Science, Movies and Technology [1]: Workflow

Cyfrowa rewolucja w montażowni Finchera

daniel-craig-the-girl-with-the-dragon-tattoo-movie-image-3

Żeby sprawić, że niniejszy blog nieco bardziej odżył po roku niemal totalnej zapaści i monotonii, postanowiłem spróbować czegoś nowego. Już od dawna chodził za mną pomysł otwarcia w tym miejscu zupełnie nowej rubryki – nowego cyklu tematycznego. Cyklu, który w niesamowicie szeroki sposób dotykałby rożnych problemów związanych z kinem. Problemów zarówno ważnych, palących i przeobrażających X muzę na naszych oczach, ale i tych kwestii bardziej fanowskich, które mało kogo będą tak na serio interesować poza największymi maniakami filmów.

W obrębie niniejszego cyklu, postaram się zanalizować wybrane filmy na podstawie również wybranych przeze mnie zagadnień związanych z technologią czy techniką filmów XX i XXI wieku. Wszystko to, co mnie interesuje, drażni, fascynuje, denerwuje. Nie ukrywam, że w zależności od nastroju tematy mogą być naprawdę dziwne i z kosmosu, ale pomysłów mam póki co na mnóstwo odcinków. Nie mam pojęcia ile z nich zrealizuję, ani gwarancji, że komukolwiek taka eseistyczno-analityczna forma pisania o kinie, przypadnie do gustu. Wszystko jest więc w fazie doświadczalnej. 

Na początek, eksperymentalnie, postanowiłem zacząć od tematu, który wydaje mi się z punktu widzenia wszystkich uczestników filmowego rynku XXI wieku – czyli widzów, kinomanów, krytyków, producentów, filmowców,  dystrybutorów oraz właścicieli kin i multipleksów – najważniejszy. Mówię oczywiście o dokonującej się od jakiegoś czasu rewolucji cyfrowej, która stopniowo zmienia nasze przyzwyczajenia i pojęcie tego, jak powinno się filmy tworzyć, wyświetlać oraz dystrybuować. Temat to oczywiście istna rzeka: warty setek artykułów, i kilkudziesięciu książek. Na pewno wielokrotnie będę do niego tutaj wracał, ale póki co chciałbym z tego wielkiego stosu siana, wydłubać jedno, niezwykle istotne dla filmów powstałych w zdigitalizowanym środowisku, pojęcie. Workflow. Jako przykład, posłużę się dzisiaj ostatnim filmem Davida Finchera- rewolucyjną pod względem zastosowania montażu (słuszny Oscar w tej kategorii) „Dziewczynę z tatuażem”. 

Czym jest workflow, oprócz tego, że kolejnym pojęciem technologicznego żargonu dla cyfrowej fotografii? To zupełnie nowy sposób patrzenia na organizację produkcji filmowej. Jeszcze do nie dawna – zupełnie tak jak 3D, czy niedawny wynalazek 48 klatek na sekundę – cyfrowe zdjęcia w kinie przyprawiały filmowych konserwatystów o istny ból głowy. Pytano: czy kiedykolwiek  cyfrowy zapis da radę w jakikolwiek sposób dorównać klasycznej taśmie filmowej? Co z filmowym ziarnem, co z tą mgiełką, która nadaje na wielki ekran tej iluzjonistycznej magii kina? Kiedy powstanie cyfrowa kamera, która będzie miała taką głębię obrazu, odpowiednią saturację kolorów, kontrast i cienie, które będą wyglądały w sposób żywy i autentyczny? Cóż, nie o wyższości jednego systemu nad drugim chciałbym tu w tej chwili pisać (o tym kiedyś indziej, bez obaw, tylko drugi raz obejrzę „Skyfall”).

Ważne jest to, że kiedyś taśma była (i jeszcze przez chwilę nadal jest) narzędziem i ograniczeniem procesu produkcji filmu. Taśma celuloidowa jest droga i nie jest jej nieskończona ilość – ergo reżyser musi się poddać odpowiedniej dyscyplinie. Nie można nakręcić setek kilometrów filmowego materiału, a potem ulepić z niego hit do kina. Trzeba mieć na tyle skonkretyzowaną wizję tego, co chce się osiągnąć, żeby nie popaść w zwykłe marnotrawstwo surowca. Jaki a zatem z tego wniosek? Otóż taki, że film i jego wizja kształtowały się niemal w całości, na etapie samej produkcji, na etapie tworzenia zdjęć na planie filmowym. Tak powstał cały film, którego późniejsza postprodukcja była – choć ważnym procesem, to oczywiste – to jednak nie miała aż tak walnego wpływu, żeby przedefiniować cały film.

Wszystko zmieniło się w momencie, kiedy pojawiły się tak rewolucyjne kamery, jak te z serii RED (RED EPIC, RED One), które są w stanie zapisywać w postaci plików obraz bardzo wysokiej rozdzielczości HD (4-5k) z prędkością nawet do 120 klatek na sekundę (najwięcej jak dotąd udało się uzyskać w „Hobbicie” Petera Jacksona – 48 fps). Oczywiście obowiązkowa jest również opcja nagrania obrazu stereoskopowego, czyli popularnego w dzisiejszym kinie, choć niekoniecznie przez wszystkich lubianego, 3D. O zaletach cudownego dziecka (chwalonego przez takich twórców jak Peter Jackson czy Steven Soderbergh) Red Digital Cinema Camera Company można by pisać kolejne książki, ale chyba najważniejszą informacją z nich jest taka, że to prawdopodobnie najbliższa taśmie filmowej kamera cyfrowa wysokiej rozdzielczości jaka istnieje (choć oczywiście 16k stosowanego w analogowych IMAXach żadna cyfrówka jeszcze nie uzyskała). Nie znaczy rzecz jasna, że obraz wygląda identycznie jak obraz z taśmy. Wygląda inaczej, ale jest bliski poziomu jakości. 

workflow

Dla reżysera z obsesją na punkcie każdego wizualnego szczegółu takiego jak David Fincher, urządzenie to zapewnia pełen komfort pracy nad filmem. Już pomijając przyjemny dla oka , bardzo szczegółowy , nowoczesny obraz (zarówno „The Social Network” jak i „Dziewczyna z tatuażem” wyglądają obłędnie). Ważne jest to, co czyni technologia cyfrowa kamer RED (w przypadku „Dziewczyny z tatuażem” były to modele RED Epic MX oraz RED Epic, które mogą uzyskać nawet do 5k rozdzielczości) to właśnie workflow – przepływ pracy, płynność pomiędzy procesem produkcji a postprodukcji, mówiąc najprostszym językiem, pomiędzy fazą zdjęć, a montażem.

Fincher słynie z faktu, że jego sposób pracy polega na wielokrotnym powtarzaniu różnych ujęć, słusznie się później tłumacząc, że powodem , dla którego musi robić 100 ujęć na każdy setup jest wykorzystanie każdej możliwości na planie filmowym oraz danie aktorom szansy pobycia ze swoimi bohaterami jak najdłużej to tylko możliwe.  Efektem takiej pracy jest potężna ilość danych zapisanych w postaci plików .r3d na dysku kamery RED Epic (w przypadku „Dziewczyny z tatuażem” są to około 483 godziny nagrania z którego 443 zostały ostatecznie „wydrukowane” – daje to nam około 579 kilometra zapisanej taśmy filmowej, teraz policzcie sobie ile to zajmuje skoro jedna klatka to około 45 megabajtów, a klatek jest 24 na sekundę).

Na widok tak potężnej ilości danych wizualnych, montażerski duet Davida Finchera, Angus Wall i Kirk Baxter (dwukrotni zdobywcy Oscara za najlepszy montaż: za „The Social Network” oraz „Dziewczynę z tatuażem”), musieli z miejsca osiwieć na myśl o tym, co ich czeka. Jednak dla reżysera o tak precyzyjnym i jednocześnie otwartym umyśle, koncepcja całego filmu zapisanego w postaci prostych do odczytu i edycji plików komputerowych jest otwarciem drzwi do nieskończonych możliwości ukończenia filmu.  

