Godzilla (2014, Gareth Edwards)

Godzilla ***½

Godzilla-2014-Teaser-Trailer-PosterPierwszy akt tego filmu jest popisem prawdziwej narracyjnej inteligencji. Choć po stylowych napisach początkowych (opatrzonych kapitalnym motywem Alexandre Desplata) na ekranie pojawia się tytuł filmu , pierwsza, niezwykle dramatyczna scena akcji, z japońskim potworem jest zupełnie niezwiązana. Gareth Edwards, w przeciwieństwie do Guillermo Del Toro w „Pacific Rim”, skrupulatnie odsłania tajemnice filmu – skrzętnie schowane także przez ciekawy marketing, skupiony głównie na samym tytułowym monstrum.

U twórcy „Strefy X” (najciekawszego wydarzenia w niskobudżetowym kinie s.f. ostatnich lat), cały początek intrygi to śledztwo prowadzone przez bohatera granego przez Bryana Cranstona. Śledztwo, które ma wyraźny wpływ na relacje inżyniera z jego synem i resztą rodziny, a które uwieńczone jest rewelacyjnie nakręconą sceną ataku M.U.T.O., pilnie strzeżonego przez ziemskich naukowców. Krótko mówiąc, mija dobre 20-30 minut filmu, a my dalej Godzilli nie widzimy, zaś scenariusz traktuje o ucieczce jakiejś gigantycznej ćmy pożerającej radioaktywne substancje. I trzeba przyznać, jest to film całkiem wciągający.

Niestety , do czasu. Bo  – co jest najciekawsze i stanowi zarazem największy zawód w tej produkcji – to właśnie potwory są tu postaciami zdecydowanie ciekawszymi od ludzi. Wszystkie sceny z ich udziałem są warte wycieczki do kina – obrazy destrukcji i paniki, ich przepiękny design, wykonanie przy pomocy CGI, fenomenalne udźwiękowienie, a także formujący się konflikt pomiędzy nimi, kiedy cała ludzkość może być tylko biernym świadkiem starcia. Niestety, czasem jednak potwory muszą z ekranu zniknąć i wtedy dostajemy całą resztę:  długie, pozbawione aktorskiej energii sceny, które robią naprawdę słabą robotę, aby jakoś nas przeprowadzić przez poszarpany dramaturgicznie drugi akt  – aż do wielkiego finału i monumentalnie zainscenizowanej walki jaszczura z M.U.T.O.

Nie rozumiem, nie mieści mi się w głowie i nie zapomnę Edwardsowi zmarnowania takiej niepowtarzalnej szansy, na wykorzystanie tak ciekawej , nie blockbusterowej obsady, jaką udało mu się skompletować. Po co uczynić głównym bohaterem sztampowo rozpisanego i sztywnego jak drewniany kołek bohatera Aarona Taylora-Johnsona, skoro na plakacie mamy całą gamę nazwisk z najwyższej aktorskiej półki? Po co zatrudniać gwiazdę europejskiego kina Julliette Binoche i zaproponować jej dwie sceny, w których nie ma literalnie nic do zrobienia? Po co zapraszać do produkcji Sally Hawkins, która niedawno maszerowała po czerwonym dywanie z oscarową nominacją, a teraz jej zadanie polega na staniu za Kenem Watanabe i kończeniu jego zdań? Dlaczego Bryan Cranston ma tak mało scen (nie mówiąc o lekko szufladkowym castingu – oczywiście gra zawziętego naukowca z rodziną)? Dlaczego David Strathairn, Elizabeth Olsen i Ken Watanabe jadą cały film na jednej minie?

Jest to tym bardziej niezrozumiałe, że to właśnie „Strefa X” ukazała nam Edwardsa jako reżysera niezwykle wrażliwego i potrafiącego opowiadać jednocześnie dramatycznie i poetycko i to zarówno o potworach, jak i o ludziach (w „Godzilli” mamy zreplikowaną scenę godową między samcem i samicą potworów). Owszem, opowieść o naturze, które naprawia się sama i samoistnie przywraca wszechświat do równowagi, rzeczywiście niemal z automatu odrzuca ingerencję ludzkiej istoty i wszelkie próby militarnej walki wydają się niemal kompletnie zbędne. Taka jest jednak strategia reżyserska: nolanowska powaga i realizm sytuacji na tyle, na ile w monster movie jest to możliwe. Aby podkreślić poczucie chaosu, zagrożenia i paniki, Edwards posiłkuje też się rozlicznymi (jak w filmach Spielberga) ujęciami katastroficznymi z perspektywy dzieci i całych rodzin (epizod z małym Azjatą w pociągu niezły). Niestety, większość z tych wątków jest zbyt sztampowa, melodramatyczna i nijaka, aby robiła większe wrażenie.

Ostatecznie, dostajemy film niezły, inteligentnie skonstruowany i powracający tonacją do tematycznej powagi pierwszego obrazu Hondy z 54 roku. „Godzilla” wciąż jest lekarstwem na lęki atomowe i nuklearne, a film nie tylko do atomowych bomb, ale i do katastrofy w Fukushimie czy różnych teorii spiskowych, sprawnie się odwołuje. Jednak bez ludzkiej perspektywy i historii o tym, jak zwykle życie miasta staje się areną starcia mitycznych istot z powodu naszej ignorancji wobec sił natury – bez tego, widowiskowa rozwałka pozostaje tylko widowiskową rozwałką. Nawet jeśli tak epicką, jak w tym filmie.

szymalan

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s