The Guardians Of The Galaxy (2014, James Gunn)

Strażnicy Galaktyki ***

guardians_of_the_galaxy_posterNa początek może mała deklaracja: chciałem się dobrze bawić na „Strażnikach Galaktyki”. Szedłem do kina mając dobry humor i liczyłem, że 2 godziny później wyjdę w podobnym, jak nie jeszcze lepszym nastroju. Choć nie jestem może regularnym widzem i wielbicielem filmów studia Marvel (z MCU najbardziej lubię „Thora: Mroczny świat”), to jednak kibicowałem Jamesowi Gunnowi, który wyuczył się fachu pracując w studiu Troma, w którym to powstały takie perełki jak chociażby „Toksyczny mściciel”. Uwielbiam filmy science-fiction. Obrazy i wizje kosmosu w kinie łykam jak młody pelikan, nie mam też problemu z nawet najbardziej tanimi space operami. Problem ze „Strażnikami Galaktyki” jest jednak złożony ale sprowadzający się do jednego: to niezły film rozrywkowy ale jednocześnie chyba najbardziej przeceniany film tego roku.

Skąd to wynika i dlaczego wszyscy dookoła wydają się tak kompletnie zachwyceni? Cóż, może po prostu z przyzwyczajenia. Przyzwyczailiśmy się już do tego, że kolejne filmy Marvela wychodzą raz na kilka miesięcy i że się na nie chodzi (bo trzeba być na bieżąco). Przyzwyczailiśmy się do dobrych wyników box office tych filmów i do tego, że niemal każdy kolejny obraz Marvela jest natychmiastowo otrąbiony jako „najlepszy film Marvel Studios”. Tak było z „Avengers”, tak było  z „Iron Manem 3”, tak było z „Zimowym Żołnierzem”, wreszcie to samo mamy ze „Strażnikami Galaktyki” . Pewnie za 2 lata mało kto będzie pamiętał o tym filmie bo do tego czasu powstanie 5 kolejnych „najlepszych filmów Marvela” z tego samego uniwersum.

Uniwersum, które decydenci zaczęli już powoli traktować jak serial wyświetlany w kinie. Jak gdzieś wyczytałem – filmowe plany studia wybiegają w tej chwili do 2028 roku. Dlatego też ani „Strażnicy Galaktyki”  ani żaden poprzedni film Marvela nie są traktowani przez twórców jak pojedynczy skończony produkt – a  jedynie jako elementy całej układanki. Czyli: nie wkładamy całej energii i umiejętności w TEN jeden, konkretny film ale rozkładamy siłę na masę planowanych sequeli i kolejnych faz serii. Jeżeli wprowadzamy sporo nowych postaci i wątków, to robimy to głównie po to, aby w pewnym momencie w całej serii nabrały one w końcu znaczenia, nawet jeśli póki co nie znaczą nic i zapychają film. 

Z tego też powodu dostajemy dzieło, które jest nieco zbyt zakochane we własnym geniuszu, aby przejmować się tym, co faktycznie w środku tego filmu znajdziemy. A trzeba przyznać – znajdziemy tam niewiele, a już na pewno niewystarczająco jak na największy hit tegorocznych wakacji. Powiem więcej – jak na studio, które ma w tej chwili chyba największą władzę nad widzami w całej światowej kinematografii, dostajemy zaskakująco bezpieczny, przeciętny niemal na każdym polu film akcji, czerpiący sporo z nostalgii Kinem Nowej Przygody i space oper w rodzaju „Star Treka”.

Gorzej, że Marvel wydaje się nie uczyć nawet na swoich własnych sukcesach. To, co udało się na pewno w „Avengers” i co było jednym z najciekawszych eksperymentów kina rozrywkowego, to opowiedzenie historii wszystkich pierwszoplanowych bohaterów filmu w osobnych, własnych filmach. Ten sprytny zabieg sprawił, że nie trzeba było tracić masy czasu na wprowadzenie bohaterów i natychmiast przystąpić do właściwiej fabuły. W „Strażnikach Galaktyki” wprowadza się tyle postaci w przeciągu pierwszych 30 minut, że ciężko tu dbać o kogokolwiek. Fantastyczna scena przed napisami początkowymi w szpitalu wydaje się po części desperacją twórców, którzy byli świadomi, że główny bohater jest zbyt słabo zarysowany, aby bez niej zapisać się bardziej w pamięci widza. Reszta postaci i ich motywacje idą już tak po łebkach (Kolekcjoner? Yondu? Co oni robią w tym filmie w ogóle?), że jak przychodzi do czarnych charakterów i ich wielkiego planu zniszczenia całej galaktyki, dramatyzm filmu siada zupełnie.

