Relacja z 18. Edycji Festiwalu Cropp Kultowe

Cropp Kultowe 2015

cropp_kultowe_plakat_165x210_cmyk_1_DRUK copyJeśli miałby się znaleźć jakiś powód, dla którego nie chciałbym opuścić moich rodzinnych okolic, to byliby to oczywiście przede wszystkim ludzie. Ludzie, których tu znam i z którymi łączy mnie wiele ważnych, wspólnych wspomnień i innych więzi, a z których nie byłbym w stanie zrezygnować tak łatwo. Ale jeśli miałby się znaleźć drugi taki powód, to byłby nim Festiwal Cropp Kultowe.

Jako kinoman oraz regularny uczestnik festiwalu od kilku lat, ciężko byłoby mi się rozstać z wydarzeniem, które jest tak bardzo różne od innych festiwali filmowych. Zamiast eventowych hitów, które robią furorę przez jeden sezon i o większości których nikt już 2 lata później nie pamięta, dostajemy zestaw filmów, które są odporne na próbę czasu. Arcydzieła i przeboje kina klasy B., filmy z różnych epok historii kina i różnych kinematografii z wszystkich czterech stron świata. Filmy, które każdy widział („Przeminęło z wiatrem”, „Czarnoksiężnik z Oz”) i filmy, które mają (niekoniecznie) małe grupy zagorzałych fanów („Zabójcze ryjówki”).

Repertuar tegorocznej edycji to drobne zmiany kierunku. Po pierwsze, zrezygnowano z większych sekcji. Wciąż w repertuarze pojawiają się znajome hasła („VHS Hell”, „Pora zwyrola”) ale program całościowo rozmyty jest na pojedyncze tytuły pozbawione większej koneksji. Co nie jest oczywiście niczym złym, to tylko fakt.

Po drugie, w sytuacji bez precedensu dla tego festiwalu, otwarcie obyło się z rozmachem większym niż kiedykolwiek. Nie wiem czy bardziej cieszyłem się, że 15 maja 2015 roku zaczyna się mój ukochany festiwal czy że jako jedna z pierwszych osób w Polsce zobaczę przedpremierowo „Mad Maxa. Na drodze Gniewu”, który wyreżyserował dla Warner Bros. George Miller. Nie pamiętam kiedy ostatnio tak bardzo wyczekiwałem na jakikolwiek nowy tytuł.  Pierwszy – absolutnie genialny – teaser widziałem dobre 50 razy, przed pełnym zwiastunem w sposób radykalny kryłem się na wszystkie sposoby (na pokazie „Avengers. Czas ultrona” w imaxie zatkałem uszy i schowałem się za fotelem) a już strzępki pierwszych recenzji zelektryzowały mnie na maksa.

Niestety, moje oczekiwania chyba przerosły film. Wyszedłem w poczuciu, że film spełnia większość danych nam obietnic ale jednocześnie nie potrafił mną tak sponiewierać, jak myślałem, że to zrobi. Czy to oznacza rozczarowanie? I tak, i tak nie. Obiecałem sobie, że wybiorę się do kina jeszcze raz (choćby z szacunku dla samego mistrza) i dam „Fury Road” drugą szansę, i dopiero wtedy szerzej się na jego temat wypowiem. Póki co czuję mówiąc banalnie lekki niedosyt. Ale muzyka i zdjęcia? Mój Boże, cudo! 

A co obejrzałem poza tym? No to jedziemy:

WIELKI BŁĘKIT. Niestety spore rozczarowanie. Film ma cudowne podwodne zdjęcia ale główna żeńska bohaterka jest potraktowana dość sztampowo, żeby nie powiedzieć seksistowsko. Znajduje się w tym filmie tylko po to, aby histeryzować z powodu faceta. No i nie wiem: czy tylko mnie tak irytuje Jean Reno?

