Exodus: Gods and Kings (2014, Ridley Scott)

Exodus. Bogowie i Królowie ***

poster-1Trochę smutno pomyśleć, że Ridley Scott, facet, który właściwie sprawił, że zakochałem się w kinie (bo tak naprawdę podświadomie wszystko zaczęło się u mnie od „Obcego”), dzisiaj kręci takie produkcyjniaki na zamówienie jak „Exodus”.

„Exodus” ma w sobie oczywiście wszystko, co wystarczy, aby dało się to bez większego obciachu pokazać w multipleksie: jest drogi, wystawny, pręży muskuły pokazując masowe ujęcia setek statystów, ma kilka przyzwoitych kreacji aktorskich, jest po prostu jak to się mówi „dobry technicznie”. 

Ale jednocześnie mam wrażenie, że jest to film zrobiony bez większej pasji. W starciu z innym widowiskiem biblijnym ostatniego roku, „Noe. Wybranym przez Boga”, „Exodus” przegrywa przede wszystkim ambicjami: Aronofsky naprawdę próbował czegoś innego (i moim zdaniem mu się udało), podszedł do tematu w autorski sposób.

Scotta artystyczne fanaberie mało co interesują. Opowiadając znaną wszystkim widzom na sali kinowej historię – niewolnictwa Izraelitów w Egipcie i cudownego wyzwolenia opisanego w biblijnej Księdze Wyjścia – Scott nie stara się przekazać widzowi jakiegoś swojego własnego punktu widzenia na całą sprawę. W sztampowej narracji rodem z kina Złotej Ery Hollywood, jeden ciekawy wątek Boga jako małego wrednego chujka (dosłownie: Bóg jest tu postacią małego chłopca, z którym rozmawia Mojżesz), który nie ma pojęcia jak używać własnych mocy i bezrefleksyjne zsyła katastrofy (znane jako plagi egipskie) , wydaje się totalnie zaprzepaszczony.

W Mojżeszu nie pojawia się na dłuższą chwilę wątpliwość czy aby wiara w Boga, który jednej nocy morduje tysiące dzieci (jak wskazuje mu prosto w twarz Ramzes) nie jest aby jeszcze bardziej zła i szalona, jak to, co zrobił Izraelitom faraon. Bardziej jest to chwilowy filmowy rozpraszacz, który ma nadać całości jakiejś dramaturgii, skoro pierwsza połowa to najnudniejsze origin story, jakie kino widziało od dawna. 

Pomiędzy Ramzesem a Mojżeszem (niezłe role Christiana Bale’a i Joela Edgartona) istnieje napięcie a kilka scen przykuwa aktorską charyzmą. Ale już w kwestii pokazania plag egipskich reżyserski zmysł zawodzi Scotta. Zabrakło napięcia, oczekiwania i tylko ostatnia plaga śmierci niesie za sobą prawdziwą grozę i jest świetnie zaprezentowana. Także w kwestii przejścia przez Morze Czerwone nie jest to złe widowisko ale wystarczy pomyśleć o innej „wodnej” scenie z nolanowskiego”Interstellar”, i nagle się okazuje, że ktoś tu zdążył prześcignąć Scotta tuż przed premierą jego własnego filmu, w którym największą wizualną atrakcją miała być właśnie woda.

W sumie wyszedł przyzwoity spektakl z głośnym łupaniem w perkusję na ścieżce dźwiękowej, który nie jest może tak zły, jak piszą niektórzy krytycy ale, o którym po wyjściu z kina się raczej szybko zapomina. Po takim „Noe” udało mi się z kimś pokłócić totalnie, po „Exodusie” na etapie poseansowego piwa już zapomniałem na czym byłem. 

szymalan

Reklamy

One thought on “Exodus: Gods and Kings (2014, Ridley Scott)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s