5th LGBT Film Festival

5th LGBT Film Festival

Campaign-of-Hate

Letnie filmy, na jednym z najbardziej spokojnych, sprzyjających inspirującym dyskusjom festiwali, jakie istnieją. Tak mógłbym w skrócie streścić kończący się 11 kwietnia, jubileuszowy piąty już z rzędu festiwal kina poświęconego tematyce mniejszości seksualnych. Choć nieco inaczej ma się sprawa w przypadku na przykład Warszawy – festiwal odbywa się równocześnie w 7 miastach Polski-  w katowickim kinie Kosmos (jedno z najciekawszych kin w Katowicach: można tam obejrzeć kino skrajnie egzotyczne, a można i wylądować na drugiej części „Hobbita”) nie ma żadnych gwiazd, nie ma rozdawania ważnych nagród, nie ma też tytułów znanych i realizowanych przez uznanych mistrzów. Mało tego, większości repertuarowych produkcji nie znajdziecie nawet na Filmwebie, Wikipedii czy agregatorze recenzji RottenTomatoes.

Co zatem dostajemy? Syntetyczny przegląd stanu kina Lgbt na świecie? Filmy, których nie byłoby sensu dystrybuować na masową skalę? Filmy, do których prawa było „załatwić” najprościej? Cóż, jedno jest dla mnie pewne – nie dostaliśmy arcydzieł. Poza jednym, raczej nie dostałem filmu, który cokolwiek mógłby na świecie zmienić, nie zobaczyłem dzieła, które porwie mnie do poziomu,  w którym straciłbym poczucie czasu czy wybitnego klasyka, który trafi mojego kanonu filmów wszechczasów.  Niemal za każdym razem, gdy gasły światła na sali, przenosiłem się mniej więcej do początków XXI wieku polskiego kina – z jednej strony kino próbujące być o czymś, z drugiej często niedbała realizacja, aktorstwo niejednokrotnie balansujące na pograniczu telenoweli, dialogi, które rażą sztucznością.

Weźmy na przykład jeden z filmów otwierających festiwal – brazylijską „Quasa Sambę”. Debiutujący na stanowisku reżysera Ricardo Targino na pewno ma wyczucie stylu: zdjęcia potrafią zahipnotyzować grą kolorów czy efektownym kadrowaniem, ale całość właściwie nie nadaje się do oglądania. Przedstawiona na ekranie sytuacja – dylematu ciężarnej kobiety pomiędzy miłością do dwóch mężczyzn, z których jeden jest transwestytą, byłaby niezła na pierwszy akt filmu. To, co opowiedziane jest w całym tym filmie, mogłoby stanowić ledwie jego ekspozycję. Wprowadzić bohaterów, zarysować konflikty, zaprezentować styl. Ale gdzie reszta? Reszty filmu Targino nakręcić zapomniał: kamera snuje się więc po różnych kątach, nie popychając w żaden sposób tempa narracji. Tragiczna rozsypka scen jako tako zlinkowana brazylijską muzyką, spowodowała, że na 90 minutowym filmie wprost nie sposób wysiedzieć do finału. Tak samo, jak i trudno rozkminić po seansie co właściwie poeta miał na myśli.

Jedynie pozornie, sprawa ma się zupełnie inaczej z niszową amerykańską produkcją pod tytułem „Ćpun”. Tu film już sprawia wrażenie pełnoprawnego kina: dużo się dzieje, bohaterowie dialogują na potęgę, a dramatyzacja wydarzeń chwilami chce sięgnąć poziomu prawdziwego wyciskacza łez. Nic bardziej mylnego. Początkowa sympatia do reżyserskiej energii, szybko musiała ustąpić przegrać z poczuciem strasznego zażenowania. Nie mieści mi się w głowie, jakim cudem w tym filmie gra jeden z aktorów „Incepcji”. No ale na co komu subtelności, skoro reżyser posiada gigantyczny młotek i wali nim widza po głowie: ćpanie to zło, ćpanie rujnuje związki, przyjaźnie, rodzinę, pracę i zdrowie. A uratować mogą cię oczywiście tylko najbliżsi, rzec jasna ci w filmie którzy są idealni, wad nie posiadają, za to zawsze dysponują garścią mądrości na każdy temat („Musisz dać sobie sprawę, że masz problem!”). Można wymienić z milion filmów na podobny temat, które masakrują poczuciem samotności osób uzależnionych (jak hiperkinetyczne „Trainspotting”), zaś jeden sztampowy wątek homoseksualny w centrum wszystkiego to jeszcze nie powód, aby goście festiwalu, musieli się czymś tak słabym katować.