ZABÓJCZE RYJÓWKI. Takie seanse na Cropp Kultowe cieszą najmocniej.  Masa ludzi, dobra zabawa i złe kino. Tym razem lata 50. Największe oklaski dla pani grającej główną rolę żeńską bo to jej roli udało się rozbawić festiwalową widownię najmocniej. Poza tym standard: złe dialogi, zła reżyseria, pocieszne wpadki techniczne. Film był wielokrotnie pokazywany na tym festiwalu więc dobrze, że końcu mogłem go nadrobić.

MAD MAX. W ramach maratonu z najnowszą częścią. No i się zakochałem w tym świecie. Jak oglądany kiedyś po nocach na Ale Kino nie zrobił na mnie takiego wrażenia, tak w świetnej odrestaurowanej kopii cyfrowej z wygodnej pozycji multipleksu powalił mnie na kolana. Male środki, dużo pasji i efekt znakomity. Nie tylko jako kino akcji, w którym wszystko jest w ciągłym ruchu ale jako dość realistyczna historia postapo z refleksjami. To lubię.

MAD MAX. WOJOWNIK SZOS. Dla wielu highlight tej serii. A ja chyba jednak wolę bardziej surową i tańszą jedynkę. Ale może to kwestia kolejnych seansów. Tu jest wszystkiego więcej, choć film trwa nieco krócej. Ale i tak to nadal świetna zabawa. I ta świetna ponura obserwacja: cierpienie nie czyni z nas wyjątkowych. Są ludzie, którzy mogą mieć gorzej od nas. 

KONOPIELKA. Polska beka z zaściankowości. Podejrzewam,że część widowni może to uznać za hipsterską, cyniczną zgrywę ale ja się bawiłem świetnie. Już od pierwszego ujęcia film śmieje się z polskich statycznych dramatów, które znamy z kina moralnego niepokoju. A potem idzie coraz bardziej po bandzie i zahacza o różne inne wątki: tradycjonalizm, religijność, konserwatyzm w każdej możliwej dziedzinie, łączy to z brakiem wykształcenia itd. Tak czy inaczej można się uśmiać, czego się nie spodziewałem.

PTASZNIK Z ALCATRAZ. Kapitalna opowieść. Kino, wydawałoby się, pozbawione stylu lub skłonności do narracyjnych eksperymentów ale zwyczajnie zajmujące widza rzetelnie opowiadaną historią z życia wziętą, w którą aż ciężko uwierzyć. Mój ulubiony „dobry” film festiwalu i spore zaskoczenie na plus. Pora nadrobić „Ronina”!

ZWIĄŻ MNIE. Almodovar. Konceptualny film Almodovara, który świetnie się ogląda. Aktorstwo, dialog, humor, zdjęcia. Wszystko na wysokim poziomie, nawet jeśli ostatecznie nic wielkiego z tego dzieła nie wynika.

ANIOŁ ZAGŁADY. Nie kupuję tego konceptu. Rozumiem „co poeta miał na myśli”, widziałem też sporo filmów Bunuela ale i tak nie pomogło mi to odnaleźć się w tym przedziwnym świecie, który nie ma żadnego sensu. Jedna wielka metafora, która pogrąża opowieść (naprawdę niezłą).

RASHOMON. Trudno to przedstawiać. Geniusz narracyjnego kina.

GŁĘBOKA CZERWIEŃ. Moi towarzysze wyszli zdegustowani tym filmem ale mnie się podobało. Świetnie nakręcony film kryminalny, który może nieco mniej podobał mi się jako horror ale jako czysta intryga to jest to naprawdę dobre. Świetny montaż i muzyka, która chyba była inspiracją dla Hansa Zimmera przy „Interstellar”.

THE ROOM. Nie trzeba przedstawiać. Film, który wyjebał całą historię kina w kosmos i wycelował środkowy palec w stronę takich pojęć jak spójność czy logika. I przy tym pozostał swego rodzaju genialnym perpetuum mobile: przez rozliczne powtórzenia stał się samonakręcającą maszynką do tworzenia gotowych memów i genialnych kultowych cytatów. Nie widzieliście „The Room” – nie macie pojęcia czym jest kino. 

