War of The Worlds (2005, Steven Spielberg)

Wojna Światów ***½

war_of_the_worlds_ver4_xlg

Jeżeli po coś powstało kino, to na pewno po to, aby móc w piękny letni, upalny dzień wybrac się po najbliższego multipleksu i z perspektywy komfortowej, klimatyzowanej sali, móc przeżyć prawdziwą apokalipsę. Coś, co w naszym zwyczajnym, codziennym życiu wydawałoby się rzeczą absolutnie nie do pomyślenia.

Z takiej właśnie zwyczajowej perspektywy zaczyna się superprodukcja wielkiego majstra wielkoekranowej rozrywki Stevena Spielberga, „Wojna Światów”. Będąca bardzo luźną adaptacją powieści H.G. Wellesa produkcja, zaczyna się od scen obrazujących życie typowego Amerykanina z typowego amerykańskiego przedmieścia. Grany przez Toma Cruise’a bohater pracuje w porcie na wielkim dźwigu, gdzie zdarzają mu się typowe robotnicze sytuacje powodujące stres. Posiada rodzinę, w tym byłą żonę i dwójkę nastoletnich dzieci: inteligentną młodszą córkę, bardzo żywiołowo reagującą na sytuacje kryzysowe (najlepsza w całym filmie Dakota Fanning) oraz zbuntowanego nastoletniego syna, który chce mieć święty spokój ze wszystkim. Spielberg jest w takich rzeczach świetny: praktycznie każdy jego film od „E.T” po „Monachium” jest w mniejszym lub mniejszym stopniu opowieścią o relacjach dzieci-rodzice. Reżyser jak mało kto potrafi zrozumieć świat dorastającego małolata, dlatego tak świetnie wypada tu cały początek filmu. Jeszcze się nic nie zaczęło, jeszcze żadne efekty specjalnie nie powodują opadu szczęk widza z hukiem na podłogę, a już można się dać wciągnąć w ten kawał ludzkiej historii opowiadanej przez twórcę „Listy Schindlera”.

Tym większe wrażenie robi początek spektakularnej inwazji Marsjan (?) na naszą planetę. Nagły, brutalnie przerywający typowe domowe problemy, które w obliczu tak wielkiej grozy muszą poczekać na odpowiedniejszą chwilę. Najpierw burza, jakiej świat nie widział, wiatr wiejący na wszystkie strony, piorun, który uderza, jakby raz po raz obwieszczał koniec świata. Chwilę potem z pod fundamentów wychodzą gigantyczne jak podwójnej wielkości dinozaury w ‚Parku Jurajskim”, maszyny, które bezceremonialnie zaczynają dokonywać masowej eksterminacji mieszkańców naszej planety.

Tak zaczyna się wielki wyścig z szalejącym wokoło końcem świata: Cruise musi odwieźć swoje dzieci do matki. Spielberg sprytnie unika tu pewnej kliszy z kina katastroficznego, polegającej na opowiadaniu o całości w skali makro: nie tu żadnych telewizyjnych newsów (chyba, że widzi je sam bohater w scenie z poznaną dziennikarką) ani obrazów destrukcji z wszystkich zakątków ziemskiego globu. Narracja polega tu w dużej mierze na tym, że nieustannie wiemy dokładnie tylko tyle, ile sam główny bohater grany przez Toma Cruise’a. Prawie przez dwie-trzecie filmu soczewka Spielberga skupia się tylko na relacji i przetrwaniu tej trójki bohaterów, którzy są świadkami co raz bardziej przerażających scen (kapitalny pościg przez autostradę, budząca autentyczne dreszcze scena masowej paranoi przy promach, zatrzymanie samochodu przez innych ludzi, palący się pociąg).

Moment, w którym świetnie zrealizowane (co nie jest oczywiście wielkim szokiem) widowisko Spielberga się psuje, następuje z chwilą, gdy cała akcja przenosi się do piwnicy pewnego mężczyzny, który postanawia dać naszym bohaterom azyl. I przy okazji uświadomić ich, że ludzie stali się zwierzyną łowną: to nie jest wojna, ale realizacja całkowitego planu zniszczenia ludzkości. To własnie wtedy następuje znaczne obniżenie tempa i temperatury filmu, który traci nagle skalę całej paniki i zupełnie niepotrzebnie ukazuje nam swoich złych kosmitów w pełnej okazałości. To nie jest tak, że zakończenie jest koncertowo schrzanione: po prostu mam wrażenie, że tak znakomite momentum, jakie niosła za sobą fabuła przez pierwsze 90 minut, zwyczajnie nie zasługuje na tak nieciekawy, pośpieszny i nieco żenujący (naprawdę ci super inteligentni przybysze nie wiedzieli o drobnoustrojach?) koniec.

Spielberg, choć nadal pozostaje mistrzem w tym co robi, od zawsze miał problemy z kończeniem swoich filmów: wspomnieć koszmarnie psujący całość finał „A.I”, płaczliwą ostatnią scenę „Listy Schindlera”, czy utopiony w patosie koniec „Szeregowca Ryana”. „Wojna światów” nie jest wyjątkiem: twórca o takim doświadczeniu w kinie rozrywkowym nie powinien popełniać takiego błędu. Film, który przez dłuższy czas pompuje adrenalinę  praktycznie non-stop, a w końcówce powoduje najwyżej odruch wzruszenia ramion, trudno żeby nie wywołał autentycznej frustracji przy wyjściu z kina. Zobaczyć warto, ale lepiej na wiele nie liczyć.

szymalan

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s