The Skeleton Key (2005, Ian Softley)

Klucz do koszmaru ***½

skeleton_key

Kontynuując przegląd filmów, które obejrzałm w życiu w kinie, dojeżdżamy do produkcji pod mało oryginalnym tytułem „Klucz do koszmaru”. Jakim cudem trafiłem na coś tak nie znaczącego do kina? Cóż, miałem 15 lat, a gatunkiem którym zachwyciłem się od samego początku – i co zostało mi do dziś – były od zawsze horrory. Wystarczył mi klimatyczny plakat i przerażający opis z taglinem złowieszczo trąbiącym, że „bać się to znaczy uwierzyć”, aby zapłacić w kasie za film, który dzisiaj wzbudziłby we mnie najwyżej wzruszenie ramionami. Ot bardzo przeciętny, nieszczególnie ekscytujący przedstawiciel kina grozy, dobry na randkę, aby nie trzeba było jakoś wielce zwracać uwagi na to, co dzieje się na ekranie. Ale chwileczkę, czyżby? A może jednak warto wyłowić z „Kluczu do koszmaru” coś ciekawego? Może nie wszystko jest tu tak złe i fatalne jakby się mogło na pozór wydawać?

Po pierwsze film ten odkrył dla mnie talent Kate Hudson. Aktorka nie cieszy się dzisiaj szczególnym szacunkiem, ale moim zdaniem to głównie wina ogłupiających komedii, w jakich nieustannie bierze udział. A wystarczy przecież epizod z – skądinąd – nieudanego „Nine-Dziewięć” i jej brawurowe wykonanie musicalowego hitu „Cinema Italiano”, aby dać się w pełni zaczarować Hudson i móc się na własne oczy przekonać o jej aktorskich możliwościach. W „Kluczu do koszmaru” jest moim zdaniem całkiem przekonująca jako zwyczajna dwudziestolatka rzucona w wir szalonych pogańskich rytuałów na prowincji. 

Po drugie, obraz Nowego Orleanu. Spora część akcji rozgrywa się właśnie w tej słynnej amerykańskiej kolebce jazzu, zniszczonej niedawno przez huragan Katrina. Oprawa muzyczna staje się więc oczywista, a same miejscowe uliczki, tramwaje i ludzie, sprawiają, że film nabiera zupełnie innego klimatu. Wydaje się o wiele bardziej przypisany do miejsca i czasu, a nie kompletnie bezpłciowo zawieszony w powietrzu, niczym większość współczesnych przedstawicieli kina grozy. Poczucie, że znajdujemy się w przestrzeni, która ma pewną historię i tradycje znane miejscowym ludziom od dawna, nadają tej opowieści realizmu. 

Po trzecie, to wcale nie jest aż tak zła fabuła jakby się wydawało. „Klucz do koszmaru” kończy się bardzo zaskakującym twistem, którego od hollywoodzkiego straszaka bym nie oczekiwał (a który świadczy o spójności i poważnym traktowaniu świata i jego reguł przez twórców filmu). Owszem, wszystko to jakiegoś większego może sensu nie ma i podwójnego dna też ciężko szukać (nic nie zdradzając: właściwie czemu policja nie interweniowała już od samego początku?), ale w swojej kategorii rzecz i napisana, i zrobiona jest naprawdę porządnie.

Zwłaszcza, gdy  – i to po czwarte – seans umilają jeszcze tak świetni aktorzy jak John Hurt (którego uwielbiam oglądać gdziekolwiek) czy Gena Rowlands jako demoniczna pani domu, do  którego przybywa główna bohaterka. Czasem się zastanawiam co robią wybitni aktorzy w takich mało ciekawych filmach, ale powodów może być tyle, że może lepiej nie gdybać. Po prostu cieszmy się tym, że nawet seryjnym kinie klasy B możemy natrafić na aktorów, którzy naprawdę potrafią grać.

Tak więc „Klucz do koszmaru” to z jednej strony kinowy suchar bez większych ambicji ale z drugiej przewrotna, świetnie kończąca się historia ludzkiej ciekawości i naiwności. Mogło być znacznie gorzej, a to chyba najlepszy komplement jaki można w tym miejscu wystawić.

szymalan

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s