16. Festiwal Filmowy – Cropp Kultowe 2013. Dzień 3.

Skalpel Davida Finchera

fight_club_on_the_street1

W trzecim dniu festiwalu zaczynam już rozpoznawać twarze. Twarze kinomanów, którzy z karnetem w formie plakietki na smyczy (też taką mam, ale jako przedstawiciel mediów, ma inny kolor) wędrują od jednego kina do drugiego na kolejne seanse. Chociaż pierwszy dzień wraz z pokazem „Mechanicznej pomarańczy” (nadal highlight całej imprezy) był naprawdę gorący, to własnie teraz zaczyna mi się udzielać atmosfera festiwalu. Ci sami ludzie na tych samych pokazach co ja, tak samo wertujący na wszystkie sposoby znany już na pamięć repertuar i przebogatą w ładne grafiki i krótkie analizy książeczkę o tegorocznej edycji.

19 maja na Croppie trafiłem na dwa pokazy, ale za to tak skrajnie odmienne od siebie klimatem, że dziwnie będzie o nich pisać w obrębie jednej bloggowej notki. Ale taki to już urok tak eklektycznych festiwali, jak ten. Na początek, w środku upalnego dnia wybrałem się do Centrum Kultury Katowic (nie jest to kino de facto, ale posiada przyzwoite sale projekcyjne), na 3,5 godzinny maraton wybranych ósmiu odcinków serialu „Simpsonowie”. Wybór niemalże nieprzepisowy, bo nie mamy tu nawet do czynienia z filmem, czyli czymś jednym, pełnometrażowym, co oglądamy i po prostu oceniamy w całości. Pokaz „Simpsonów” na Festiwalu Filmów Kultowych to zaledwie przecież mały wycinek serialu animowanego, który ma już za sobą ponad 500 epizodów (24 pełne sezony). A konkretniej, pokazano nam odcinki z pierwszych 6 sezonów, czyli tak naprawdę z czasów kiedy serial był na etapie szukania własnego ja (ale mimo to, już wtedy był nieprzyzwocie zabawny).

Zaczęto oczywiście od odcinka numer 1, sezonu pierwszego. Czyli tego, w którym głowa naszej dysfunkcjonalnej żółtej rodziny, pocieszny Homer usiłuje zorganizować swoje żonie Marge i dzieciom Lisie, Maggie i Bartowi, perfekcyjne rodzinne święta. Na przeszkodzie  stoi mu przede wszystkim brak pieniędzy spowodowany odcięciem tradycyjnej premii świątecznej w pracy. Marge SimpsonWieczny pech, okazjonalny (ekhm..) brak rozsądku i ogólne nieokrzesanie Homera, sprawiają, że kolejne próby zdobycia pieniędzy (hazard, szybka dorywcza praca jako świętego Mikołaja) kończą się totalnym fiaskiem. I to właśnie już w tym otwierającym historię Simpsonów odcinku, ujawia się całe mistrzostwo serialu. Twórcy, z Mattem Groeningiem na czele, potrafią widza powalić znakomitym, ciętym satyrycznym lub sytuacyjnym żartem (a tych jest przemnóstwo na przestrzeni każdego 20 minutowego epizodu), ale jednocześnie przemawiają do nas tak przystępnym, znanym kodem psychologicznym, że chwilami można się naprawdę w natłoku szalonych scenek wzruszyć. Ostatecznie twórcy przecież poza grzeczny, moralnie niespaczony obraz Simpsonów nie wychodzą i zawsze na końcu zostawiają nas z pewną wazną lekcją o życiu. Czuć również, że ostatecznie twórcy bardzo tych żółtawych dziwolągów lubią, co udziela się i widzowi. 

Poza tym, jest to animacja przepiękna od strony estetycznej (projekty postaci są wprost fenomenalne z wszystkimi ich udziwnieniami, z których się potem korzysta –  np. włosy Marge jako schowek na pieniądze, czy cała afera z włosami Homera w jednym z epizodów) i z absolutnie ikonicznym tematem głównym Danny Elfmana. Festiwalowa projekcja zaczęła się moim zdaniem od odcinków najmocniejszych – skupionych głównie na dysfunkjonalnej roli samej tytułowej rodziny (zwracam uwagę na rozbrajające postacie gburowatych sióstr Marge). Dalsze odcinki poszerzają zakres postaciowy o wielu innych bohaterów miasteczka Springfield. Choć oczywiście nadal serial pozostaje zabawny. Mój kumpel namawia mnie do oglądania „Simpsonów” już od dawna, i chyba wkońcu przyszła na to pora, tym bardziej, że pełnometrażową wersję kinową serialu widziałem już z 5 razy, za każdym razem kończąc seans z bólem brzucha ze śmiechu. Tak, jak było po pokazie 8 odcinków na Festiwalu Filmów Kultowych.

