The Hobbit. The Battle of Five Armies (2014, Peter Jackson)

Hobbit. Bitwa Pięciu Armii *****

The-Hobbit-Battle-of-the-Five-Armies-poster-9-691x1024Po słabym, nudnym i w gruncie rzeczy fabularnie niespecjalnie cokolwiek wnoszącym środkowym rozdziale trylogii Petera Jacksona, nagle, wraz z trzecią częścią „Hobbita” nastała jasność. Reżyser najważniejszej trylogii kina fantasy wraca do łask.

Jeżeli jego rozwleczone „Pustkowie Smauga” – 2 godziny czekania na smoka! – było jedynie ciągłą zabawą w kotka i myszkę z frustrującym finałem, o tyle kapitalna „Bitwa Pięciu Armii” już pierwszą dynamiczną sekwencją potrafi wgnieść w fotel. Jackson w przejrzysty i ekscytujący sposób zarazem opowiada o ataku smoka na Miasto Na Jeziorze. W 10 minut wprowadza postacie, wątki i umieszcza nas w konkretnym położeniu w całej historii. Jedno spojrzenie Bilba czy odwrócony wzrok Thorina załatwiają praktycznie całą ekspozycję. A i przy okazji postać Barda dostaje heroiczny moment, jakiego w poprzednim filmie nie dostał. 

Ale nawet kiedy ta scena mija i na ekranie pojawia się podtytuł filmu, Jackson ani myśli zwalniać. Prowadząc opowieść – jak nigdy w śródziemnej sadze wcześniej – w tempie niemalże thrillera akcji, potrafi utrzymać napięcie niemal przez cały seans, z dużą biegłością dawkując sekwencje batalistyczne (a jak obwieszcza tytuł – jest tu bitwa, i to całkiem spora), nigdy na dłuższą chwilę nie tracąc z oczu żadnego z głównych bohaterów. Jackson stosuje tu wymyśloną przez siebie zasadę trzech ujęć: maksymalnie 2 kolejne kadry mogą być panoramami wielkich armii, kolejne już musi być powrotem do głównych bohaterów. Dlatego też, mimo, że większe pół filmu zajmuje tu jedna wielka rozwałka, Jackson dba o to, aby cała czas stawka o, jaką toczą się losy była całkiem realna. To także pierwszy film, w którym konsekwencje całej tej błazeńskiej i frywolnej przygody są realne i czasem naprawdę straszne: ludzie tu giną. 

Jest to o tyle ważne, że spora część filmu z kolei jest zupełnie campowym widowiskiem przygodowym – odporne na prawidła fizyki sekwencje można oczywiście obśmiewać ale mnie takie sceny jak troll własną głową przebijający mury miasta czy Tanduril biorący na rogi swojego jelenia orków w środku bitwy, bawiły w naprawdę pocieszny sposób.  Cyników zapewne momenty te łatwo sprowokują do rechotu ale całkiem możliwe, że sporej części widowni dzika energia oraz zabawa konwencją absurdalnego kina akcji – której w „Pustkowiu” i „Niezwykłej Podróży” zabrakło – udzieli się w kinie.

I nawet psychologicznie uproszczone charaktery większości postaci niewiele w seansie przeszkadzają. Jackson zaraża swoim entuzjazmem aktorów na planie, sprawiając, że pomiędzy nimi iskrzy i często jest sporo napięcia. I tak więc: pertraktacje Barda z Thorinem, to prawdziwe starcie rozsądku i szaleństwa. Rozmowy na linii Thanduril-Bard to krzyżowanie się wojowniczej charyzmy i dumy na granicy bufonerii. Ogromną ilość napięcia mają też niejednoznaczne relacje Bilba z Thorinem. Z kolei pogadanki hobbita z Gandalfem generują spodziewaną ilość ciepła i nostalgii.  

Wreszcie, jest „Bitwa Pięciu Armii” także prawdziwym fanowskim prezentem dla widowni, która od lat śledziła filmy Petera Jacksona o Śródziemiu. Ciarki przechodzą w trakcie sceny, w której kilka ważnych postaci z „Władcy Pierścieni” stacza elektryzujący pojedynek na czary z hordą duchów i na ekranie pojawia się pewne znane miłośnikom Tolkiena oko. Takim „przytuleniem” fana jest też oczywiście sam finał, który wieńczy świetnie rozegrana prosta scena, którą też wszyscy fani znają już na wyrywki.

Choć nadal to w gruncie rzeczy mało artystyczne (i – już – mało odkrywcze) kino w formie prawie-że gry komputerowej (co dla większości recenzentów jest jednak określeniem pejoratywnym), z patetycznymi dialogami i prostymi jak budowa cepa metaforami, to Peter Jackson wyciągnął wnioski. Nie zaserwował nam dziesięciu zakończeń z „Powrotu Króla”, co było częstym zarzutem wtedy i teraz, ale w miarę konkretnie pozamykał wszystkie wątki. Nie zafundował nam też filmu, w którym wszystko dzieje się powoli i nieustannie czekamy aż wreszcie coś łupnie i coś wielkiego się wydarzy. Tym razem dzianie się jest motorem napędowym całej narracji (znamienne, że to najkrótszy film serii) .

Zaś lekko wysilone romanse oraz komputerowa jakość niektórych elementów – chwilami zapierającej dech – scenografii są do wybaczenia. Ten film to trzymające za kark, popisowe, 2,5 godzinne zamknięcie sagi, z bohaterami, którzy wreszcie nabrali rumieńców, i dzięki którym znów można dać się uwieść temu światu – jednemu zresztą z najpiękniejszych, jakie powstały w ludzkiej wyobraźni. 

szymalan

Reklamy

One thought on “The Hobbit. The Battle of Five Armies (2014, Peter Jackson)

  1. Totalnie zachwycona chcę się odnieść tylko do jednej kwestii. Słyszałam również prześmiewcze opinie dotyczące „fizyki” w filmie i powiem tylko jedno: Jeśli ktoś idąc na Hobbita, film fantasy, spodziewa się zobaczyć prawidła fizyki, chemii, mechaniki, biologii i czego tam jeszcze… – zdecydowanie wtedy zalecam filmy dokumentalne :)

    Absolutnie kupuję rozbijanie muru głową, branie na rogi orków i bieganie po cegłach rozpadającego się mostu, kupuję to wszystko. Z resztą, nie od dziś wiemy, że Elfy są bardzo skoczne ;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s