A możliwości te otwierają się już w chwili, w której cały film – tak jak właśnie „Dziewczyna” Finchera – nie zostaje zapisany w formacie 2.40:1 (czyli typowa pełna panorama, jaką mamy na co dzień w kinach i w telewizorach), ale na większym negatywie o formacie 2.1:1. Oczywistym jest, że w kinach filmu nie wyświetli się w takim formacie, dlatego dla montażystów i reżysera pozostaje jakieś ~1000 pikseli przestrzeni, z którą można zrobić co się zechce. (z rozdzielczości 4352 x 2176 pikseli, pozostaje wyekstraktowane 3600 x 1500 pikseli). Zatem nawet kiedy zakończą się już całe zdjęcia, można dokonywać rozlicznych poprawek. Re-framing obrazu, wszelkie zmiany kompozycji, przesunięcia w górę lub w dół, stabilizacje ruchomego obrazu, zoomy (bez utraty jakości, skoro mamy rozdzielczość aż 4k), oddalenia. Do gotowego filmu trafia przeważnie jedynie jakieś 75-80 procent całej nagranej klatki. A dzięki takim zabiegom możliwe jest już to, co za czasów przed-cyfrowych możliwe nie było. Można nie tylko poprawić kompozycję ujęcia (w trakcie post produkcji!) ale tez usprawnić tempo filmu, dokonać korekcji narracji i rytmu filmu na bieżąco, tak aby pozostały koherentne z całością filmu (co jest ekstremalnie istotne przy tak długim, kompleksowym filmie kryminalnym jak „Dziewczyna z tatuażem”). 

Ekstrakcja obrazu w naturalny sposób wspomaga również inny trick stosowany po wielokroć w „Dziewczynie z tatuażem”: masowe splitscreeny. Trzeba wiedzieć, że stworzenie jednej klatki z dwóch/trzech/czterech innych przysparza wielu biurokratycznych kłopotów w procesie post-produkcji. Upraszczając maksymalnie sprawę: gubi się time code, bo komputer wariuje mając 2,3,4 różne zapisy naraz na jednej klatce. Kamery i cały system RED umożliwiły stworzenie odpowiedniej aplikacji komputerowej, która pozwala na pełny synchron nowo powstałych plików i uznanie ich przez RED jako „original footage” z kamery. 

Rewolucje te wywracają filmowy świat do góry nogami (mimo, że mało kto tak naprawdę o wszystkim wie) – na planie filmowym zapisujemy jedynie serię danych w postaci plików,  z których można stworzyć cokolwiek nam się tylko żywnie podoba i w jaki sposób nam się podoba. Produkcja zdjęć pozostaje kontynuowana – lub wręcz dopiero się zaczyna – w cichym, ciemny pokoju montażowym. Działa to również odwrotnie: możliwość obróbki jest tak łatwa i szybka, że można już w trakcie fazy produkcji zdjęć na planie, natychmiastowo reagować w chwili, w której np. tonacja ujęcia nagle nie pasuje zupełnie do całości filmu. Szybkie dostrzeżenie takiej skazy może zapobiec problemom w chwili, w której produkcja już się zakończyła i teraz jesteśmy już tylko w owym ciemnym pokoju i mamy nagrane i jest za późno na jakikolwiek re-shooting. Workflow sprawia, że zaciera się granica pomiędzy post a produkcją, a film jest nieustannie w fazie, w której można dokonywać gigantycznych zmian, dosłownie rzecz biorąc film rozwija się w czasie rzeczywistym, cały czas organicznie, dopóki nie dokonamy ostatniego kliknięcia myszką i nie pokażemy go ludziom na premierze. To nieustanny proces.

W rękach filmowca z taką obsesją na punkcie szczegółów jak Fincher, oraz w filmie którego tematem przewodnim jest gromadzenie danych i proces ich nieustannego przetwarzania: workflow staje się narzędziem nie tylko technicznym, ale i artystycznym środkiem wyrazu. Wspomaga detaliczny styl filmu. Tak jak śledztwo głównych bohaterów jest procedurą, procesem, który charakteryzuje ciągły progress (aż do samego końca filmu), tak i tworzenie samego filmu jest serią procesów i procedur, dzięki którym gotowy film jest wynikiem tysięcy decyzji i informacji zebranych na jego temat w przeciągu całej pracy.

Pojawienie się tylu możliwości daje filmowym wizjonerom – Fincher, Jackson, Cameron, Soderbergh – szansę na szybkie doprecyzowanie swojej wizji, jednak w rękach zwykłego rzemieślnik efekt może być katastrofalny. W  chwili w której film tworzy cała komuna ludzi przyglądających się każdemu etapowi procesu tworzenia filmu, narzędzie to może zmienić proces w istny horror. Jeśli każdy będzie miał w dowolnej chwili dowolną uwagę i opinię na jakikolwiek temat związany z produkcją zdjęć i edycją, gotowy efekt może być wynikiem niechlujnego bajzlu. Wtedy rozłożenie procesu może prowadzić do sytuacji, w której film będzie przedefiniowany tyle razy, że w końcu nic z tego nie wyjdzie. Rola reżysera stanie się czysto administracyjna i nie będzie mieć wspólnego z tworzeniem filmów.

Pozostaje więc na końcu to wazne pytanie: czy robi to jakąkolwiek różnicę jeżeli wiemy, że film był poddany nieustannym korektom dzięki nowoczesnym technologiom? Że znika całe podejmowanie ryzyka, branie odpowiedzialności za co dzieje się na planie, za ilośc nagranego materiału, skoro możemy go nakręcić w setkach kilometrów w przeliczeniu na długość taśmy i potem wybrac sobie co nam wygodnie aby powstał dający się oglądac film trwający 2,5 godziny? (osobną kwestia jest nie będąca pierwszyzną dziś opcja różnych wersji filmu powstałych dzięki nagranej ilości materiału). Że możemy cyfrowo poprawić dosłownie wszystko, co jest dziełem przypadku, a idąc jeszcze dalej możemy zastąpić aktorów czy kaskaderów w sposób cyfrowy, czy nawet poprawić – jak w przypadku „Dziewczyny z tatuażem” – ułożenie włosów głównej bohaterki przy pomocy CGI? Czy cały film może się stać jedną wielką cyfrową animacją oparta na materiale z planu filmowego?

Podejrzewam, że jeszcze długo lub nawet w ogóle nie będzie to przedmiotem burzliwych kinomańskich debat poseansowych. Ale jakby się jednak zdarzyło, żeby mnie ktoś spytał o zdanie (a wiem, że nie spyta), odpowiem: otóż mam to gdzieś. Mam to gdzieś,  dopóki mam do czynienia z tak dobrym filmem jak „Dziewczyna z tatuażem” Davida Finchera. Jak powstanie prawdziwy gniot, wtedy możemy zaczac biadolić kto, kiedy i na jakim etapie w danym systemie dał ciała. 

szymalan

Reklamy

35 thoughts on “Science, Movies and Technology [1]: Workflow

  1. Wczytuję się, wczytuję :-) bardzo fajny pomysł i skoro piszesz, że masz nadzieję, że ożywi to, oby tak było :-)

    A co do wczytywania się, ja coraz bardziej studiuję filmy i ucieszyłem się, że na tapetę wziąłeś workflow i Dziewczynę z Tatuażem. Podobnie artykuł mógłbyś pewnie też napisać o „The Social Network”. Ciekawa kwestia – praca cyfrowa czy analogowa, nie da się tego łatwo rozstrzygnąć bo jak napisałeś powstały już na ten temat setki opracowań, ale fajnie że temat dociera też do blogowania :-)

    Na spokojnie poukładam sobie myśli, poczytam jeszcze kilka razy – ostatnio zadawałem sobie podobne pytania, jak stawiasz sobie – ja akurat po seansie side by side – dokumentu o nowych technologiach w kinie. Dla mnie technologia oczywiście że będzie się rozwijać, kino jest nadal magiczną mieszanką opowieści i technologii i nie powinno się od tego uciekać. Pustki scenariuszowej, kiepskiego aktorstwa nie przysłonią cyfrowe poprawki. Ale to prawda, że dzięki workflow może powstać zupełnie kilka różnych filmów i tak istotny staje się montaż. To montażysta odpowiada coraz bardziej za finalny produkt (no niestety – produkt) na równi z reżyserem.