Nieco ciekawszy wydawał mi się obraz „Bruno & Marlene Go To Vegas”. Pierwszy szok: fantastyczna strona wizualna. Ładnie wykadrowane, panoramiczne zdjęcia, mocna inspiracja amerykańskim kinem drogi, porządny montaż. Kolejny festiwalowy debiut opowiada o temacie starym jak świat, a już na pewno znanym w kinie od setki lat: że outsiderzy najlepiej czują się w towarzystwie innych outsiderów. Androgeniczny główny bohater Bruno i rzucająca bon motami Marlene, poznają się zupełnym przypadkiem i postanawiają razem pojechać zobaczyć replikę Wieży Eiifla (czemu akurat to żelazne paskudztwo – ciężko stwierdzić).

Co się dzieje dalej, można sobie wyobrazić, nawet nie będąc specjalnym filmowym erudytą: w tej queerowej wersji „Thelmy i Loiuse”, pojawią się niezapowiedziane postoje, będą mieć miejsce przygody bardziej lub mniej mile widziane, a także seksualne i emocjonalne doznania, których rzecz jasna „bohaterowie się nie spodziewają”. Odkryją siebie, odnajdą swoje miejsce na świecie i film się skończy. W sumie produkcja,  choć przyzwoita, i chwilami naprawdę hipnotyzująca swoją intymnością, to jednak poza wszelkie przeciętne ramy amerykańskich dramatów niezależnych nie wychodząca.

Prawdziwym pierwszym filmowym uderzeniem festiwalu mógł okazać się dokument Lawrence’a Ferrary „Power Erotic”, który stanowi studium męskiej seksualności, ze szczególnym naciskiem na mężczyzn homoseksualnych. Oglądamy gwiazdy porno, zwykłych facetów i urywki z internetowych ogłoszeń erotycznych, które mają dać nam pewien psychologiczny portret współczesnego faceta i naukowych uzasadnień jego seksualnych fantazji. Oczywiście doceniam odwagę tematu, doceniam nieskrępowane wyznania bohaterów filmu, ale w gruncie rzeczy seans jest jak udany stosunek bez orgazmu: ta kolejna po „300: Powstanie Imperium” ekranowa parada męskich, nagich ciał , nie ma w gruncie rzeczy niczego odkrywczego do powiedzenia.

Ubogie słownictwo bohaterów (szlag człowieka trafia gdy przez pewną część filmu co 10 sekund pada słowo „dominacja” w tym samym kontekście), równie ubogie tezy (problemy z ojcem, potrzeba władzy, bliskości, walka o pozycję samca alfa, kult ciała i męskości) , którego nikogo na sali tego typu festiwalu nie zaskoczą, okropne stosowanie muzyki (przy tematach erotyzujacych mocna, perkusyjna muzyka zbudowana na ciągłych ostinatach, przy tematach uczuciowych jakieś plumkanie w tle) – w sumie ciężko to wszystko traktować serio.