No bo kogo tu mamy: Ronana, który może ma efektowny makijaż ale nie ma on żadnej realnej charyzmy. Nie ma motywacji, historii, charakteru, jest tylko wysłannikiem samego Thanosa, największego villaina uniwersum Marvela. Sam z kolei Thanos pojawia się tu dosłownie na moment i zły na wszystkich siedzi na gigantycznym tronie lewitującym w przestrzeni kosmicznej i wydaje rozkazy. Jest jeszcze Nebula, ale pojawia się właściwie w dwóch-trzech konkretniejszych scenach i nie ma tam niczego do zrobienia poza zasygnalizowaniem, że też jest na cały świat obrażona i wkurzona. Jeżeli czegoś Marvel mógłby się nauczyć od DC, to sposobu w jaki buduje się wyraziste czarne charaktery. Bez tego film zamienia się w fabularną bzdurę: trzeba ratować galaktykę, chociaż największy zły jeszcze czeka na swoje unicestwienie. Co zatem wtedy będzie stawką walki?

Efektem takiego zatłoczenia – pięknie zresztą zaprojektowanego przez scenografów, ludzi od kostiumów i efektów specjalnych (Groot przypomina postać żywcem wyjętą z filmu Guillermo Del Toro) – świata „Strażników” może być lekkie zobojętnienie widza. Pierwsze 15 minut (szpital, napisy początkowe z „Come And Get Your Love” i głównym bohaterem tańczącym na jakiejś opustoszałej planecie) podobało mi się wybornie i byłem pełen ekscytacji na dalszy ciąg. Jednak w miarę rozwoju co raz bardziej nużącej fabuły i mnożenia średnio ciekawych pojedynków i scen rozwałek, czułem się coraz bardziej odcięty od ekranu. Do końca seansu utrzymał mnie jednak przede wszystkim niezwykły szop przemawiający głosem Bradley Coopera: to on jedyny ma tu momenty prawdziwego humoru (którego w filmie jak na lekarstwo, choć wszyscy na ekranie zdają się świetnie bawić) i także prawdziwego wzruszenia, kiedy wykrzykuje słowa, że nie jest potrzebny i jest tylko dziwadłem – wynikiem eksperymentu, który nigdy nie powinien mieć miejsca.

No i przede wszystkim, co uważam za największy plus filmu – nie jest to w żaden sposób nudny seans. Choć iskrzenia i oryginalności brakuje, to jednak James Dunn prowadzi nas przez kolejne sceny w takim tempie, że na ekranie ciągle się coś dzieje: coś wybucha, ktoś ucieka, ktoś walczy, zmieniają się postacie i lokacje. Dunn potrafi też czasem zarzucić szczyptą żywej magii kina i zamienić pokaz efektów specjalnych w prawdziwą wizualną poezję: rozkładanie się ciał w przestrzeni, rozświetlanie drogi przez Groota, finałowe starcie ze Złem z drużyną Strażników trzymającą się za ręce. Zaś efektowne nawiązania do „Łowcy Androidów”, „Gwiezdnych wojen” i innych znanych filmów science-fiction z pewnością rozbudzają wyobraźnię każdego filmowego nerda (i pewnie dlatego są temu filmowi tak życzliwi w swoich ocenach).

Mając taką władzę jaką posiada Marvel, można zrobić wszystko. Zatrudniać wizjonerów (wiem, że to niemożliwe, ale pomyślcie sobie co by z takim materiałem zrobił James Cameron), poświęcać masę czasu i researchu na potrzeby dopracowywania scenariuszy, nie imać się ryzykownych i odważnych pomysłów dla całej serii. Tak też zresztą często opisuje się „Strażników” – jako odważniejszy, dziwaczniejszy i bardziej inny film Marvela niż reszta serii. Rzeczywistość jest moim zdaniem nieco bardziej prozaiczna. To zwyczajnie kolejny lekki, komediowo-patetyczny film o ratowaniu świata przez grupkę odciętych od rzeczywistości freaków. Po prostu kolejny film Marvela z nieco inną scenografią, którą w finale trzeba wysadzić rzecz jasna w powietrze, bo czym jest dziś film superbohaterski bez rozwałki na końcu?  I w sumie nie ma w tym przecież niczego złego – rzecz w tym, żeby zrobić te klisze w naprawdę elektryzujący i porywający sposób. Czyli nie w taki, jak w ciut za bardzo zadowolonych z siebie „Strażnikach galaktyki”. 

szymalan

 

Reklamy

4 thoughts on “The Guardians Of The Galaxy (2014, James Gunn)

  1. Moja podróż do kina wyglądała całkowicie odmiennie od Twojej. Jechałem pełen obaw o to co zobaczę. Tyle zachwytów wokół tego filmu, że obawiałem się, że przekorna natura zrujnuje mi seans. Po wyjści z kina miałem mieszane uczucia, ale koniec końców ocena jest pozytywna.
    Proceder o którym wspominasz (dalekosiężne plany producentów) faktycznie, odrobinę przeraża, ale to chyba znak czasów :)

  2. Ja lubię sci-fi, lubię filmy Marvela, ale dla mnie ten film był po prostu żaden: żaden humor, żadne postacie, żadni aktorzy (poza epizodycznymi), żadna fabuła, żadne wzrudzenie. Jak Marvel mógł wyprodukować taki badziew to się w głowie nie mieści?! Jedyne co podobało mi się podczas seansu to muzyka, ale to chyba wszystkim.

    • To prawda, mnie też tylko muzyka wydawała się ciekawa w tym filmie (piosenki w sensie;) Dobrze wiedzieć, że nie jestem sam ze swoimi odczuciami co do tego filmu;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s