Life of Pi (2012, Ang Lee)

Życie Pi ***½

life_of_pi_ver4

W jednym z najwspanialszych filmów Wernera Herzoga, „Grizzly Man”, główny bohater spoglądał w oczy niedźwiedzia Grizzly i widział potulnego misia, z którym można zamieszkać i się na zawsze z nim zaprzyjaźnić. Stanowczy i bezwzględny w swej sceptyczności Herzog, skomentował to rzecz jasna po swojemu: on patrząc w oczy Grizzly widział głodną, wściekłą bestię, gotową w każdej chwili pożreć człowieka żywcem. Mniej więcej ta sama filozofia gwałtownego napięcia, jakie istnieje pomiędzy naturą a człowiekiem w filmach Herzoga, zostaje w oscarowym filmie Anga Lee („Tajemnica Brokeback Mountain”, „Ostrożnie, pożądanie”, „Hulk”) sprowadzona do konwencji drogiej, familijnej hollywoodzkiej baśni pełnej efektów specjalnych. 

W adaptacji powieści Yanna Martela pod tym samym tytułem, dorosły Hindus opowiada amerykańskiemu pisarzowi swoją niezwykłą historię życia. Dorastanie w zoo należącym do rodziców, odkrywanie kolejnych religii, pierwszą miłośc, ale przede wszystkim epizod z 16. roku zycia, który został z nim na zawsze. Katastrofę morską, w wyniku której zginęła jego cała rodzina oraz czas, jaki spędził jako rozbitek na małej szalupie w towarzystwie tygrysa bengalskiego imieniem Richard Parker. 

Poniekąd jest to film zaskakujący. Kampania promująca proponuje nam czystą przygodówkę w stylu „Avatara” – olśniewające co chwilę widowisko z hiperrealistycznymi efektami CGI zwierząt i przełomowym użyciem 3D. A wszystko to ma rozgrywac się  w morskich klimatach znanych chociażby z takich filmów jak „Cast Away” Roberta Zemeckisa. Nic bardziej mylnego: choć rzeczywiście jest to centralna scena filmu, to jednak nie trwa na tyle długo, aby tak jednoznacznie określać „Życie Pi” jako film przygodowy. 

Czy to wynika z faktu utrzymania wierności wobec literackiego oryginału, a może z faktu, że trzeba było coś zrobić, aby nie położyć całego filmu w rękach nastoletniego debiutanta, a może wreszcie z tego, że film miał brać udział w rozdaniu Oscarów, a więc nie mógł być tylko zwykłą rozrywką w stylu „Piratów z Karaibów”. Ważne, że poza proste kino fantasy ten film próbuje wyjść,  co widać przede wszystkim w rozbudowanym, prawie 40-minutowym wstępie, będącym biografią głównego bohatera (z dużym uwzględnieniem wątków religijnych) oraz w epilogu, który próbuje całej opowieści nadać zupełnie nowych znaczeń. 

Religia okazuje się w superprodukcji Anga Lee jeszcze jednym językiem, którym można opowiadać tę samą historię. Czasem to język rozumu, czasem język wyobraźni lub fantazji, czasem obiektywnej, widzialnej prawdy, język kina lub prozy, a czasem język Wisznu, Chrystusa lub Allaha. Jesteśmy w końcu na poletku samej Fabryki Snów: miejsca, w którym Hindusi i wszyscy inni obcokrajowcy mogą rozmawiać ze sobą bez przeszkód perfekcyjną angielszczyzną już od dziecka i miejsca, w którym piękno prawdziwego świata i piękno sztucznej komputerowej pokazówki splatają się w jeden umowny, momentami całkiem hipnotyczny sen – nie-sen. Dla Anga Lee to obraz o naturze samej natury (nie spłyconej do poziomu kreskówkowej pluszowej komercji) ale i o naturze storytellingu, w świecie, w którym coraz ciężej jest widzowi zawiesić niewiarę na czas projekcji i zwyczajnie dać się porwać nurtowi opowieści. 

Czy „Życie Pi” jest arcydziełem? Nie za bardzo. Za dużo tu wszystkiego naraz (film jak na swój rozmach narracyjny, jest dośc krótki i szybki), za dużo stylu, który momentamni sprawia wrażenie popisu dla samego popisu, wreszcie za dużo sztuczności w uniesionych  dialogach w stylu „Boże, jestem Twoim naczyniem” oraz w kadrach, które zapewne mają swój efekt w 3D, ale w zwykłm formacie wyglądają po prostu dziwnie (zwłaszcza nagłe zmiany aspect ratio z 16:9 do pełnego widescreen w środku filmu, mogą wytracić z równowagi). Również nie zgadzam się z wszystkimi peanami na cześć strony wizualnej: „Życie Pi” wygląda całkiem zwyczajnie, gdyby wyciąć z niego parę sekwencji, które aż obezwładniają swoim pięknem. Ja nadal uważam, że Oscar za zdjęcia należał się Rogerowi Deakinsowi za „Skyfall”

Nie mniej, choć film mnie nie powalił, to czuję jakiś wyraźny szacunek wobec Anga Lee, za to, że poraz kolejny okazuje się facetem, łamiającym przyzwyczajenia widza wobec kina gatunkowego. „Życie Pi” to typowe wcielenie amerykańskiej frazy „throw everything against a wall and see what sticks”. W zaledwie 110 minutach podaje nam na tacy pewne przeróżne idee na etapie kiełkowania i od widza zalezy, co z nimi stanie się po seansie dalej. A nawet jak nic – to przynajmniej pozostanie mu kawałek niezłej przygody: od pomysłowego wyjaśnienia skąd pochodzi imię głównego bohatera, poprzez spektakularne sekwencje burz morskich, po wizytę na przedziwnej wyspie pełnej surykatek. 

szymalan

Film obejrzałem dzięki uprzejmości sklepu FilmFreak:

filmfreakpolska-1349346009_600

Reklamy

One thought on “Life of Pi (2012, Ang Lee)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s