Pierwszym udanym filmem festiwalu uznaję niezwykle ciekawy dokument „Obóz Beaverton” autorstwa dwóch młodych reżyserek – Beth Nelson i Any Grillo. Film stanowiący niemalże rewers męskiego „Power Erotic” – tym razem pochylamy się nad seksualnością „queerowych” kobiet. W najbardziej pozytywnej pełnometrażowej produkcji festiwalu, zostajemy porwani do stanu Nevada, gdzie na pustynnie odizolowanej przestrzeni co rok odbywa się wielki festyn radykalnie wyzwolonych kobiet jawnie manifestujących tam swoje erotyczne preferencje. Owinięta wokół seksualności impreza składa się z wspólnych warsztatów, programów edukacyjnych, wspólnych sesji masturbacyjnych (także z mężczyznami), a uwieńczona jest seksualną orgią, w czasie której bohaterki wydarzenia łączą się w przeróżne konfiguracje a czasem tylko bez cienia wstydu przypatrują się wszystkiemu co się dzieje.

Jeśli miałbym wobec tego filmu jakikolwiek zarzut, to może pewien znaczący brak zarysowania charakterów bohaterek dokumentu: dowiadujemy się co prawda dużo na temat ich seksualności, o tym co lubią i gdzie, z jakimi gadżetami i iloma osobami naraz, ale to wszystko wydaje się jednak za mało. Choć z filmu bije pozytywna energia i ogląda się go z dużą przyjemnością, to mimo wszystko chętnie poznałbym życie tych kobiet poza beavertonem – co robią na co dzień, jakie mają pasje, skąd pochodzą. Tym bardziej, że bezpośredniość, z jaką opowiadają o swoich doświadczeniach i relacjach zawiązanych na  tytułowym obozie nie pozostawia złudzeń – w skrępowanym konwenansami świecie, takie miejsce było zdecydowanie im potrzebne.

Jakby z zupełnie innego bieguna, jawił się wyświetlany tuż po „Beavertonie”, kolejny dokument „The Rugby Player”. Podręcznikowy przykład jak koncertowo spieprzyć opowieść gdy filmowiec przestaje odróżniać gatunek dokumentu od reportażu. Sytuacja jest prosta: oglądamy historię życia i okoliczności tragicznej śmierci pewnego utalentowanego rubgybsty ze Stanów Zjednoczonych. Film próbuje powiązać ze sobą trzy główne fakty: jego śmierć na pokładzie samolotu United 93 dnia 11. września 2001 roku, narodziny największej pasji jaką dla tego „patykowatego chudzielca” było rugby, a także coming out i jego życie prywatne.

Wszystko to brzmi może i ładnie, a zasada „o zmarłych nie mówimy źle” może i świadczy o taktowności, jednakże sentymentalizm tego filmu jest dla mnie nie do przełknięcia. Z matki-naratorki tworzy się pod koniec seansu boginię, z tytułowego bohatera wybawcę Waszyngtonu, ikonę sportu i najwspanialszego człowieka, jaki chodził po Ziemi. Powstały w kraju, w którym na okrągło istnieje popyt na opowiadanie bajek i superbohaterów, film właściwie nie daje szansy na żadną interakcję z widzem. W efekcie: po 5 minutach można rozgryźć go właściwie w całości a resztę czasu się porządnie wynudzić.

Kubłem zimnej wody na głowę okazał się dopiero blok krótkometrażówek, który zaprezentował poziom co najmniej o dwie głowy przerastający wszystko, co dotychczas na festiwalu można było oglądać. Dyscyplina realizacyjna, wyśmienite granie gatunkami, pilnowanie aktorów i sporo dobrych pomysłów. Od fantastycznie rozegranego teledysku „Gay Goth Scene” (do zobaczenia poniżej), który może tematycznie idzie po linii najmniejszego oporu (to proste dzieło o braku akceptacji), ale formalnie oszałamia i wgniata w fotel.

Był jeszcze prawie 40 minutowy francuski thriller „Siódme niebo”, które przedstawia życie bezrobotnego mieszkańca francuskiego blokowiska szukającego pieniędzy w przypadkowym płatnym seksie. Film mistrzowsko opowiedziany i zagrany, choć także subtelnością nie grzeszący.W przeciwieństwie do najlepszego moim zdaniem filmu festiwalu: hipnotycznego „Mojego najlepszego przyjaciela”. Żaden film nie charakteryzowało takie wyczucie stylu i taka reżyserska dojrzałość.