    Ja też u siebie zaczynam eksperymentować, coraz bardziej zagłębiam się w tematy związane z technikami i analizami filmów i to fajny kierunek – cieszę się więc, że jest prekursor, z resztą u Ciebie pamiętam że takie analizy już się pojawiały :-)

    Jutro wracam do czytania i komentowania

    Pozdrawiam

    • Hej, dzięki za miłe słowa :)
      Rzeczywiście, podobne rzeczy można by napisac ‚ The Social Network”, chociaż wziałem celowo „Dziewczynę” na tapetę, bo ten film widziałem 8 razy i czytałem o nim mnóstwo różnych informacji na temat własnie warunków, w jakim powstawał. Moim zdaniem dopóki jest to tak silna kolaboracja montażysty z rezyserem (o dośc sprecyzowanej wizji) , jak w przypadku Finchera, to myślę, że nadal możemy uważać, że za gotowy film to własnie rezyser jest nadal odpowiedzialny. Fincher nie miał wyjścia, inaczej kto wie co by sie działo z filmem bez jego wiedzy w Cutting Roomie :D A chyba się każdy zgodzi, że „Dziewczyna z tatuażem” i „The Social Network” wizualnie zdecydowanie wyglądają jak filmy w stylu Finchera. Ale myślę, że jeżeli przyjemiemy, że film jest dziełem wspólnym setek filmowców (w tym montażystów) to ostatecznie chyba nie ma w tym niczego złego. To znowu to pytanie się nasuwa: na ile tak naprawdę film może być dziełem autorskim, skoro tworzy go tyle ludzi?

      Życzę powodzenia z eksperymentami na blogu :-)

      pozdrawiam

  2. Ignatiy Vishnevetsky napisał całkiem fajny artykuł na ten temat na mubi (link: http://mubi.com/notebook/posts/what-is-the-21st-century-revising-the-dictionary). Też pisze o Fincherze i Soderbergh’u i podaje parę fajnych linków. Ja to chyba póki co nie mam, konika w tym wyścigu, bo moje zainteresowanie filmami jest jednak bardziej po stronie powierzchowno-fanowskiej.

    Tak na marginesie, nie to, że się czepiam, bo twój gust i tak dalej, ale twoje zamiłowanie do The Girl with the Dragon Tattoo jest chyba trochę przesadzone, tzn. biorąc pod uwagę jak beznadziejną jest książka, to rzeczywiście, Fincher dokonał cudu z tym filmem, ale zdarzało się mu kręcić lepsze rzeczy.

    • Książka beznadziejna? Chyba trafiłeś na złego bloga :-) Właśnie w tym rzecz, ja uważam, że to jeden z jego najlepszych filmów, mało ludzi dostrzega w nim cokolwiek wiecej poza fabułą i ładnymi zdjęciami (a niektórzy to nawet nazywają go remakem wersji szwedzkiej, sic!), a to niesamowicie złożony film, bardzo trudny w opowiedzeniu i zmontowaniu. Lepszy niż „Siedem”, bliski „Zodiakowi” (chyba mój ulubiony film Finchera), świetnie wpisujący się w cyber punkowy charakter książki Larssona.

      Tekst Ignatyiego (fajny krytyk, swoją drogą ;)) oczywiście czytałem, kiedyś tam ;) pozdrawiam

  3. Spoko :) Ja się raczej do fanów nie zaliczam, ale przyznaje, że film Finchera jest przyzwoity. Chociaż jak dla mnie to trudno widzieć w nim coś więcej niż solidną rzemieślniczą robotę. Montaż rzeczywiście jest bardzo gęsty i dzięki temu całkiem elegancko zmieścili historię z książkowego pierwowzoru. Drobne fabularne zmiany w stosunku do oryginału też wychodzą in plus. No i Fincher ma aktorów, którzy tchnęli trochę życia w te larssonowskie drewniaki. Ale jak dla mnie Se7en, Fight Club (nota bene, też na podstawie beznadziejnej książki) i Zodiac są dużo lepsze.

    Kiedyś (pewnie nie prędko, biorą pod uwagę mój słomiany zapał) napisze recenzję The Girl with the Dragon Tattoo na swoim blogu i wtedy na pewno ostro się wyżyje na twórczości Larssona :)

    Vishnevetsky rządzi, to Pauline Kael naszych czasów… ok pewnie trochę przesadzam, ale fajny jest :)

    • No dla mnie film, który wyznacza nowe trendy w kwestii tworzenia filmów raczej nigdy nie będzie zwykłym hollywoodzkim taśmowym rzemieślnictwem. I w ogóle żaden film Finchera. Siedem mnie trochę znudziło,a poza tym nie lubię tych prostych chwytów na szokowanie widza a la Piła albo Antychryst. Ale ogólnie film ok, przyznaję, choć jednak Zodiak jest znacznie dojrzalszy w kwestii filmów o tematyce śledztwa rozpieprzającego życie głównych bohaterów. Fight Clubu nie lubię, bo to taki tam wybryk zbuntowanego młodego reżysera :)
      A „Dziewczyna z tatuażem” rządzi z prostego powodu: to film o ludziach. Niezaleznie od montażowych i cyfrowych tricków, jakich by tu nie użyto, jest to o ludziach, tak jak książka jest o ludziach. Jedyny film Finchera, który serio rusza, a nie tylko robi „Wow, jakie ładne ujęcia, wow, jaka ciekawa czołówka”. Właśnie to jest siłą tego filmu, że mimo tej całej chirurgicznej chłodnej precyzji, i tak udało się FIncherowi mnie szczerze wzruszyć w paru momentach. I właśnie ja wolę tego dojrzałego, humanistycznego Finchera niż tego zbuntowanego młodziaka z czasów Fight Clubu.
      Co do Vischenetskego jest spoko i inteligent, ale też trochę sztywniak, przydałoby mu sie mniej spinać poślady w pisaniu i mówieniu :)

  4. Hmm, wiesz, ja bym chyba nie nazwał Fight Clubu szczeniackim filmem, to jest raczej satyra. Fincher ma polewkę z takiego młodzieńczego buntu. Nie wiem, czy czytałeś książkę, ale autor (nie pamiętam jak się nazywa) tak dosyć poważnie traktuje taką walkę ze społeczeństwem i konsumpcją, jest praktycznie fantyczny, Fincher w swoim filmie się z tego naśmiewa. W Dragon Tattoo jego nastawienie jest chyba podobne. Poważnymi konikami Larssona były gwałt i to, że każdy, kto ma więcej niż 65 lat jest nazistą, a Finchera w tej historii interesuje raczej zagadka kryminalna i procedury związane z jej rozwiązaniem.

