Cobain. Montage of Heck (2015, Brett Morgen)

Cobain: Montage of Heck ******

Skurt_cobain_vfłowo „niezwykły” jest bardzo często w języku krytyki filmowej nadużywane , jednak w przypadku dzieła takiego jak „Montage of Heck” Bretta Morgena, jego użycie wydaje się całkowicie uzasadnione. To nie tylko film o niezwykłej postaci – legendzie grunge rocka i niestety „członka” tzw. „klubu 27” (muzyków zmarłych z różnych powodów we wczesnym wieku 27 lat)  ale też to bardzo niezwykły film z powodu jego również, dość niezwykłej, formy.

Na poziomie najoczywistszym jest to oczywiście dokument o Kurcie Cobainie. Są gadające głowy, jest voiceover w tle, jest zlepek przeróżnych scen nagranych „przez kogoś tam gdzieś tam”. Ale obraz Bretta Morgena przeskakuje cały gatunek muzycznego reportażu, zostawiając wszystkie trójwymiarowe koncertówki oraz schematyczne biografie daleko w tyłu. Dawno nie widziałem czegoś tak inspirującego. Chwilę po tym, jak udało się opowiedzieć o wojnie w formie dokumentalnej animacji w „Walcu z Bashirem”, teraz Morgenowi udało się opowiedzieć o życiu artysty w formie autobiograficznego kolażu wielu sztuk.

Morgen jest na tyle świadomym twórcą a jednocześnie na tyle zręcznym rzemieślnikiem, że jego film unika wszystkich największych pułapek tego typu kina. Nie opowiada o legendzie klękając przed nią. Nie opowiada o życiu prywatnym, dając wrażenie wścibstwa i szukania taniej sensacji. Nie opowiada wreszcie 2,5 godzinnej, męczącej opowieści z punktu widzenia fana Nirvany, dla którego każdy materiał jest bezcenny i nie jest w stanie go poświęcić. W tym bardzo długim filmie wszystko zdaje się mieć swoje miejsce – Morgen obrał sobie pewien temat główny i wszystko, co do niego nie pasowało, bezpardonowo wyciął z filmu.

Co zatem oglądamy? Mamy przede wszystkim artystę, który potrafił wyrażać się tylko w jeden mozliwy sposób: przez sztukę. To przejmujący film, z którego bohaterem niezwykle łatwo było mi się zidentyfikować. Wyciągając z postaci kultowej wszystko to, co najbardziej ułomne i ludzkie, Morgan dokonuje tu chirurgicznej operacji na legendzie, wchodzi Cobainowi prosto do głowy, szuka źródeł bólów i lęków, które wyrażał w swoich dziełach. W rewelacyjnej animacji (!) połączonej z głosem samego Kurta Cobaina w tle, słyszymy nie głos legendy, przed którym drżą miliony fanów ale głos chłopaka z problemami typowego nastolatka. Jest więc burza hormonalna i budząca się seksualność, jest odrzucenie od grupy i samotność, jest alienacja a szybko też i poważne-nie poważne myśli samobójcze („nie chcę umierać nie wiedząc jak to jest przespać się z kimś”). Wszystko to jego własne przeżycia, zapewne nagrywane w samotności, dzieła sztuki, napisane i wykonane przez samego Kurta.

Film korzysta z takich niezwykłych materiałów dlatego, że Kurt Cobain dokumentował swoje życie w formie sztuk, które uprawiał. Nagrywał kasety magnetofonowe, z których najbardziej niezwykła, „Montage of Heck”, stała się podstawą tego filmu. To na niej słyszymy jego głos opowiadający o trudach życia w rozbitej rodzinie, to na niej zwierza się z pierwszych doświadczeń seksualnych (z niewiarygodną wręcz szczerością). Reżyser, unikając tandety sztucznych aktorskich scen – kto miałby zagrać tego wokalistę w tym filmie? –  niezwykły monolog Cobaina okrasza animacją. Chwilę potem na ekranie w cyfrowy sposób ożywają jego teksty, rysunki, poezje i notatki, które również stanowiły jego środki wyrazu. Są jego filmy nagrywane na kamerze 8mm. Wreszcie, jest też oczywiście sama Nirvana a wraz z nią najsłynniejsze, pełne wściekłości ‚Smells like a teen spirit”. Utwór ten słyszymy tu co najmniej trzy razy: w wersji na samą wioloneczelę, śpiewaną przez chór Scala no i wreszcie i słusznie dopiero na samym końcu rozbrzmiewa w pełnej chwale oryginalnego wykonania.

Ale paradoksalnie, nawet jeśli w tym intymnym filmie (skrupulatnie dobrane 4 osoby na przemian udzielają wywiadu) pojawia się Nirvana, to nigdy film nie traktuje o niej samej. Morgen celowo nie pławi się w fanowskim szaleństwie. Nawet jeżeli pokazuje koncerty Nirvany, to zawsze skupia się przede wszystkim na twarzy Kurta. I nawet jeśli pod koniec filmu, „Montage of Heck” zamienia się w niezwykle niewygodną historię rodzinną z narkotykami niemalże na pierwszym planie, obraz nigdy nie osiąga poziomu kina taniej eksploatacji. Ten film to odyseja przez życie człowieka, który desperacko próbował wyrażać swoje pragnienie stabilności i szczęścia: finałowe sceny miłosne (na które bardzo źle zareagowała żyjąca matka Kurta) nie są filmowym podglądactwem. Reżyser skrupulatnie przez prawie 2 godziny przygotowywał pod nie grunt.

„Montage of Heck” choć zaczyna się chronologicznie i ogólna struktura jest również chronologiczna to jednak posiada niezwykły nastrój. Pewien metafizyczny, dostępny tylko dla wielkich twórców kina, błysk, który sprawia, że ogląda się to nie tyle jak film o Kurcie Cobainie, co hipnotyczny sen o nim. Tu i ówdzie jakieś zaskakujące wstawki, montażówki i cyfrowe tricki, a jednocześnie wrażenie autentyczności, oldshoolowości i analogowości środków wyrazu. To nie tylko muzyczna biografia i animacja ale nawet quasi-poetycki horror.

Wbrew niektórym opiniom żadna to hagiografia ale nieprzewidywalna, niestandardowa narracja, która bezkompromisowo rozlicza się z problemem narkotyków i pretensjonalnością artyzmu Cobaina. Subtelny ale stanowczy, wielki film, po seansie którego sala w kinie (gdzie powinien być oglądany, najlepiej z dobrym udźwiękowaniem) zamarła na długo i od którego od paru miesięcy nie potrafię się uwolnić.

szymalan

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s