens” co chce, ale produkcja J.J. Abramsa to jedyny film tego roku, dzięki któremu sztuka srebrnego ekranu przeniknęła każdą dziedzinę życia i na moment zjednoczyła wszystko. Kino i popkultura znów stały się ważne. 

I jak każdy wielki film klasy B. – „Przebudzenie mocy” to nadgryziony, niedoskonały produkt dla fanów uniwersum i kina. To nie film, od którego oczekujemy nolanowskiej jakości i wizji na miarę Terry’ego Gilliama. Nie ma takiej wersji tego filmu i nigdy nie było takiej wersji tego filmu, która rzuciła by na kolana oczekiwania każdego Star Wars aficionado.  To raczej poletko do nowej zabawy w wymyślanie dodatkowych historii, szukanie tropów, łączenie wątków, łatanie scenariuszowych luk i spekulacje co dalej. No i co tu dużo mówić, ta zabawa nie była tak udana już od dawna. 

szymalan

Reklamy

2 thoughts on “Star Wars: The Force Awakens (2015, J.J. Abrams)

  1. ,…I jak każdy wielki film klasy B. – „Przebudzenie mocy” to nadgryziony, niedoskonały produkt dla fanów uniwersum i kina. To nie film, od którego oczekujemy nolanowskiej jakości …”
    Nie pierdol .

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s