16 Festiwal Filmowy – Cropp Kultowe. Dzień 7.

Najbardziej obrzydliwy film świata

film_john_waters_pink_flamingos-fff29c2fda17fa5d53f491c0177a5d74_h_large

23 maja na Festiwalu Filmowym Cropp był dla mnie jednym z najbardziej „pracowitych” dni całej imprezy. W kinie spędziłem bowiem aż 7 godzin z małymi przerwami. Tyle dobrze, że każdy seans odbył się w innym katowickim kinie studyjnym – była więc okazja na chwile oddechu i przewietrzenie umysłu – a nie ukrywam, było po czym, bowiem każdy z 3 obejrzanych tego dnia filmów, na pewno zostanie mi w głowie na dłużej. 

Szczerze mówiąc bałem się drugiego seansu „Między słowami” Soffi Copolii. Cały czas mam wrażenie, że reżyserka tworzy głównie filmy dla snobów. Typowe snuje, w których nic się szczególnego nie dzieje, a widz ma się cieszyć, że naszym bohaterom udało się w tym dziwnym świecie jako jedynym zachować normalnośc (dodam, że bardzo nie podobało mi się okropnie nudne „Somewhere”). Tak właśnie- kosztem kpienia z postaci drugoplanowych – często wygląda budowanie świata amerykańskich filmów niezależnych, i jest to trend, który mnie osobiście straszliwie irytuje. Ale opowieść o spotkaniu dwóch białych ludzi – kobiety i mężczyzny – w znudzonym świecie showbiznesu w Tokio, ma w sobie coś jednak więcej niż tylko naśmiewanie się z języka japońskiego i użalanie się nad losem głównych bohaterów. 

Coppola przede wszystkim zamiast opowiadać intrygę – bardzo skrupulatnie buduje klimat, który stopniowo co raz bardziej mnie wciągał w całą opowieść. W pewnym momencie mamy już nie tyle do czynienia z fabułą, co z postawieniem widza w stan umysłu bohaterów. Tych, którzy spotkali się na chwilę, w złym miejscu i w złym czasie (a może wręcz przeciwinie), i właśnie dlatego tak bardzo finałowa scena ma prawo widza zaboleć. Coppola przedstawia nam pewien mikrokosmos – świat, w którym postacie Billa Murraya oraz Scarlett Johansson (znakomite role!) są jego outsiderami. Nikt ich rozumie, nikogo przy nich nie ma (nawet jeśli fizycznie to nieprawda) – wkrótce mają już tylko siebie. Kto kiedykolwiek w swoim życiu poczuł się naprawdę samotny, ten z dotarciem do emocjonalnego sedna tego – pięknie nakręconego – filmu, nie będzie miał żadnych problemów. 

Teraz dramatyczna zmiana klimatu – wchodziłem do następnego kina przybity finałem „Między słowami”, ale już 5 minut później udzieliła mi się atmosfera prawdziwego karnawału. W cyklu retrospektywy Johna Watersa, w katowickim Światowidzie pokazana została kultowa komediowa pt. „Różowe flamingi”. Już raz w cyklu tych festiwalowych relacji pisałem co nieco o tym skandaliście, ale nawet seans „Desperate Livings” nie był mnie w stanie przygotować na budzący skrajne emocje obraz „Pink Flamingos”. Hmm..cóż, to może zacznę od jednego szczegółu związanego z projekcją: tuż przed seansem każda osoba wchodząca na salę otrzymała papierową torebkę z napisem „Na wymioty”. Potem nastąpiła prelekcja Piotra Czerkawskiego, z której dowiedzieliśmy się o paru co ciekawszych sprawach związanych z filmem („najciekawsze” sceny, legendy powiązane z produkcją), ale chwilę później na ekranie został wyświetlony film. O. Mój. Boże. 

