16. Festiwal Filmowy – Cropp Kultowe 2013. Dzień 4.

Iść do kina na koncert

481777_577210672310178_44287911_n

20 maja w ramach Festiwalu Filmów Kultowych wybrałem się na projekcję filmu w ramach sekcji ‚Seans Specjalny”. Trudno o bardziej dobraną nazwę, która jednoczesnie nic konkretnego nie znaczy. Seans był specjalny i to z wielu powodów. Po pierwsze dlatego, że mamy do czynienia z filmem, który obchodzi właśnie swoje setne urodziny. Po drugie dlatego, że nie za bardzo rozumiem, co w ogóle na tym festwalu ten film – jeszcze nie wspomniałem tytułu: „Traffic In Souls” (1913) – robi. Jeżeli zrobimy szybki reaserch przy pomocy googla, zauważymy, że film posiada krótką notkę na Wikiepdii, kilkaset głosów na portalu Imdb (na który wchodzą kinomani i zwykli widzowie z całego globu), miał 1 głos (teraz już kilka więcej, po projekcji) na portalu filmweb i 1 recenzję – negatywną – na portalu RottenTomatoes. Dla kogo zatem ten film jest kultowy to ja nie wiem, skoro de facto prawie nikt go nie widział. Nie znalazłem go na youtube (gdzie można zobaczyć sporo filmów niemych, czasem nawet legalnie), ale tylko w specjalnym archiwum przeznaczonym dla widzów ze Stanów Zjednoczonych. 

Dlatego wybrałem się na pokaz z absolutnie czystej ciekawości, a może też trochę dlatego, że fajnie móc powiedzieć, że się było w kinie na filmie tak starym (to nie tylko najstarszy film, na jakim byłem – to najstarszy film pełnometrażowy, jaki dotąd widziałem). Ale tak naprawdę to nie seans „Traffic in Souls”  z kopii, specjalnie sprowadzonej na festiwal z Ameryki, był w katowickim Rialcie największą atrakcją wieczoru. Można by  rzecz, że cała maskarada z filmem-wielką niewiadomą była tylko pretekstem, po to aby zaprosić przedstawicieli polskiej muzyki alternatywnej – zespół The Abstinents, aby mogli zagrać przed publicznością. 

The Abstinents składa się z kilku członków: jak sama nazwa wskazuje, cechuje ich spora wstrzęmięźliwość. Jak sami o sobie mówią: jedni nie używają seksu, inni nie palą, jeszcze inni się nie alkoholizują. Ot, abstynenci, choć kto ich tam wie, czy wytrwali ze swoją legendą od czasów założenia zespołu do dzisiaj. Do Rialta przybyli po to, aby móc na żywo zagrać do filmu „Traffic in Souls”. Nie było by i może w tym nic specjalnego, bo tego typu pokazy – zwłaszcza na festiwalach filmowych – są czymś dośc normalnym, gdyby nie fakt o jaką muzykę tu chodzi. Kto oglądał dużo filmów niemych, ten zapewne kojarzy, że muzyka która przewija się przeważnie przez cały seans, jest przeważnie symfoniczna i albo zbyt słodka albo przesadnie przedramatyzowana do stopnia autoparodii. 

„The Abstinents” to elektryzująca mieszanka gitar basowych, perkusji, saksofonu oraz wokalu (dośc specyficznego, muszę przyznać) – coś takiego mogłoby się pojawić w klubie jazzowo-rockowym jako tło, do głośnych wieczornych rozmów przy papierosie i kawie. Ale w kinie niemym? Cóż, przyznam, że efekt okazał się co najmniej ciekawy. Choć nie zawsze miałem wrażenie, że muzyka pasuje do tego, co dzieje się na ekranie (co jest akurat – przeważnie – typowe dla muzycznej narracji kina niemego, wyjątkiem pozostaje na pewno „The Artists”, ale ten film jest akurat dośc precyzyjnie zaplanowany pod względem storytellingu), i nie koniecznie szybko reaguje w chwilach, gdy dzieje się coś naprawdę szokującego dla bohaterów. Często odniosłem wrażenie, że muzycy swoje, a film swoje (chociaż występ zakończyli akcentem arcyfilmowym – tematem głównym z „Gwiezdnych wojen” Johna Williamsa). Nie mniej, całość dostarczyła mi sporo przyjemności w tym sensie, że wystarczyło nie zwracać przesadnej uwagi na – raczej niezbyt wybitny – film, i pozostawał mi zapierający dech koncert panów absytentów. 

A sam „Traffic in Souls”? Cóż, w katalogu zostało napisane, że to jeden z pierwszych filmów ekploatacyjnych świata. Rzeczywiście – zamiast eleganckiej, grzecznej i wybitnie moralnej historii dla każdego, dostajemy sensacyjną intrygę osnutą wokół problemu handlu szwedzkimi imigrantami i zmuszaniu ich do prostytucji (wynikającego z groźby niewolnictwa).  Zakazany w wielu miastach Ameryki – choć popularny wśród ówczesnej publiczności –  obraz, opowiada o dwóch siostrach, które pracują w sklepie ze słodyczami i mają ojca – kalekiego wynalazcę. Pewnego dnia jedna z nich podstępem trafia do tajnej organizacji przestępczej, handlującej kobietami. Chłopak drugiej siostry – miejscowy policjant – decyduje się ją odnaleźć i tym samym rozwiązać problem niewolnictwa. 

Trudno o cokolwiek szczególnie ekscytującego w takiej historii, podanej nam w formie z przed całego wieku: poza finałowym pościgiem po dachach i rozwiązaniu zagadki przy pomocy fonografu wynalezionego przez ojca-wynalazcę, całośc nie budzi większych emocji. Po 10 dekadach kina Hollywoodzkiego, wszystkie klisze i pomysły są już dawno zużyte do cna. Choć oczywiście film warto kojarzyć własnie z tego powodu – stanowi zapowiedź całej historii kina klasy B Fabryki Snów. 

szymalan

Więcej o Festiwalu Filmów Kultowych w Katowicach:

croppkultowe

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s