    • No to tym bardziej – nie lubię filmów, które dokonują łatwych osądów swoich bohaterów, podśmiewując się z nich na przykład.
      W Dziewczynie z tatuażem miałem jednak wrażenie, że reżyser podąża za bohaterami i ani przez chwilę nie dokonuje żadnych moralnych ocen. Pokazuje ich reakcję na kłopoty, w jakie się wikłają. Finchera zawsze interesowały procedury (Siedem, Zodiak, nawet Ciekawy przypadek BB, jest takim procesem całego zycia głównego bohatera), a to akurat pasuje do Larssona, który z dokładnością opisywał np. zakupy w Ikei, wszystkie szczegóły dotyczące śledztw. To film i książki o świecie, w którym można ufwać tylko danym, informacjom i faktom, bo zawsze ktoś może być albo wrednym urzednikiem albo nazistą :-)

  5. W Se7en zresztą też procedury, czynności i efekty śledztwa były wydaje mi się ważniejsze niż brutalne fajerwerk. A poza tym, c’mon, ta cała rapexploitation, czy brutalność w Dragon Tattoo była co najmniej na takim samym poziomie, co w Se7en, czy Zodiacu.

    • No spoko, zgadzam się, że w DT przemoc jest dośc brutalna (nawet kota w kawałkach pokazali do kamery), ale nie było to to o czym pamiętałem po wyjściu z kina i po kolejnych 7 seansach w domu. Po „Seven” (mimo, że cała intryga jest świetna i wiadomo technicznie bez zarzutów) jednak pamiętam głównie finałowy twist. No, własnie twist, trick scenariuszowy, a nie jakieś emocje bohaterów.
      Podoba mi się, że w Zodiaku zupełnie z brutalności zrezygnował i tylko kroczek po kroczku pokazał jak rozpada się świat na kawałki pod wpływem obsesji bohatera na punkcie rozwiązania zagadki. Znowu – najważniejszy bohater i jego reakcja, a nie sama zagadka.

  6. szymalan :
    Finchera zawsze interesowały procedury (Siedem, Zodiak, nawet Ciekawy przypadek BB, jest takim procesem całego zycia głównego bohatera), a to akurat pasuje do Larssona, który z dokładnością opisywał np. zakupy w Ikei, wszystkie szczegóły dotyczące śledztw

    Ja coś takiego uznaje raczej za słabe pisarstwo. Kolesie od gatunkowej literatury od dawna wrzucają do swoich książek szczegółowe opisy codziennych czynności (np. Ian Fleming), to jest raczej, gorzej lub lepiej zrobiony, zabieg, który ma pozwolić czytelnikowi identyfikować się z bohaterem.

    szymalan :
    Po “Seven” (mimo, że cała intryga jest świetna i wiadomo technicznie bez zarzutów) jednak pamiętam głównie finałowy twist. No, własnie twist, trick scenariuszowy, a nie jakieś emocje bohaterów

    No ta scena jest kultowa, ale po seansie człowiek raczej dostrzega podobieństwa i kontrasty między postaciami Pitta i Freemana (i Spaceya) i tego jak wpływa na nich praca i otoczenie (bezwzględna miejska dżungla).Postacie i ich emocje są tu bardzo ważne. Przynajmniej ja to tak odebrałem.

    (Podobnie Fight Club to, jak najbardziej satyra, ale Fincher nie rezygnuje w niej ze studium postaci)

    A tak odrzucając ci twój argument. Moim zdaniem wielu ludzi po książce Larssona (i w mniejszym stopniu po filmie Finchera) wynieśli z niej scenę gwałtu na Lisbeth i jej zemstę, co prawdopodobnie jest jeszcze bardziej drastyczne niż ostatnie sceny w Se7en, i na pewno zostało wymyślane jako zagrywka, mająca szokować czytelnika (widza). Larsson miał swoje poglądy i moim zdaniem bardziej zleżało mu na przedstawianiu tych poglądów niż opowiadaniu o ludziach i ich emocjach.

    szymalan :
    Podoba mi się, że w Zodiaku zupełnie z brutalności zrezygnował

    No nie przesadzaj, nie tak zupełnie :)

    • „Ja coś takiego uznaje raczej za słabe pisarstwo”

      No a ja jestem w stanie z tym żyć i cieszyć się książką :-) Tym bardziej, że styl pisania pasował do samych bohaterów. Poza tym nie uważałem nigdy Millenium za jakieś arcydzieło literatury, jako prosty człowiek lubie się czasem po prostu rozerwać.

      „ale po seansie człowiek raczej dostrzega”

      Może byłem nieco skrzywiony, bo widziałem już wcześniej „Zodiaka” i liczyłem na coś podobnego. Powtarzam: to nie jest zły film, ale osobiście wolę „Zodiaka” i „Dziewczynę”.

      a co do Larssona – Z całym szacunkiem – co mnie interesuje jakaś mityczna opinia „wielu ludzi”. Jak polecałem ludziom książkę to mówiłem, że najbardziej podobali mi się w niej główni bohaterowie (ci sami później wracali do mnie po przeczytaniu i byli zachwyceni tym samym). Nawet jeżeli cały świat widział tam tylko gwałty i przemoc, to ja nie. Larsson mógl sobie mieć poglądy jakie chciał, ale nie odniosłem wrażenia, że napisał książkę propagandową (no chyba, że ktoś jest skrajnym – lub w ogóle – prawicowcem, to wtedy współczuję czytania ok :-)

      „No nie przesadzaj, nie tak zupełnie :)”
      Ależ tak :) Pierwsza scena jest prawie cała w ciemnościach, widac tylko trochę krwi, zupełnie co innego jest w niej straszne, nie poziom makabry. Nawet na imdb jest analiza w „parental guide”:

      Most of the crimes are depicted from medium distance. While some blood is seen these shots are not graphic, especially compared to many action and horror films and since two of the three murders take place at night the scenes are significantly obscured by darkness.

      Nie żebym miał cokolwiek przeciwko samej przemocy w filmach: uwielbiam i horrory, i filmy Tarantino. Mówię tylko, że w tym konkretnym filmie taka powściągliwość mi się podobała.

  7. Skoro jesteśmy przy najlepiej zapamiętanej scenach z filmu, to ja z Zodiaka najlepiej zapamiętałem scenę jak morderca zadźgał parę nad jeziorem i moim zdaniem ta scena pod względem brutalności dorównuje tym z Se7en i Dragon Tattoo.

    Może zrobiła się nam tutaj trochę zbyt ostra dyskusja :)

    Nie mam nic przeciwko temu, że jesteś fanem filmu i książki. Jak powiedziałem wyżej, film jest dla mnie ok, książka jest IMO raczej nędzna. Ale nie dlatego, że to literatura gatunkowa, czy że politycznie mam inne poglądy niż autor (wręcz przeciwnie, pod wieloma lewackimi hasłami podpisuję się obiema rękami… chociaż fakt, że Larsson tą swoją politykę przedstawił w sposób żenujący). Najbardziej nie podobały mi się chyba właśnie jego postacie, ale jak uważa inaczej to git. Nie mam z tym problemu.

    Chodzi mi tylko o to, że napisałeś, że Se7en to szokowanie widza i chwyty la Piła albo Antychryst, a Fight Club to film zbuntowanego młodziana. Ale w Se7en podobnie jak w Zodiaku najczęściej nie widzimy przemocy tylko jej efekty. To właśnie Dragon Tattoo jest bardziej dosadne, pokazuje przemoc i stosuje zagrania typu Piła, i zauważ, że to w większości są sceny wyjęte bezpośrednio z książki Larssona, Fincher raczej stara się je łagodzić. A Fight Club to wcale nie prosty film zbuntowanego młodziana. That is all Im sayin’, ziom :)

    To jak, rozejm?

    • No a ja zapamiętałem jak Gyllehaal jest osaczony w piwnicy przez tego faceta, o którym myśli, że jest mordercą ;) ani kropelki krwi, a siedziałem na skraju fotela :)

      Serio, nic nie poradzę, że z Siedem najbardziej utwkiła mi w głowie końcówka. I to jest dla mnie różnica pomiędzy młodszym a dzisiejszym Fincherem: młodszy dbał o twisty na koniec fabuły. Dzisiejszy unika jakichkolwiek finałów (finału nie ma ani Dziewczyna z tatuażem, ani CP. benjamina Buttona, ani Zodiak, ani Social Network).

