The Great Gatsby (2013, Buz Lurhmann)

Wielki Gatsby ****

the-great-gatsby-poster1

Kiedy w jednej ze scen bohater będący narratorem „Wielkiego Gatsby’ego” mówi do nas, że tylko dwa razy był w życiu tak pijany jak teraz, mamy wrażenie, że żartuje. To, co prezentuje bowiem sobą pierwsze 30 minut megaprodukcji Buza Lurhmanna opartej na słynnym arcydziele F. Scotta Fitzgeralda, sprawia wrażenie, jakby bohater był na nieustannym rauszu, a w ślad za nim reżyser, kamerzysta i montażysta także. W swoim najnowszym filmie, Lurhmann („Moulin Rouge”) podkręca swój operowy styl kiczu do poziomu ponad-maksimum. Szaleństwa, jakie się tutaj wyprawia wydają się nie mieć granic:  z fruwającą na wszystkie sposoby kamerą, niepotrzebnym nadużywaniem techniki slow-motion, dzikim montażem nawet w zwykłych scenach dialogów, wreszcie niemożliwą ilością sztucznych efektów komputerowych.

Przytłaczający styl muzycznego klipu stawia przed nami sprawę jasno: witajcie w Hollywood, witajcie w swiecie ekranizacji wybitnej literatury XXI wieku. Ale setki cyfrowych artystów prężących muskuły do widza to nie tylko policzek w stronę subtelności, wyciszenia i refleksji, a także samego literackiego oryginału. Oczywiście u nas Andrzej Wajda czy ktokolwiek inny zapewne nie odważyłby się zrealizować w taki sposób którejkolwiek z  polskich szkolnych lektur, ale to wcale nie znaczy, że Lurhmann stoi tutaj na pozycji przegranej.

To, co zaskakuje w jego ekranizacji (którejś-już-z-kolei-w-Hollywood), to jak wiele z samego „Gatsby’ego” udało się w niej zawrzeć. Kiedy po 25 minutach nerwowego spoglądania na ekran („dzikie montaże i latająca kamera – serio tak będzie cały film?” ) obraz się uspokoił, to nagle zdałem sobie sprawę, jak znakomicie ogląda się tę –  nieprzychylnie przyjętą za oceanem – produkcję reżysera „Australii”. Choć nadal przyjęcia wyglądają tu jakby były ostatnimi imprezami przed końcem świata w Disneylandzie, choć nadal słynna przejażdżka samochodowa Nicka i Jaya wygląda jak sekwencja wyjęta z „Szybkich i wściekłych”, to jednak szokujące jest, jak wiele znalazło się tutaj miejsca dla spokojnych scen pełnych interakcji pomiędzy bohaterami.

Choć oni sami – zrozumcie ludzie, że to książka z 1925 roku! – posługują się archaicznym językiem, jakby wziętym z wyegzaltowanego teatru, to jednak Lurhmann w swoim 142 minutowym eposie, potrafi poświęcić wystarczająco dużo czasu na to aby zdudować pomiędzy nimi potrzebne napięcie . Kolejne sceny zdają się nie mieć końca, ale w żadnym wypadku nie nudzą. Lurhmann potrafi wycofać swój lurhmannowy styl i pozwolić przybliżyć kamerę do aktorów lub ująć ich jednym kadrem i dać im po prostu grać. Kolejne sekwencje miażdzą aktorskim kunsztem: maskarada z zaproszeniem Daisy do Nicka, niemożliwa od napięcia sekwencja w hotelu, spotkanie z Meyrem w knajpce. Wszyscy zachwycają (zwłaszcza idealnie dobrani Mulligan i Maguire), ale cały film kradnie jednak niesamowity Leonardo Di Caprio w tytułowej roli.

Znany z wielu znakomitych występów, utalentowany aktor, po raz kolejny robi, to w czym jest moim zdaniem najlepszy: idealnie wyczuwa i wpasowuje się w konwencję danego filmu. Obraz Buza Lurhmanna operuje nowoczesnym kiczem i jednoczesnie staroświeckim teatralizem (niektórzy by to nazwali sztucznością – nie zgadzam się z nimi), w co Di Caprio wchodzi z lekkością, jakby był u siebie w domu.  Z najdrobniejszej gestykulacji można wyczytać z jednej strony rozczarowanie głównego bohatera życiem jakie sobie ułożył, z drugiej jakąs dziecięcą, naiwną, ale uskrzydlającą nadzieję na lepsze czasy i lepszą przyszłość. Czasy się zmieniły, wszystko się ucyfrowiło (także kino) i stało się sztuczne, a zamiast  jazzu słuchamy Lany del Rey, Jay-Za, czy Florence and The machine. Jednak ludzkie pragnienia i tęsknoty, pozostają te same, niezależnie od posiadanego majątku (co jest zresztą ciekawe: luksusowe zycie za wielkie pieniądze zapowiada w książce wielki kryzys ekonomiczny – film jest więc bardziej na czasie niż się to zdaje). I jest to życie tak samo rozczarowujące.

