Thor (2011, Kenneth Branagh)

Thor ***

thor

Jaki Thor jest, każdy widzi. Jest przystojny, jest umięśniony, a także gustownie jak na asgardiańskiego boga-wojownika ubrany. Ale jest także –  zwłaszcza wtedy kiedy nie trzeba – skory do bitki i pierwszy w kolejce do przejęcia władzy w Asgardzie po swoim ojcu. Wygłaszający ustami Anthony’ego Hopkinsa kolejne patetyczne kazania, Odyn, w końcu nie wytrzymuje  arogancji i nieposłuszeństwa jedynego biologicznego syna i już na początku filmu odbiera boski młot i skazuje Thora na wygnanie. I to na Ziemię ale czy to znowu aż tak źle? Nie zupełnie, zwłaszcza gdy spotka tam samą Natalie Portman a także Stellana Skaaksarda oraz Kat Dennings. Pocieszne trio ziemskich naukowców, którzy mity nordcykie, jeśli znają to tylko z książek, a teraz z bogami z Asgardu muszą skonfrontować się w rzeczywistości. 

W ekranizacji marvelowskiego komiksu czyli kolejnej zajawce przygotowującej nas do „Avengersów”, razi mnie przede wszystkim totalnie bezpieczna narracja, która jak może, tak unika ryzykownych i niepewnych pomysłów, które hollywoodzkiej superprodukcji nie przystoją. Choć podniosły do przesady charakter filmu rozrzedzają nieco sceny poczucia humoru, w których Thor (charyzmatyczny Chris Hemsworth) musi nauczyć się obycia wśród zwykłych homo sapiens (a i ze dwa razy zostaje uderzony samochodem przez zwyciężczynię Oscara za „Czarnego Łabędzia”), najważniejsze jest tu jednak co innego. Jak na zainteresowania reżysera przystało, jest tu oczywiście quasi-szekspirowski wątek walki o tron, jest przybrany brat-zdrajca (o wiele ciekawsza postać Lokiego), który okaże się niegodny władzy, po to aby Thor mógł jej się godny w finale okazać (oczywiście ratując ziemian przed atakim wielkiego plującego ogniem robota). Jest wreszcie bijący banałem po oczach prosty łuk narracyjny, w którym nasz superbohater nauczy się być dobrym i pokornym bogiem, godnym swego ojca, należnej mu władzy i dzierżenia magicznego młota. 

Przyznaję – podczas niedawnego maratonu ENEMF z Thorem, wynudziłem się na tej pierwszej części straszliwie. Słoniowato poskładane widowisko wadzi głównie brakiem wizji świata, w którym to wszystko się rozgrywa. Gdy jesteśmy w Asgardzie lub innym z 9-ciu Światów – film jest ciemny (zwłaszcza w zbędnym użyciu 3D) i kompletnie niedorzeczny pod względem sztywnych dialogów i przedziwaczonych strojów i hełmów. Gdy jesteśmy na Ziemi – film nie znajduje balansu pomiędzy równie poważnym wątkiem Agentów S.h.i.e.l.d., a całym „fish out of water” humorem związanym ze spotkanim Thora z naszymi naukowcami. W dodatku, jakiej znowu Ziemi? Raczej jednym małym mieście, które jest w tak w oczywisty sposób zbudowanym planem zdjęciowym czekającym na zniszczenie w obowiązkowej wybuchowej kulminacji, że aż trudno uwierzyć, że nie mamy do czynienia z filmem z lat 70. 

W tym anemicznym nieco obrazie, z toporną łupanką napisaną przez Patricka Doyla na ścieżce dźwiękowej, bronią się prawdziwi aktorzy, bo przecież Branagh z nimi pracować potrafi świetnie, broni się również praca specjalistów od komputerowych efektów, którzy dają nam kilka naprawdę zapierających dech w piersiach epickich kadrów. Broni się wreszcie sam Thor, który nie bez przyczyny jest dzisiaj uwielbiany przez wszystkich i stał się jednym z największych superbohaterów w światowej popkulturze. I mam wrażenie, że podobnie jak Batman u Nolana – zasługuje na znacznie mniej przewidywalny i bezpłciowy film niż ten.

szymalan

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s