      Już nie liczą się twisty, tricki i szokowanie, liczą się ludzie i opowiadane historie. A że czasem są to historie brutalne: nie mam nic przeciwko. Film opowiada o przemocy wobec kobiet: nie chciałbym żeby się mieścił w kategorii PG-13.

      No a co do polityki, to prawdę powiedziawszy, są tacy, co widzą ją wszędzie i czują się nieustannie prześladowani przez tych strasznych lewaków na każdym kroku. Także nie wiem czy jest sens o tym gadać :-) Ja te książki czytałem jak kryminały, a że przy okazji się zgadzałem z poglądami głównych bohaterów (ergo Larssona), to tylko taki sugar on the top :-)

      pozdrawiam :)

  8. „Efektem takiej pracy jest potężna ilość danych zapisanych w postaci plików .r3d na dysku kamery RED Epic (w przypadku “Dziewczyny z tatuażem” są to około 483 godziny nagrania z którego 443 zostały ostatecznie “wydrukowane” – daje to nam około 579 kilometra zapisanej taśmy filmowej, teraz policzcie sobie ile to zajmuje skoro jedna klatka to około 45 megabajtów, a klatek jest 24 na sekundę”.

    Już lecę (liczyć) :D Ależ mnie to rozbawiło:)

    Ogólnie to jestem w szoku. Niewiele rozumiem i nie wierzę, że to napisałeś sam.

    No dobra, wierzę. I to mnie przeraża jeszcze bardziej.

    Jesteś mega. Szacun. I want more.

  9. Brak finału w Dragon Tattoo to chyba jest spowodowany tym, że chcą nakręcić jeszcze dwie części, żeby było jak z książkową trylogią. A twist przecież jest – rozwiązanie zagadki śmierci / zniknięcia Harriet. Nawet jak czytałeś książkę i znasz ten twist, to Fincher go jeszcze ztwistował. Nawet ostatnia scena, kiedy wyrzuca kurtkę do śmieci i odjeżdża na motorze, to scenariuszowy trick i to żywcem wyjęty z telenoweli: pamiętaj drogi widzu, żeby włączyć telewizor za tydzień (pójść do kina na następną część), aby dowiedzieć się, czy nasi bohaterowie do siebie wrócą.

    Zodiac nie ma zakończenia, bo nie złapali mordercy, a to jest film oparty na faktach.

    Podobnie Social Network, ale ten film ma zakończenie (nawet trochę podobne do Se7en pod względem ewolucji postaci, Eisenberg wyalienował wszystkich swoich przyjaciół, ale jedyne co tak naprawdę pragnie to mieć przyjaciela i dlatego ciągle odświeża swój profil, bo zostali mi już tylko ci wirtualni, a nam (widzom) spływa po policzku łezka ze wzruszenia – trochę głupie to zakończenie :))

    A Benjamin Button też miał zakończenie, bohaterowie umierają. Może to niezbyt twistowe, ale dość definitywnie.

    Z resztą jak ci się nie podobają twisty, tricki i szokowanie w jego starych filmach, to przecież bardzo możliwe, że to sprawka scenarzystów z którymi pracował, tak jak twisty z Dragon Tattoo są wymyślone przez Larssona.

    Problem z polityką w książkach Larssona jest taki sam jak z polityką w książkach Toma Clancy’ego (czy jemu podobnych). Clancy pisze książki dla konserwatystów, a Larsson dla liberałów. Ogólnie to nie ma w tym nic złego, ale czasami tacy pisarze przedstawiają świat aż tak odpowiadający ich politycznym poglądom, że wychodzi z tego taka światopoglądowo-polityczna pornografia – w przypadku Larssona to dosłownie można odnieść wrażenie, że on walił konia pisząc te książki.

    • „Brak finału w Dragon Tattoo to chyba jest spowodowany tym, że chcą nakręcić jeszcze dwie części, żeby było jak z książkową trylogią”

      Spokojnie mogli zrobić zakończenie jak w wersji Szwedzkiej, gdzie kończy się odkryciem, że przebrana kobieta z tv newsów to Lisbeth. To jest jawny twist na sam koniec. U Finchera kończy się rozstaniem bohaterów i kamerą podążąjącą nieśmiało za Lisbeth na motocyklu. To jest totalny antyklajmaks, ale działa, bo działają emocje, które niepokoiły mnie jako widza długo po seansie. Ty to nazwiesz twistem jak z telenoweli, jak nazwię to oddaniem szacunku bohaterce, poprzez pokazanie jak emocjonalnie zareaguje na widok osoby, w której się prawdopodobnie zakochała.

      PS Gdyby sednem tej całej opowieści były romanse, to może bym sie zgodził z tym „pamietaj włączyć telewizor za tydzień”. Problem w tym, że romans zajmuje jakieś 20 minut z całego filmu (trwającego 158 minut), reszta to kryminał, którego rozwiązanie widzimy już w tej części. Więc nie widzę tu jakiejś zachęty do kolejnej części.

      „Zodiac nie ma zakończenia, bo nie złapali mordercy, a to jest film oparty na faktach.”

      Oj straszne, bo przecież historia kina nie udowodniła, że filmów opartych na faktach nie da się włożyć w ramy 3 aktowej struktury :P Tylko Fincherowi, again, zależało na tym pustym, niepokojącym poczuciu rozsypanego świata, którego nikt na końcu bohatersko nie naprawił.

      No i co do Social Network, ostatecznie potwierdziłeś czarno na białym moją tezę: żadnych gatunkowych klajmaksów, co najwyżej ten związany z bohaterem. Potwierdza się: nie twist narracyjny się liczy, ale potwistowane charaktery jego postaci i to się pamięta po wyjściu z kina:)

      Co do Benjamina Buttona: no kaman, chyba śmierci głównego bohatera nie uznamy za punkt kulminacyjny w narracji. Znowu: cynik FIncher zamiast klajmaksu serwuje nam banalny pustawy wniosek, że nie da się zrozumieć życia (całość nie kończy się śmiercią, ale małą scenką chwilę potem z narracją z offu „some people are mothers”, „Some people know buttons”, „Some are artist” „and some people dance”, the end) . Po raz kolejny Fincher pokazuje, że coś się po prostu kończy i nie ma żadnego poczucia zaskoczenia ani szokującego objawienia w życiu. Życie bohatera smutno się kończy … i już. Dla mnie nie ma nic definitywnego w tym zakończeniu.

      „można odnieść wrażenie,”

      Można, ale nie trzeba. Ja nie odniosłem.

  10. Zakończenie jest jak z książki (chociaż tam chyba nie kupiła mu skórzanej kurtki) i to wg mnie jest kolejny popis anty-umiejętności pisarskich Larssona. Zrobił wątek miłosny / klisze, przegalopował przez niego przez kilkanaście stron (głównie to chyba podczas hackowania tego biznesmena, który zaskarżył Blomkvista), a potem napisał to zakończenie (dziewczyna widzi swojego faceta z inną), które jest już tak zużyte, że jest kliszą i telenowelowym twistem. Nie wiem gdzie ty tu widzisz szacunek dla postaci. W fincherowskiej wer. to jak dla mnie jedna z najgorszych scen, to że mam świadomość, że chcą kręcić kolejne części sprawia, że ta telenowelowość jeszcze bardziej w oczy kole.

    „Problem w tym, że romans zajmuje jakieś 20 minut z całego filmu (trwającego 158 minut), reszta to kryminał, którego rozwiązanie widzimy już w tej części. Więc nie widzę tu jakiejś zachęty do kolejnej części.”

    To dlaczego mówisz, że ten film nie ma finału?

    „Tylko Fincherowi, again, zależało na tym pustym, niepokojącym poczuciu rozsypanego świata, którego nikt na końcu bohatersko nie naprawił.”