ROBOCOP. Seans z lektorem z kasety VHS w klubie udającym kino. Największe zaskoczenie dla mnie (jako że filmu wcześniej nie widziałem)? Jak na blockbuster z taką ilością akcji, film jest arcybrutalny. I to nie koniecznie w sensie gore (choć też) – przede wszystkim w sensie bezwzględności złych charakterów. 

CZARNOKSIĘŻNIK Z OZ. „Oz” był pierwszym filmem, jaki kilka lat temu zobaczyłem w swoim życiu w ramach tego festiwalu. Więc już same sentymenty działają. Poza tym wiadomo. Film-podstawa całego gatunku kina fantasy w Hollywood.

GŁOWA DO WYCIERANIA. Po seansie „Czarnoksiężnika” udałem się do Vision Express i odebrałem wybrane wcześniej okulary. A więc ten film jest pierwszym, który zobaczyłem tak na serio w HD;-) I jak kiedyś byłem odrzucony od tego dzieła, tak nieco starszy przeżyłem to w dużym skupieniu podziwiając mroczną i klimatyczną industrialną wizję Davida Lyncha. Bardzo dobre.

WIKLINOWY KOSZYK. W 8 dniu Bóg wymyślił „Porę zwyrola” i seanse z lektorem na żywo na Cropp Kultowe. I było to świetne. Niedorzeczna horroro-komedia z wartością dodaną w postaci faceta nie tylko improwizującego (?) dialogi na sali kinowej ale dopowiadającego sobie różne komentarze i wchodzącego w interakcję z innymi widzami. Na tej sekcji nie zabraknie mnie nigdy.

No i to już wszystkie filmy obejrzane w tym roku. Nie przebiłem swojego rekordu z zeszłego roku (23!) ale nie było to też możliwe, choćby z braku wolnego czasu. Ale ta edycja będzie dla mnie ważna z innego powodu. Otóż pod koniec festiwalu przydarzyła mi się niezwykle miła niespodzianka. Nie tylko udało mi się poznać osobiście guru Cropp Kultowe w osobie Patryka Tomiczka ale także – ku mojemu totalnemu zaskoczeniu – otrzymałem od organizatorów prezent z racji aktywnego tweetowania na temat festiwalu i uczestnictwa w jego tegorocznej edycji! 

CFmFz71XIAAZpLz

A prezentem tym jak widać na załączonym obrazku, jest winylowa wersja ścieżki dźwiękowej do „Mad Maxa. Pod Kopułą Gromu.” Oczywiście za niezwykły podarunek podziękowałem osobiście Patrykowi Tomiczkowi a sam winyl powędrował na honorowe miejsce w moim pokoju i będzie mi przypominał o tym wspaniałym festiwalu. 

Festiwalu, który nadal trzyma świetny poziom. Wielokrotnie już pisałem za co go uwielbiam. Pisałem o świetnej atmosferze, o pomysłowym repertuarze, o niezwykłych kinach studyjnych Katowic, w których można się świetnie poczuć w trakcie seansu (w tym roku dołączył multipleks Planet Cinema oraz klub Prokultura, w którym niedawno bawiłem się na koszt firmy, w której pracuję). O świetnych pomysłach, jak poprzebierani miłośnicy klimatów post-apo na przedpremierowym pokazie Mad Maxa. Na drodze Gniewu, okrzykach i innych entuzjastycznych reakcjach widowni w trakcie seansu nie wspomnę bo to tylko dopełnia fantastycznej całości. To nie tyle zwykły festiwal ale taki nasz rodzimy cinema-con. Konwent ludzi kochających kino i spotykających się w jednym miejscu nie z przypadku.

Zgodnie więc z nową mad maxową tradycją rozpoczętą wraz z tegoroczną edycją pozostaje mi tylko rzucić krótko: Podziw! I do zobaczenia za rok!

szymalan

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s