Tak, jak „Simpsonowie” mogą widza wprawić jedynie w dobry humor, tak wizja świata wykreowana przez Davida Finchera w „Podziemnym kręgu” (aka „Fight Club”), do specjalnie pozytywnie nastrajających nie należy. W katowickim kinie Rialto, nastąpiła zatem tego dnia dramatyczna zmiana tonacji festiwalowej. Przeszedłem parę ulic, usiadłem na mojej ulubionej sali barowej i obejrzałem na wielkim ekranie, jeden z filmów, które uznałem za czołówkę przereklamowanego kina gatunkowego ostatnich wielu lat. Stoczyłem wiele bojów, walk i ciężkich dyskusji na temat „Fight Clubu”, broniąc do upadłego swojego negatywnego zdania. Co samo w sobie nie jest to łatwe, bo film ma zaciętych obrońców (nawet ostatnio przy okazji „Dziewczyny z tatuażem” miałem gorącą wymianę komentarzy z Danielem z tego bloga (LINK) – którego  z tego miejsca pozdrawiam oczywiście :-).

Cóż, słusznie. Po prawie 140 minutach spędzonych przed wielkim panoramicznym ekranem na sali z perfekcyjnie ustawionym systemem dźwiękowym na cały regulator, pozostaje mi się publicznie do czegoś przyznać: myliłem się. Nie miałem racji pisząc, że film Finchera tak zdumiewająco łatwo wpada w koleiny artystycznej pretensjonalności i staje się zwyczajnie kaznodziejską satyrą dla samego bycia satyrą. To własnie w pełnych warunkach kinowych, „Fight Club” odsłonił się przede mną nie tylko jako fascynujący zapis panoramy pewnego straconego pokolenia (nazwanego pokoleniem X, którego nazwę pożyczyno sobie do nazwania sekcji, w ramach której pokazywany jest obraz Finchera).

Przede wszystkim jako piekielnie atrakcyjny, znakomicie zagrany przez całą obsadę (w trakcie prelekcji boska Helena Bonham Carter otrzymała spontaniczne oklaski od całej widowni!) film rozrywkowy, który czaruje z jednej strony przygnębiającą atmosferą wizji apokalipsy płytkiego świata mody i konsumpcji, a z drugiej hollywoodzkim, masowym ale w najlepszym tego słowa znaczeniu wyczuciem dowcipu oraz wizualnymi popisami typowymi dla Fabryki Snów. Film ma znakomitą, zbudowaną na typowej dla kina akcji ostinatowej muzyce elekronicznej ścieżkę dźwiękową (ten eksperyment Fincher posunął jeszcze dalej w „Social Network” i „Dziewczynie z tatuażem”) oraz sporo ciekawych efektów specjalnych poczynając od sekwencji początkowej (kolejny mistrzowski opening u Finchera), a kończąc na spektakularnej katastrofie samolotu, której nie powstydziłby się sam Roland Emmerich. 

U Finchera jednak po raz kolejny rozkładająca na łopatki dla filmowego nerda jest sama narracja. Twórca „Zodiaka” posiada ten niesamowity flow, tę chirurgiczną precyzję, która sprawia, że jego dzieła ogląda się praktycznie na jednym oddechu. Są jak znakomicie udźwiękowione i nakręcone psychodeliczne teledyski, ale bez rzygotliwego tempaz z MTV, za to z wyczuciem kolejnych cięć montażowych mających walny wpływ na zrozumienie psychologii postaci. Generalnie dużo by o tym filmie pisać, można tez nie pisać nic wcale, w końcu chyba trudno o film bardziej fanbojski i bardziej obsesyjnie analizowany przez pewne spore grupy widzów niż ten. Najważniejsze pozostaje i tak to, że „Fight Club” to kawał świetnego kina, żywy przykład ściśle wielkoekranowego dzieła, które wyszło z pod ręki niesamowicie utalentowanego faceta, który od tego czasu dał nam kilka naprawdę wartych uwagi dzieł i sporo się rozwinął. Oby jeszcze nie raz zabrał nas w świat swoich mrocznych obsesji.

No i piosenka, która będzie mnie – podobnie jak ostatnie ujęcia filmu – nękać całe następne tygodnie:

szymalan

Więcej informacji o Festiwalu Filmów Kultowych:

croppkultowe

Reklamy

One thought on “16. Festiwal Filmowy – Cropp Kultowe 2013. Dzień 3.

  1. A jednak:) No cóż, ja należę do tych umiarkowanych fanów „Fight Club”, natomiast przed FIncherem i jego rzemieślniczą pracą reżyserską biję pokłony. Absolutnie niepodrabialna i łatwo rozpoznawalna precyzja, każdy szczegół dopity na ostatni guzik, kino totalne i kameralne w jednym.

    Natomiast a propos oklasków, przypomniało mi się, jak w zeszłym roku byłam na pokazie pod gołym niebem w ramach Letniego Projektora. Miejsce: Muzeum Lotnictwa, film: Top Gun:) Scena pocałunku przy samochodzie wywołała analogiczne gromkie brawa (że wreeeeszcie!:)). Atmosfera podczas takich seansów jest niesamowita:)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s