    „żadnych gatunkowych klajmaksów, co najwyżej ten związany z bohaterem”

    „Po raz kolejny Fincher pokazuje, że coś się po prostu kończy i nie ma żadnego poczucia zaskoczenia ani szokującego objawienia w życiu. Życie bohatera smutno się kończy … i już. Dla mnie nie ma nic definitywnego w tym zakończeniu.”

    A czym to się różni od Se7en i Fight Clubu. Pitt rozwala Spaceya. Naiwny światopogląd Pitta w strzępach. Life’s fucked up. Life goes on. Norton zrozumiał, że rewolucja anty-establishmentowa, to bzdura. Life’s fucked up. Life goes on. Przemiany w bohaterach, objawienie widzowi czarnej otchłani wszechświata i rozwalenie klasycznego gatunkowego klajmaksu jak najbardziej następuje. Moim zdaniem różnica między zakończeniami Se7en, Fight Club, Buttonem, Social Network i Dragon Tattoo jest taka, że zakończenia Se7en i Fight Clubu są lepiej zrobione.

    Tak na marginesie to to zakończenie w Social Network jest na maksa klisza i twist narracyjny. Bezduszny milioner pragnie tylko miłości, weź daj spokój.

    „Można, ale nie trzeba. Ja nie odniosłem.”

    To może powinieneś obejrzeć jeszcze raz Se7en i Fight Club, żeby sprawdzić czy przypadkiem nie można odnieść innych wrażeń po tych filmach.

    • „a potem napisał to zakończenie (dziewczyna widzi swojego faceta z inną), które jest już tak zużyte, że jest kliszą i telenowelowym twistem.”

      Nie słyszałem nigdy w życiu o telenoweli zrobionej w tak mrocznej tonacji, i z takimi bohaterami :-) Poza tym takie telenowelowe zawody sercowe dzieją się czasem w realu :-)

      „To dlaczego mówisz, że ten film nie ma finału?”

      Bo rozwiązanie zagadki jest tylko cześcią filmu, która trwa jeszcze 25 minut zajmując się różnymi innymi wątkami, ostatecznie w żaden dosadny gatunkowy sposób się nie kończąc.

      „A czym to się różni od Se7en i Fight Clubu.”

      Tym, że te filmy nastawione są na gatunkowe zaskoczenia fabularne, jak w filmach Shyamalana. W nowych filmach, Fincher bardziej zafascynowany jest swoimi bohaterami, a nie ogólnymi ideami typu anty-establishment, „bohater na końcu zrozumiał” itd.

      A co do Social Network: klisza, czy nie klisza (jak dla mnie nie: to nie chodzi o to że nagle pragnie miłości, od początku pragnął tylko jego social skille są tak niskie, że nie potrafi tego wyrażać), finał jest o bohaterze, a nie jest bezsensownym twistem jak w Grze czy olśnieniem ideologicznym jak F.Club.

      „To może powinieneś obejrzeć jeszcze raz Se7en i Fight Club, żeby sprawdzić czy przypadkiem nie można odnieść innych wrażeń po tych filmach.”

      Nie wykluczam, choć Seven widziałem już 3 razy :)

  11. „Nie słyszałem nigdy w życiu o telenoweli zrobionej w tak mrocznej tonacji, i z takimi bohaterami :-)”

    No to też wina Larssona – niezręcznie stylistyki łączy :p

    „Poza tym takie telenowelowe zawody sercowe dzieją się czasem w realu :-)”

    Co nie znaczy, że w fikcji nie są wyeksplatowaną sztampą.

    „Bo rozwiązanie zagadki jest tylko cześcią filmu, która trwa jeszcze 25 minut zajmując się różnymi innymi wątkami, ostatecznie w żaden dosadny gatunkowy sposób się nie kończąc.”

    Czyli ten film ma zakończenie, tylko potem jest jeszcze epilog wiążący nierozwiązane wątki.

    „Tym, że te filmy nastawione są na gatunkowe zaskoczenia fabularne, jak w filmach Shyamalana.”

    Mogę się zgodzić, że rewelacja w Fight Clubie, że postać grana przez Pitta, to w rzeczywistości ukryta osobowość Nortona, jest shyamalanowską zagrywką, ale tobie się to chyba powinno podobać – w końcu to potwistowane charakteru postaci.

    Gdzie masz jakiegoś fabularnego Shyamalana w Se7en?

    „W nowych filmach, Fincher bardziej zafascynowany jest swoimi bohaterami, a nie ogólnymi ideami”

    A to nie powinno być raczej poczytane na plus, że w Se7en i Fight Clubie są ciekawe wielowymiarowe postacie (Pitt, Freeman, Spacey, Norton) i całkiem mądra rozkminą na temat różnych idei?

    „A co do Social Network: klisza, czy nie klisza (jak dla mnie nie: to nie chodzi o to że nagle pragnie miłości, od początku pragnął tylko jego social skille są tak niskie, że nie potrafi tego wyrażać), finał jest o bohaterze”

    Nie twierdziłem, że on nagle pragnie miłości tylko, że to jest przedstawione jako wielkie objawienie / przesłanie, które widz ma wynieść z (filmowej) historii Zuckerberga. Jeśli nie lubisz filmów opartych na faktach które da się włożyć w ramy 3 aktowej struktury, to fabuła typu: „genialny milioner, który zrewolucjonizował sposób w jaki się komunikujemy, sam nie potrafi nawiązać bliższego kontaktu z ludźmi, którzy go otaczają” jest chyba idealnym przykładem na hollywoodyzacja i uproszczenie prawdziwej historii :)

    • „Co nie znaczy, że w fikcji nie są wyeksplatowaną sztampą”

      Co nie znaczy że to nie działa i niektórych nie wzrusza jak jest to zagrane tak dobrze jak w „Dziewczynie z tatuażem”.

      „Czyli ten film ma zakończenie, tylko potem jest jeszcze epilog wiążący nierozwiązane wątki.”

      Co nie jest typowe dla kina gatunkowego, żeby 25 minut po rozwiązaniu zagadki zajmowac się życiem głównych bohaterów i zamiast jakoś zakończyć ich historię, raczej otworzyć im różne możliwości. Jak w życiu (i najwyraźniej w telenowelach – nie wiem, bo nie oglądam :).

      „ale tobie się to chyba powinno podobać – w końcu to potwistowane charakteru postaci”

      Niestety, nie tym, razem :(

      „Gdzie masz jakiegoś fabularnego Shyamalana w Se7en?”

      Ostatnia scena może nie jest typowa dla Shyamalana, ale jest dużą rewelacją narracyjną. Nie mówię, że to źle. Mówie, że na tyle inaczej, że wole nowsze zakonczenia z filmów Finchera.

      „A to nie powinno być raczej poczytane na plus, że w Se7en i Fight Clubie są ciekawe wielowymiarowe postacie (Pitt, Freeman, Spacey, Norton) i całkiem mądra rozkminą na temat różnych idei?”

      Znowu, nie mówie, że to źle, mówie, że ja osobiście wolę gdy postacie są postaciami a nie narzędziem w rękach rezysera-ideologa.

      „Jeśli nie lubisz filmów opartych na faktach które da się włożyć w ramy 3 aktowej struktury, to fabuła typu: “genialny milioner, który zrewolucjonizował sposób w jaki się komunikujemy, sam nie potrafi nawiązać bliższego kontaktu z ludźmi, którzy go otaczają” jest chyba idealnym przykładem na hollywoodyzacja i uproszczenie prawdziwej historii”

      Nie twierdziłem, że nie lubię filmów opartych na faktach włożonych w ramy 3 aktowej struktury. Mówię, że rezygnacja z takiego schematu podobała mi się w filmie „Zodiak”. Poza tym chyba zapomniałem napisać, że ja nie uważam Social Network za taki geniusz jak krytycy z RottenTomatoes. Takie solidne 7/10, ja po prostu zauważam, że ten film kontynuuje trend o tym, że film Finchera nie ma żadnego standardowego zakończenia dla kina hollywoodzkiego. A co z tego filmu wynika i czy w ogóle coś oryginalnego to już temat na zupełnie inną rozmowę. Mnie chodziło tylko o konstrukcję filmu, która jak uważam, jest daleka od schematyzmu (makronarracja powstania facebooka, obudowana dwiema mikronarracjami równoległych procesów głównego bohatera, a na końcu żadnego triumfu, prostego zwycięstwa moralnego bohatera, żadnego katharsis ani poczucia pełnego zrozumienia głównego bohatera przez widza).

