300: Rise of an Empire (2014, Noam Murro)

300: Powstanie Imperium ****

1974546_10201248413806532_1745964437_n Pomysł na markę „300” ma w sobie coś schizofrenicznego: filmy te są jednocześnie wulgaryzacją i apoteozą wydarzeń historycznych, o których opowiadają. Starożytne starcie perskiego despotyzmu z grecką demokracją ma tu z jednej strony wymiar multipleksowego fast-fooda, który ma być głośny, głupawy i odmóżdżający (no i po angielsku). Z drugiej  „Powstanie Imperium” w całej swej artystycznej stylizacji i powadze tonu, ma również wymiar wręcz celebracyjny. To ekstatycznie opowiedziany hymn na cześć waleczności i lojalności.

Tak jak nie jestem fanem oryginału Zacka Snydera, tak na ciekawszym fabularnie sequelu(?), bawiłem się świetnie. Pierwsza część stała się właściwie zbędna – „Powstanie Imperium” uzupełnia wszystkie bowiem luki, dając nam większy, znacznie bardziej panoramiczny kontekst całej wojny. Jest więc i bitwa pod Maratonem,  jest morskie starcie przy wyspie Salaminie, a po drodze wspomina się również wielokrotnie o bohaterskim wyczynie Leonidasa pod Termopilami. Podziwianie sił zbrojnych złożonych z ateńskich poetów i farmerów samo w sobie wydaje mi się zresztą o wiele bardziej identyfikowalne niż oglądanie rzucających się na pożarcie dzikich Spartan.

Oczywiście arcydziełem film nie jest. Nietrudno zauważyć, że Noam Murro – mimo, że słusznie rezygnuje z większości elementów fantasy wprowadzonych u Zacka Snydera – mistrzem storytellingu nie jest. Film, co rusz atakuje nas kolejnymi nieuporządkowanymi origin story – a to Artemizji,a to Temistoklesa, a to Xerksesa – i co chwilę próbuje wyjaśnić chronologię i zawiłość prezentowanych wydarzeń. Skutek może być taki, że jak ktoś takich biograficznych wykładów nie lubi (to nie ja), to może się nieco chwilami zmęczyć, czekając na to, na co w końcu przyszedł do kina – kolejne, baletowo zaprojektowane  orgiastyczne sekwencje batalistyczne.

Bo to właśnie one, podziwiane przez mnie na kolosalnym ekranie katowickiego IMAXu (i tylko tam znajdujące swoją sprawiedliwość), są tu powodem, dla którego warto odwiedzić kino. Ta współczesna, bardzo komputerowa i nowoczesna fantazja wojenna, choć głupawa i przesadzona do poziomu absolutnego ekstremum, ma tu wdzięk, rytm i energię, która potrafi rozsadzić całą salę.  Odurzenie wizualnym spektaklem wspomaga podkręcony do granic dźwięk oraz pulsująca, zbudowana na ciągłych cruscendach i waleniu w perkusję, muzyka.

Przesadzone? Przestylizowane i przekomputeryzowane? Może, ale film Murro niczego nie udaje i wcale nie zamierza przed widzem przepraszać za to, że większych ambicji nie posiada. Ta parada nieprawdopodobnie epickich – rzecz jasna, przeważnie spowolnionych –  kadrów, fetyszystowskich kostiumów i na przemian homo i heteroerotycznego podejścia do prezencji bohaterów, ma szansę sprawdzić się tylko wtedy, kiedy widz jawnie zaakceptuje campowość i umowność całej konwencji.

Tak jak Eva Green w zdumiewającej kreacji Artemizji. Rzadko zdarza się chwalić aktorskie role z tego typu filmów, ale Green kradnie cały seans – jest i pociągająca, i rewelacyjnie sprawdza się w roli kobiety bezwzględnej ale mającej własne racje i motywację do działania. Podobnie z Rodrigo Santoro w niedorzecznie wręcz wyzywającej roli Xerksesa – dialogowana scena pomiędzy tą dwójką, jest jedną z najlepszych w całym filmie.I to dzięki nim, ten na poły historyczny teatr telewizji, a na poły rozbuchana opera o brodatych idealistach ścierających się z armią dowodzoną przez zimną sukę – sprawdza się zaskakująco nieźle jak na 2 godziny ucieczki od świata.

szymalan

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s