Powiem krótko: film dorównuje swojej reputacji. Trzeba sprawę postawić jasno: zanim przystąpi się do oglądania „Różowych flamingów”, należy daleko za drzwiami pozostawić nasze wszelkie poczucie dobrego smaku i moralności. Obraz Johna Watersa jest bowiem arcyspektakularnym zamachem na wszystko, co w kinie uznane jest za dobre i piękne. To chory festyn obrzydliwości i jedyna w swoim rodzaju dla historii filmu uroczysta celebracja wszystkich ludzkich wad, zboczeń i niedoskonałości. Bohaterowie składają się tu praktycznie z samych ułomności i na dodatek jeszcze potrafią się tym otwarcie cieszyć. Stąd zresztą cała fabuła, która z grubsza rzecz biorąc sprowadza się do zaciętego pojedynku o tytuł najobrzydliwszej osoby, jaka istnieje na świecie. 

I stąd też kawalkada facepalmowych scen, które sprawiają, że widz klaszcze jak dziecko i za jednym zamachem siedzi przerażony faktem, że ktoś coś takiego NAPRAWDĘ nakręcił. Wasze wyobrażenia na temat seksu (podpowiem, że słowo-klucz to w tym wypadku: kurczak), jedzenia (w tym wypadku słowem-kluczem jest: pies), anatomii człowieka (widzieliście kiedyś mężczyznę z kiełbasą przyczepioną do penisa?), a nawet listonoszy (widzieliście, że są tacy, co roznoszą tylko jajka, a nie listy?) poddane zostaną dramatycznym przeobrażeniom. Ten świetnie, na pół-amatorsko, nakręcony typowy filmowy śmieć, sprawił, że bawiłem się w kinie jak świnka morska, a wraz ze mną cała sala, która raz po raz wyła z radości, krzywiła się na widok obrzydliwości i klaskała, przy co ciekawszych wyczynach aktorów lub żartach. Tak zróbcie: zbierzcie znajomych i – koniecznie bez popkornu i w ogóle czegokolwiek do jedzenia- przeżyjcie razem to absolutne arcydzieło bezwzględnej satyry na klasę średnią. Niezampomniane przeżycia gwarantowane. 

Z Johna Watersa wyszedłem jak z sokowirówki – a czekał mnie jeszcze nocny spacer po Nowym Yorku z Tomem Cruisem z „Oczu szeroko zamkniętych” Stanleya Kubricka. Ten film to oczywiście kolejna zmiana tonacji: kubrickowski styl, jak wiadomo, pełen jest przepychu, elegancji i oczywiście absolutnej perfekcji technicznej. Już otwierający film walc Szostakowicza roztoczył na sali klimat, który magicznie utrzymywał się przez cały, niezwykle długi (160 minut) czas projekcji. Hipnotyczny, pożyczający ogólną konstrukcję narracji z „After Hours” Martina Scorsese film, obejrzałem już po raz czwarty, ale dopiero teraz nadarzyła się okazja obejrzeć to kontrowersyjne artystycznie dzieło twórcy „Mechanicznej Pomarańczy” na wielkim ekranie.  

I chyba nadal nie rozumiem, o czym do końca ten film jest. Przebogate w symbolikę i różniste tropy dzieło, jest wybitnym osiągnięciem operatorskim, to prawda. Kadry zachwycają, choreografia całej orgii, scena rozmowy Cruise’a z Kidman po zakończeniu balu (moim zdaniem jedna z najlepszych czysto aktorskich sekwencji w filmografii Kubricka, z wybitnymi rolami Cruise’a oraz Kidman), rozmowa z doktorem. W swoim ostatnim filmie przed śmiercią, reżyser zaprasza nas do mrocznej odysei na temat seksu, ludzkiego pożadania oraz wynikających z tego związkowych problemach w świecie pełnym pieniędzy i pogoni za konsumpcją.

I choć film wydaje mi się przeładowany od wątków, które zasadniczo prawie nigdy nie zostają do końca porządnie wygrane, „Oczy szeroko zamknięte” oglądało mi się na dużym ekranie świetnie. Obraz Stanleya cały czas trzyma w napięciu, a kiedy trzeba wychodzić późno wieczorem z kina (a jest to idealna pora dla tego właśnie filmu), trudno nie czuć satysfakcji z kulturalnie spędzonego czasu. Ostatecznie  Kubrick to w końcu Kubrick – nawet w nieco słabszej formie, wciąż przykuwa i budzi dyskusje większe niż większość ekranowego współczesnego przeciętniactwa.

szymalan

croppkultowe

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s