Whiplash (2014, Damien Chazelle)

Whiplash ****

159419008_6f1764 J.K.Simmons ma w tym filmie dwa notorycznie powtarzane gesty, które są równie upiorne co spojrzenie sierżanta z „Full Metal Jacket” Stanleya Kubricka. Jeden, kiedy prostym zamknięciem pięści w powietrzu zatrzymuje grającą przed nim orkiestrę uczniów. A drugi to delikatne wypowiedzenie kilku słów: „Not quite my tempo” (nie do końca moje tempo). Za każdym razem kiedy robi albo to pierwsze albo to drugie, widz gotowy jest na rozlew krwi i armageddon.

W filmie debiutanta Damiena Chazella, Terence Fletcher jest takim właśnie sierżantem. A szkoła , w jakiej bohater J.K. Simmonsa uczy nastolatków i studentów takich jak Andrew Neiman, jest takim ośrodkiem dla młodych rekrutów, którzy, aby osiągnąć absolutną perfekcję w swojej dziedzinie, muszą się niemal wyzbyć wszelkich empatycznych i wrażliwych odruchów. Rywalizacja z sympatycznym kolegą o miejsce w głównej orkiestrze? Jasne. Porzucenie znajomości z fajną dziewczyną, pracującą w lokalnym kinie? Proszę bardzo.  Będą wyzwiska, będzie rzucanie krzesłami, tortury fizyczne a nawet poleje się krew. 

Kim jest Fletcher? Psychopatą, który nie ma poczucia kontroli własnych metod nauczania? Człowiekiem, który kocha muzykę i dla niej zrobi absolutnie wszystko? Szalonym technikiem, który za najwyższą formę artyzmu uznaje chirurgiczną precyzję wykonania utworu? A może kimś jeszcze- samotnym facetem z kompleksem na punkcie własnego poczucia męskości, któremu najłatwiej jest być samcem alfa przy nastolatku z trądzikiem i chłopięcą twarzą Milesa Tellera? 

I choć ten świetnie zrobiony film (zdjęcia! montaż!) zbudowany jest na prostych kontrastach (młodość/dojrzałość, sadyzm/niewinność, frywolność/perfekcja), to jednak kilka scen absolutnie miażdży tu aktorskim napięciem: scena otwierająca, w której Simmons znęca się werbalnie nad głównym bohaterem („Nie prosiłem abyś zaczął grać, pytałem czemu przestałeś?”), późniejsza sekwencja w której jeden z członków zespołu wychodzi z rytmu i nikt nie chce się przyznać, czy wreszcie – męcząca do granic w oglądaniu scena, w której kilku perkusistów jazzowych walczy o to, który pierwszy idealnie trafi w tempo Fletchera.

Do pewnego stopnia film idealnie nadawałby się na seans double feature z „Czarnym łabędziem”. Podobny film o przekraczaniu granic na ołtarzu wielkiej sztuki. Obydwa filmy zabierają nas do – na pierwszy rzut oka – czystych, spokojnych, wzbudzających ciekawość grzecznych sal i pomieszczeń do prób, w których teoretycznie sztuka rodzić się może tylko w kreatywny i bezpieczny sposób. I obydwa robią wszystko, aby nas przekonać, że jest zupełnie inaczej. Prawda życia a może tylko atrakcyjny pomysł na dramaturgię w gatunku, w którym się tego nie spodziewamy? 

O ile jednak film o balerinie tańczącej do Czajkowskiego ma narastające tempo i idzie kompletnie na całość w kwestii szaleństwa głównej bohaterki (zamieniając się w horror), o tyle „Whiplash” potrafi zgubić momentum i próbować racjonalizować zachowanie Fletchera. Na przykład w ciut niepotrzebnie spowalniającej sekwencji w barze z Fletcherem przy fortepianie, w której wyjaśnia się na tacy cały sens filmu. 

Później realistyczny film zamienia się w kino niemal sensacyjne ze zwrotami akcji, w które ciężko się wkręcić ale wszystko na szczęście ratuje jedyny oczywisty w takim filmie finał. Debiutujący reżyser, Damien Chazelle, ma świadomość, że wieńcząc swoje widowisko w taki sposób a nie inny kupi publiczność bez większego wysiłku.  Czy widzę w tym filmie arcydzieło? Aktorskie na pewno, filmowe niekoniecznie. Ale może to po prostu nie moje tempo. 

szymalan

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s