  12. „Co nie jest typowe dla kina gatunkowego, żeby 25 minut po rozwiązaniu zagadki zajmowac się życiem głównych bohaterów i zamiast jakoś zakończyć ich historię, raczej otworzyć im różne możliwości. Jak w życiu (i najwyraźniej w telenowelach – nie wiem, bo nie oglądam :).”

    Ok, nie wierzę, że muszę to rozrysować, ale niech będzie. W książkowych kryminałach / thrillerach takie zajmowanie się życiem głównych bohaterów (albo, jak nazywa to większość ludzi: rozwiązywaniem wątków, które pozostały po finale), to mniej lub bardziej norma. Jeśli chcesz przykład z kina gatunkowego, to w co drugim Bondzie są takie epilogi. Po rozwiązaniu zagadki – zagadki, której rozwiązanie jest zaskoczeniem / twistem (Harriet.miała zostać zabita okazuje się, że nie została zabita), których Fincher rzekom już nie stosuje, o czym wspominałem wcześniej, a co ty nie wiem dlaczego zignorowałeś – pozostają nam dwa niedomknięte wątki (nie życie bohaterów, tylko wątki). Po pierwsze, skorumpowany biznesmen, który zaskarżył Blomkvista i zniszczył mu reputację, i po drugie, romans z Salander. Biznesmen nie żyje, dobre imię odzyskane, romans zakończony – wszystko jak najbardziej mieści się w gatunkowych ramach.

    „Ostatnia scena może nie jest typowa dla Shyamalana, ale jest dużą rewelacją narracyjną.”

    Dokładniej proszę – ostatnia scena, czyli co?

    „ja osobiście wolę gdy postacie są postaciami a nie narzędziem w rękach rezysera-ideologa.”

    To dlaczego podobają ci się postacie z Dragon Tattoo, które mają nam pokazać, że nie uciekniemy od grzechów przeszłości, czy z Social Network, które pokazują nam, że goniąc za pieniędzmi i sukcesem tracimy kontakt z bliskimi nam osobami.

    „a na końcu żadnego triumfu, prostego zwycięstwa moralnego bohatera, żadnego katharsis ani poczucia pełnego zrozumienia głównego bohatera przez widza”

    Zupełnie jak w Se7en i Fight Clubie.

  13. „Jeśli chcesz przykład z kina gatunkowego, to w co drugim Bondzie są takie epilogi”

    Co drugi Bond nie jest tak dobrze zagrany :/ Większość jest strasznie pastiszowa i nie jestem w stanie brac zycia prywatnego głównych bohaterów na serio.

    „romans zakończony”

    No własnie nie zakończony, bo w gatunkowych prawidłach hollywood mielibyśmy ładny odjazd kamery, podniosłą muzykę i pocałunek na sam koniec. :) Tu nic sie nie rozwiązuje dosadnie na zasadzie „bohater zoruzmiał nagle, że”, „anty establishment okazał się zły itd itd”, „bohaterowie są jednak razem” , „bohterowie nigdy nie będą razem” itd.

    „a co ty nie wiem dlaczego zignorowałeś ”

    Bo to nie jest dla mnie ważne. Ani nie jest to ważne dla Finchera, który sam powtarzał w wywiadach, że go te morderstwa mało co interesowaly. Że robił już kryminały, a tutaj bardziej interesował go sam proces śledztwa prowadzonego równocześnie przez dwójkę tak fajnych bohaterów jak Blomkwist i Salander.

    „Dokładniej proszę – ostatnia scena, czyli co?:

    Czyli scena na pustyni. Dopiero co się zgadzałeś, że jest tak kultowa.

    „To dlaczego podobają ci się postacie z Dragon Tattoo, które mają nam pokazać, że nie uciekniemy od grzechów przeszłości, czy z Social Network, które pokazują nam, że goniąc za pieniędzmi i sukcesem tracimy kontakt z bliskimi nam osobami.”

    Szczerze wątpię, że ktokolwiek wybiegł z kina z głębokimi rozkminami na temat „nie uciekniesz od przeszłości!!”, za to o Fight Clubie to większość dyskusji rozbija się o ideolo-satyryczne zacięcie. Nie mówię, że to źle – mówie, że wolę nieco bardziej subtelne kino u Finchera:)

    „Zupełnie jak w Se7en i Fight Clubie.”

    No przecież temu nie przecze, nie o tym jest ten wątek ;D Wiadomo, że gatunek thrillera nie skończy się jak gatunek filmu procesowo-sądowego. Właśnie dlatego finał Social Network jest imho interesujący.

  14. „No własnie nie zakończony, bo w gatunkowych prawidłach hollywood mielibyśmy ładny odjazd kamery, podniosłą muzykę i pocałunek na sam koniec. :) Tu nic sie nie rozwiązuje dosadnie na zasadzie “bohater zoruzmiał nagle, że”, “anty establishment okazał się zły itd itd”, “bohaterowie są jednak razem” , “bohterowie nigdy nie będą razem” itd.”

    Parę scen wcześniej są razem, a w ostatniej każde idzie w swoją stronę. Dwójka bohaterów wraca do punktu wyjścia bogatsza o doświadczenia, które ich spotkały podczas trwania fabuły. Dość klasyczne zakończenie – scenariuszowe 101. Oczywiście wiemy, że będzie kontynuacja i znów się spotkają, ale tymczasem ich drogi się rozchodzą, ich związek się kończy (wątek się zamyka). Naprawdę to jest dla ciebie takie nowatorskie, tylko dlatego że nie widzisz w tym hollywoodzkiej szopki?

    „Bo to nie jest dla mnie ważne.”

    Ale to wszystko jest w tym filmie (scenariuszowe tricki i twisty). Fincher musi je nakręcić, tak samo jak musiał nakręcić te z Se7en. A w Se7en musiał nakręcić proces śledztwa i stworzyć dwójkę fajnych bohaterów.

    „Czyli scena na pustyni. Dopiero co się zgadzałeś, że jest tak kultowa.”

    Ta scena trochę trwa i dzieje się w niej parę rzeczy, myślałem że chodzi ci o coś konkretnego. Ta scena to nie twist znikąd, który ma tylko szokować. Jest misternie przygotowana scenami, które ją poprzedzają, a te sceny są przygotowane wydarzeniami, które oglądamy od początku filmu, i mam tu na myśli zarówno same wydarzenia, jak i wewnętrzną progresje postaci. Można ja spokojnie traktować jak to twoje: potwistowanie charakteru postaci.

    „Szczerze wątpię, że ktokolwiek wybiegł z kina z głębokimi rozkminami na temat “nie uciekniesz od przeszłości!!”

    To o czym ludzie rozkminiali? O tym jak Rooney Mara fajnie wygląda w ciuchach z H&Mu?

    „No przecież temu nie przecze, nie o tym jest ten wątek ;D Wiadomo, że gatunek thrillera nie skończy się jak gatunek filmu procesowo-sądowego. Właśnie dlatego finał Social Network jest imho interesujący.”

    No to dlaczego uważasz, że Fincher się zmienił na lepsze skoro wcześniej kręcił bardzo podobne filmy, z bardzo podobnymi antyklajmaksowymi zakończeniami.

    „Co drugi Bond nie jest tak dobrze zagrany :/ Większość jest strasznie pastiszowa i nie jestem w stanie brac zycia prywatnego głównych bohaterów na serio.”

