The Hunger Games: Catching Fire (2013, Francis Lawrence)

Igrzyska śmierci. W pierścieniu ognia *****½

hunger-games-catching-fire-quarter-quell-posters-8

Światy – młodzieży, dorosłych oraz kultury masowej i wielkiej polityki, splatają się razem w epickim, przejmującym i zdumiewającym z każdą kolejną sceną sequelu mega kasowych „Igrzysk śmierci”. Jeśli doczekaliśmy czasów, że kino wysokobudżetowe – teoretycznie młodzieżowe – sięga tak wysokiej półki, a młodzi ludzie masowo to oglądają, to chyba nie ma co tak rozpaczać nad kondycją współczesnego świata. Mam zresztą wrażenie, że ten film robi o wiele więcej dla popkultury XXI wieku niż większość recenzentów to zauważa (częściej słychać pochwały a la „dobry blockbuster”, „inteligentny film rozrywkowy”). „Igrzyska Śmierci w pierścieniu ognia”, to  jednak prawdziwe kino – pozbawiony taryfy ulgowej kawał rewelacyjnej filmowej narracji, która na czas projekcji wsysa bez reszty, a po dramatycznym finale prosi się o więcej. 

Bałem się reżyserii Francisa Lawrence’a, ale filmowiec nie tylko nie popsuł założeń, które przyjął w pierwszym filmie jego poprzednik Gary Ross, ale twórczo i bardzo inteligentnie rozwinął koncepty i starannie poprawił słabości pierwszej części. Przede wszystkim znacznie lepiej poradził sobie z ekspozycją postaci – jest ich więcej, ale większość wprowadzona na tyle szybko, że na wszystko jest czas. Mamy i możliwość odebrania „złego pierwszego wrażenia” co do niektórych z nich, ale i oni znajdą potem w filmie momenty, kiedy kompletnie wygrają sobie szacunek widzów.

Większy budżet pozwolił również Lawrence’owi na o wiele pełniejszy „world building”. Film nie udaje epickiego, tak jak robi to jedynka (okazyjne panoramy z lekko kłującymi w oczy efektami CGI), ale rozpościera przed nami cudowne kadry w formacie 2.35:1, w których mamy szansę podziwiać i cały rozmach przedsięwzięcia, ale i intymność relacji poszczególnych bohaterów.  Bo i ten właśnie ostatni element jest tu zupełnie dominujący, a nie gubi się pod masywnym rozmachem i komplikacjami wizualnymi w związku z ostatnią, w dużej mierze przygodową (choć jest to kino przygodowe na tak hardkorowym poziomie, że i sam Indiana Jones narobił by w majty) jedną trzecią produkcji. 

Otwierająca cały film spokojna rozmowa Katniss (nokautująca aktorsko Jennifer Lawrence) z Galem, Katniss przytulająca swoją siostrę, nieprawdopodobna chemia pomiędzy Jennifer Lawrence a Joshem Hutchersonem w pierwszej połowie,  gdy razem przechodzą przez absolutnie niegodne potraktowanie ich przez rządy prezydenta Snowe’a. Także sposób w jaki co raz bardziej ożywanie są postacie Elizabeth Banks i Lenny Kravitza. Masa rewelacyjnych aktorskich scen opartych na uczuciach, sprawia, że kiedy przychodzi w końcu do telewizyjnego show upiornie śmiejącego się (jak Joker Heatha Ledgera w „Mrocznym rycerzu”) Stanleya Tucci, film nabiera takiej krawędzi, jak najlepsza kinowa satyra polityczna – jeży włos na głowie i bawi do rozpuku. 

Stojące na skraju politycznej rewolucji państwo Panem, jak w najlepszych dystopiach z kina science-fiction jest i wysoce plastyczne, pełne skrajnych wyobrażeń co do mody i architektury, ale i na każdym kroku przeżarte nieprawdą i fałszem medialnej propagandy. Jest to świat mroczny, okraszony ziarnistą warstwą wizualną pełną przyciemnionych kolorów. Wszystko w tym filmie – także nieuchronna powtórka konstrukcji fabuły –  jest jednak naturalną konsekwencją wydarzeń z oryginału i jak w każdym postorwellowskim świecie totalitarnym –  bezwzględność decyzji władzy (jak organizacja nowych Igrzysk), śmierć (także przypadkowa) i rozstania są tu tak bolesne, straszne i realne, że ciarki przechodzą po ciele w czasie projekcji.

A wszystko to podane w multipleksowej formie wystawnego widowiska, które ani przez moment nie zdaje się pretensjonalne. Filmy Tarkowskiego i Bergmana mogłyby być słusznie odebrane jako patrzące na widza z góry. Ale można też tak: zaprosić widza lśniącymi plakatami i perfekcyjną machiną marketingową, ale nie traktować go przy tym jak debila. Są powody, aby dbać o bohaterów i wszystko co im się przytrafia, są zdjęcia które idealnie wyczarowują atmosferę zbliżającego się armageddonu i są wreszcie elektryzujące sceny akcji, na które fizycznie się reaguje podskokami z fotela i łapaniem za głowę. Całkowicie poważnie – dla mnie to najlepszy film, jaki oglądałem w 2013 roku. 

szymalan

Reklamy

2 thoughts on “The Hunger Games: Catching Fire (2013, Francis Lawrence)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s