Onirica, Psie Pole (2014, Lech Majewski)

Onirica – Psie Pole ****

ONIRICA-di-Lech-Majewski_POSTER©CG-2014Na początek trzeba sobie powiedzieć jedną rzecz wprost: na filmy Lecha Majewskiego nie da się iść bez przygotowania i – na tym etapie – bez znajomości zarówno filmografii reżysera jak i jego wszelkich kulturalnych fascynacji. Oczywiście, możemy się w tym momencie spierać o to, czy kino powinno bronić się nawet traktowane jako oderwane od reszty rzeczywistości osobne wyspy czy jednak ma ono prawo wymagać od widza znajomości kontekstów, do których się jawnie odwołuje. Fakt pozostaje jednak taki, że kino Majewskiego bez tych kontekstów pozostaje naprawdę nieciekawe i nie daje już tyle radości, ile mnie dała ją „Onirica”.

„Onirica” żyje w tym samym świecie, w którym żyje jego debiutancki „Rycerz”, kapitalna śląska farsa „Angelus”, nowatorski „Młyn i Krzyż” czy przejmujący „Wojaczek”. Świat wykreowany w głowie człowieka zafascynowanego wszelkimi formami sztuki (Majewski zajmował się  opera, poezją, teatrem, malarstwem, architekturą, muzyką, plastyką…) populowany często oderwanymi od „normalności”, spełnionymi lub niespełnionymi artystami, przejętymi losami ogółu, samemu cierpiących z powodu własnych problemów i słabości. A wszystko w formie wizualno-dźwiękowej orgii metafor i erudycyjnych nawiązań oraz pararel do znanych mniej lub bardziej dzieł sztuki nie-współczesnej.

Zamykając tryptyk, jaki rozpoczął „Ogród rozkoszy ziemskich” oraz kontynuował „Młyn i Krzyż”, Majewski sięgnął po „Boską Komedię” Dantego. Jeśli poemat Dantego opowiada o ciężkich czasach walki zwolenników papiestwa ze zwolennikami cesarstwa we Florencji, to film Majewskiego odwołuje się do roku katastrof i kataklizmów Polski 2010 (katastrofa Smoleńska, ostra zima, powodzie, wybuch wulkanu w Islandii, przez który na pogrzeb Lecha Kaczyńskiego nie dotarło wiele osobistości świata polityki). Jednocześnie główny bohater „Onirici” przeżywa także osobistą tragedię, tracąc ukochaną oraz najlepszego przyjaciela w wypadku samochodowym, tak samo  jako osobistą tragedię przeżywał Dante, z chwilą śmierci jego ukochanej Beatrycze kiedy oboje mieli po 25 lat.

Reszta filmu to obłędnie sfilmowany ciąg obrazów, w których sfery sacrum i profanum nakładają się na siebie, tworząc przeszywająco intymny portret człowieka, który próbuje radzić sobie z własną rozpaczą. Bohater szuka ucieczki i ucieka – od życia akademickiego (pracując w supermarkecie, gdzie woli spać, aby zapomnieć o wszystkim), od filozofii (serwowanej mu przez ciotkę, z której żadnych sensów nie wyciąga), od religii (kiedy w trakcie spowiedzi też nie dostaje żadnych wyjaśnień, dlaczego to wszystko się dzieje wokół niego).

Choć bohater zajmował się na uniwersytecie literaturą Młodej Polski, to jednak to właśnie w Boskiej Komedii Dantego szuka schronienia przed apokaliptyczną rzeczywistością. Niemal zanurza się w świat Dantego – pozwalając, aby sen przejął kontrolę nad jego życiem. Osiągając stan najwyższej artystycznej percepcji może nie tylko – co dosłownie pokazuje scena erotyczna – wznieść się ponad ponury świat śmiertelników ale i tam wreszcie połączyć się ze swoją kobietą.  I podobnie jak Dante,  dopiero przez miłość, znajduje ukojenie, tak samo główny bohater – uciekając pociągiem z Katowic, przeprowadzony przez las żywych (Majewski celowo filmuje wcześniejsze plenery jak apokaliptyczne miejskie pejzaże) i przez kanał wody (niczym Orfeusz przez Wergiliusza) ukojenie znajduje dopiero w podziemiach, w ramionach swojej prawdziwej miłości.

Jak każdy film Majewskiego, jedni znajdą go jako najbardziej idiosynkratyczny film roku, bełkot i nudziarstwo, z którego nic nie wynika, drudzy poświęcą mu więcej czasu i zachwycą się porywającą formą prawdziwego dzieła sztuki i będą się dobrze bawić poszukiwaniem ukrytych znaczeń. Dla mnie film jest świetny. Co prawda nie kupuję tu wszystkich pomysłów –  Majewski mógłby oszczędzić nam tak długich reportażowych fragmentów z telewizji o polskich katastrofach i radiowych audycji z offu – ale samo pokazanie tak świetnie mi przecież znanych Katowic z tak onirycznej strony złapało mnie za gardło. Jest coś przedziwnego, że obcuję z filmem, który tak silnie bazuje na sztuce wysokiej, w którym jest tyle ikon i cytatów, wyświetlanych na ekranie, a jednocześnie oglądam te same wnętrza tramwajów, pociągów i przestrzeń ulic, które tak znam  ze zwykłych codziennych doświadczeń życia. 

Ale to własnie robi w swoich filmach Majewski od lat – przybliża nam sztukę wysoką, sprowadza ją na nasz ziemski, ludzki poziom. Przedziwne rzeczy dzieją się w hipermarkecie Real (kapitalna wizualna figura z tym wołem) albo znamienne jest scena kuszenia w scenie niemalże parodii telewizyjnego quizu (te w stylu „zadzwoń i wygraj stówę” prowadzone przez seksowne hostessy). Nieufny wobec kusicielskiej współczesności oraz wobec współczesnej sztuki (Majewski nie znosi abstrakcji), reżyser mimo wszystko pozostaje przy nadziei. Nie zalewa końcowej – przepięknej zresztą – katedry jednocześnie mordując wszystkich znajdujących się tam wiernych. Ci wciąż są, trwają, tak jak trwa sztuka, ta, której wierny jest również sam Majewski, zniesmaczony oceanem tandety, jaki mamy dookoła.

szymalan 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s