Ten jeden raz udało się twórcom naprawdę dotrzeć do prawdy o komplikacjach ludzkiej psychiki, a także – bezczelności pożądania. Dzieło Allana Dabertona nie pyta tu o to, czy przyjaciel może pragnąć swojego przyjaciela, bo przecież to nie tu zawiera się cały postulat środowisk queer. Nie oglądające się na społeczne stereotypy ciało uwiera zawsze, a życie w labiryncie niespełnień jest chorobą, na którą nie ma sensownego leku. Cichy, pozbawiony zbędnego szumu, mały-wielki film.

Festiwal uwieńczył jednak film najmocniejszy z wszystkich, bo też historycznie najbardziej aktualny: dokument „Kampania Nienawiści” przenoszący nas w świat mniejszości seksualnych w Rosji, tuż po uchwaleniu ustawy o zakazie propagowania homoseksualizmu wśród dzieci. Z dziennikarską dokładnością i niemal klinicznym spokojem, twórca filmu słucha co ma do powiedzenia polityk odpowiedzialny za całe zamieszanie (widownia raz po raz śmiała się z jego wypowiedzi),  odkrywa podziemie Lgbt w Rosji, pokazuje ogólnospołeczne i te bardziej personalne skutki nacjonalistycznej i nie uderzającej jedynie w środowisko Lgbt polityki reżimu Putina. Film w dużej mierze „interwencyjny” i z pewną tezą, ale ze względu na swoją aktualność na pewno znakomicie oddający pewne społeczne nastroje. Kawał rzetelnej roboty.

Na sam koniec festiwalu przewidziano debatę na temat procesu migracji wątków Lgbt z kultury niszowej do kultury popularnej. Przewertowano parę książek, opowiedziano historię kultury Lgbt we wszystkich możliwych dziedzinach sztuki (a także w sporcie) i zarysowano problemy, z jakimi kultura mniejszości seksualnych się boryka. Co z tego wszystkiego wynika? Moje zdanie będzie stanowić poniekąd podsumowanie całego niniejszego tekstu: chcę filmów, nie agitek. Chcę twórców, nie amatorów, chcą wielkiego kina, a nie tworzonych na doraźne potrzeby półproduktów. Kino pozostaje dla mnie kinem bez względu na obraną tematykę: zawsze w centrum mają być ciekawi bohaterowie, a ich historia ma zostać oprawiona w formę stricte kinową, atrakcyjną i adekwatną, do wszystkiego co widzimy na ekranie.

A tworzenie swego rodzaju getta – kina dla 100 osób w całym kraju, z twórcami, których materia filmowa interesuje średnio, i dla których temat ma być już samograjem, nie wydaje mi się dobrym kierunkiem. O ileż więcej może robić dla społeczności Lgbt biseksualna heroina z trylogii Stiega Larssona i filmu „Dziewczyna z tatuażem”, niż kręcące się wokoło wokół samego seksu przynudzające schematyczne i do bólu hermetyczne opowieści i dokumenty. Przecież właśnie w ten sam sposób doszło w kinie do emancypacji czarnoskórych – dziś grających superbohaterów w megaprodukcjach Marvela.

Przyzwyczajając widownię do faktu, że życie osób homoseksualnych nie wiąże się tylko z samym seksem (a takie można by wysunąć wnioski chociażby z „Power erotic” czy „Obozu beaverton”) albo traktując bez głaskania po głowie (ok, jest homo, ale jeszcze był świetnym sportowcem, przyjacielem i miał świetną mamę), można dokonać prawdziwej rewolucji światopoglądowej.

A to może się zwłaszcza przydać w kraju, takim jak Polska, który nadal jest na etapie nie odróżniania homoseksualizmu od pedofilii.

szymalan

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s