Dzięki grze Di Caprio – ale i innych aktorów, w tym znakomitego Joela Edgertona w roli Toma – oraz ciekawej estetyce spajającej przeszłosć i teraźniejszośc w jedno, czujemy, że mimo wszystkich komputerowych fajerwerków, ten świat jest tak prawdziwy,  jak prawdziwy wydaje się narysowany kreskami świat „Dogville” z słynnego filmu Larsa von Triera. Przeniesienie większości dialogów żywcem z książki i bardzo ścisłe trzymanie się fabuły – z wyjątkiem w postaci dołożonej ramki z Nickiem, który rzekomo spisuje całą opowieśc jako swoje wspomnienia u terapeuty – powodują, że jakimś cudem duch Fitzgeralda unosi się cały czas nad ekranem. 

XXI-wieczny „Wielki Gatsby” to czarująca, odważna, bardzo nowoczesna, ale ujmująca mimo wszystko produkcja, która już od pierwszych chwil potrafi zahipnotyzować (niepokojąca muzyka, spokojna narracja, kamera – jeszcze –  delikatnie sunąca przez wodę w stronę latarni), a po 2,5 godzinach lekko pozostawić widza poruszonym, gdy na ekran wchodzą napisy końcowe. Nie jest to film idealny i nie jest to najwyraźniej film dla wszystkich – dla mne to zrobiona z pompą, pełna życia i entuzjazmu megaprodukcja, która dobrze spełnia swoje założenia i jednocześnie nie profanuje książki, która dla wielu jest przecież prawdziwą świętością. Jest niczym zaproszenie na party do ekskluzywnego klubu, w którym już na samym wstępie dostaje się solidnego szampana, a potem wszystkiego jest już tylko więcej – naprawdę trudno się oprzeć. 

szymalan

Reklamy

2 thoughts on “The Great Gatsby (2013, Buz Lurhmann)

  1. 1. Po pół godzinie filmu stwierdziłam, że mi się nie podoba… Wkurzała mnie latająca kamera i efekty typowo pod 3D, które w ogóle nie jest potrzebne a już na pewno nie w tego typu filmie! Denerwowało mnie połączenie współczesnej muzyki z latami 20′ XX wieku. Byłam rozczarowana. Na szczęście pojawienie się di Caprio trochę mnie uspokoiło i film od tego momentu wydał się nieco lepszy (i wcale nie twierdzę, że gra aktorska przed pojawieniem się Leonarda była kiepska, tu nie ma się do czego przyczepić!)
    Może gdybym nie znała książki film oglądałoby się zupełnie inaczej (ba! na pewno oglądałoby się inaczej), może by mi się nawet podobał.
    Film jako film jest dobry, jednak jako ekranizacja mnie rozczarował. Nie chodzi mi tu o sam scenariusz, bo jest bardzo wierny dziele Fitzgeralda, jednak od samego początku widziałam, że jest to film zrobiony pod przeciętnego amerykańskiego widza, któremu nie chce się czytać nawet opracowania streszczenia „Wielkiego Gatsby’ego”. To nad czym czytelnik musi się zastanowić, pomyśleć, dla widza jest podane na tacy. Co symbolizuje zielona latarnia, po co są te wszystkie hucznie wydane imprezy, wszystko jest powiedziane albo przez narratora, albo przez samego Gatsby’ego, twórcy nie zostawiają nic dla widza. To jest film, przy którym w ogóle nie trzeba myśleć, bo wszystko jest powiedziane. Nie ma się już nad czym zastanawiać.

    2. „witajcie w świecie ekranizacji wybitnej literatury XXI wieku” – literatura jest z wieku XX ;) domyślam się, że chodziło o ekranizację XXI wieku ale wyszło jak wyszło ;)

    • Ja myślę, że ten film jest jednak zaprojektowany jako hit dla całego świata, bo to jednak wielka superprodukcja, która wchodzi w większości krajów do kin. Amerykański widz pewnie i tak zna tę powieśc dobrze, bo to jest lektura w liceum dla nich :) Ale spotrzezenia dobre, choć mnie mimo wszystko film się podobał własnie dzięki świetnemu aktorstwu i temu, że naprawdę odczułem ducha tej powieści. Książka jest trudniejsza, ale też jak dla mnie bardziej chłodna niż film Lurhmanna.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s