    No więc jeśli dobrze rozumiem, to Dragon Tattoo to najlepszy film Finchera, bo fajnie opowiada jakąś historię, która jak dla ciebie się nie kończy (a przynajmniej nie kończy się tradycyjnie) i ma fajnych dobrze zagranych bohaterów, których możesz traktować na serio. Mogłeś po prostu napisać, że ten film ci się najbardziej podoba, bo tak i już.

    Nie bardzo widzę gdzie w tym wszystkim jest to wyznaczanie nowych trendów w kwestii tworzenia filmów. Wygląda na to, że zmiany w reżyserii Finchera to raczej drobne niuanse niż duże usprawnienia.

    • „Naprawdę to jest dla ciebie takie nowatorskie, tylko dlatego że nie widzisz w tym hollywoodzkiej szopki?”

      Gdzie ja napisałem, że to jest nowatorskie? Poza tym jakby mi takie schematy przeszkadzały, to musiałbym chyba zmienić zainteresowania. Zadaniem każdego nowego filmu nie jest wymyślenie nowego sposobu na relacje damsko-męskie.

      Oczywiście jako argumentu w dyskusji nie uzyję faktu, że cała ta sytuacja nabiera zupełnie nowych barw po tym jaka jest różnica społeczna-wiekowa-charakteru bohaterów, bo też pewnie odbijesz to jako kolejny zestaw paskudnie schematycznych przeciwieństw.

      Pozostańmy więc przy tym, że ja jestem w stanie żyć w świecie z filmami, które nie silą się na nowatorstwo w kwestii uczuciowej bohaterów, gdy jest to solidnie i ze smakiem zrobione.

      „To o czym ludzie rozkminiali? ”

      A bo to zawsze trzeba po wyjściu z kina filozofować?

      „No to dlaczego uważasz, że Fincher się zmienił na lepsze skoro wcześniej kręcił bardzo podobne filmy, z bardzo podobnymi antyklajmaksowymi zakończeniami”

      Ot chociazby dlatego, że teraz kręci je bez takich krzykliwych pretensji co kiedyś.

      „Dragon Tattoo to najlepszy film Finchera”

      Nic takiego nie napisałem nigdzie.

      „No więc jeśli dobrze rozumiem(..)”

      Wybacz ale komentarze nie są miejscem na pełną recenzję filmu. Doszło do dyskusji o zakończeniach i o tym, że z pewnych powodów (które wyminiłem wielokrotnie) uważam nowszego Finchera za ciekawszego niż wcześniejszego. Wiele jest aspektów w tym filmie, które oceniam wysoko, a nie „bo tak i już”. Powyżej też napisałem, który film Finchera uważam za najlepszy.

      Poza tym, jak już by przyszło o tym dyskutowac kiedyś: oczywiście, że tak. Są filmy, które tylko opowiadają ciekawą historię i są dobrze zagrane, a które lubię. Nie każdy wielki film w historii musi sobie od razu rościć pretensje do wyznaczania trendów/moralizowana/ideologicznych oświecień/misternie zaplanowanych twistów fabularnych. Czasem wiarygodna historia o ludziach, solidnie zrealizowana, wystarczy.

      „Nie bardzo widzę gdzie w tym wszystkim jest to wyznaczanie nowych trendów w kwestii tworzenia filmów. ”

      Nigdzie nie napisałem,że to jest jakieś wyznaczanie trendów, pisząc o fabule. W notce napisałem o nowatorskim sposobie wykorzystania cyfrowych technik montażowych w postprodukcji.

  15. „Gdzie ja napisałem, że to jest nowatorskie?”

    No dobra, napisałeś, że to jest „nietypowe” wychodzi na to samo.

    „Oczywiście jako argumentu w dyskusji nie uzyję faktu, że cała ta sytuacja nabiera zupełnie nowych barw po tym jaka jest różnica społeczna-wiekowa-charakteru bohaterów, bo też pewnie odbijesz to jako kolejny zestaw paskudnie schematycznych przeciwieństw.”

    No, pewnie bym właśnie coś takiego odpisał :) A potem bym dodał jakiś niesmaczny komentarz, że staremu zboczuchowi Larssonowi marzyły się łóżkowe zapasy z nieletnią emo / goth / punk dziewczyną. There’s some sick shit in that book – niezłe nieporozumienie z tym okrzyknięciem Larssona pisarzem feministycznym.

    „A bo to zawsze trzeba po wyjściu z kina filozofować?”

    Zawsze nie, ale jeśli jakiś film lubisz lub zrobił na tobie wrażenie, to dlaczego to, że możesz sobie o nim filozofować, miałoby być jakąś wadą?

    „Ot chociazby dlatego, że teraz kręci je bez takich krzykliwych pretensji co kiedyś.”

    Wymieniałem ci różne krzykliwe pretensje, które widziałem w Dragon Tattoo i Social Network, a ty twierdzisz, że one są nieważne i można je ignorować, bo postacie, niejednoznaczność, a na końcu brak triumfu, prostego zwycięstwa moralnego bohatera, żadnego katharsis ani poczucia pełnego zrozumienia głównego bohatera. No to ci pokazuje, że w jego starych filmach też były ciekawe postacie, niejednoznaczność, a na końcu brak triumfu, prostego zwycięstwa moralnego bohatera, żadnego katharsis ani poczucia pełnego zrozumienia głównego bohatera, i nikt ci nie broni ignorować w tych starych filmach idei i krzykliwych pretensji, jak ci tak przeszkadzają.

    „Nic takiego nie napisałem nigdzie.”

    No dobra, sorry, Zodiac to twój ulubiony film Finchera. Zapomniałem.

    „Czasem wiarygodna historia o ludziach, solidnie zrealizowana, wystarczy.”

    Czasem wystarczy, a czasem wystarczy tylko na miano filmu przyzwoitego.

    Zajebiście! Katujemy ten temat już czwarty dzień! Ciekawe czy uda się dociągnąć do tygodnia :)

  16. Nie no ale chyba słów nietypowy i nowatorski nie traktuje się od razu jak synonimów ;)

    „niezłe nieporozumienie z tym okrzyknięciem Larssona pisarzem feministycznym.”

    A może ten sick shit pojawił się w ten książce, bo (stary zboczuch) Larsson widział w wieku lat nastoletnim gwałt na swojej rówieśniczce i miał wyrzuty przez całe życie , że nie potrafił wtedy w żaden sposób zareagować?

    „Zawsze nie, ale jeśli jakiś film lubisz lub zrobił na tobie wrażenie, to dlaczego to, że możesz sobie o nim filozofować, miałoby być jakąś wadą”

    Ani jedno, ani drugie nie jest wadą dla mnie.

    No, pewnie bym właśnie coś takiego odpisał :) ”

    Oj ziomek ;) Jak ktoś Ci opowiada historię swojej nieszcześlwej miłości, to też mówisz ‚eee widziałem to w „Ich Nocach” (1934) Capry albo mówisz, że już Ci ktoś coś podobnego opowiadał 10 lat temu? ;) Ja od filmu oczekuję właśniego takiego przywiązania do bohaterów jakbym ich znał po tych 2,5 godzinach, i mógł z zainteresowaniem wysłuchać ich historii bez względu na to jaka by nie była.

    „Wymieniałem ci różne krzykliwe pretensje, które widziałem w Dragon Tattoo i Social Network, a ty twierdzisz, że one są nieważne i można je ignorować, ”

    Ale gdzie niby są te pretensje? Serio po Dragon Tattoo widać gołym okiem, że Fincher zebrał kumpli i powiedział „Słuchajcie zawsze chciałem zrobić film o tym, że od przeszłości nie ma ucieczki, znajdźcie mi jakąś dobrą książkę która pod to podpada”? Nie widzę tam żadnych pretensji, ot wziął przeczytał; książkę, która mu się spodobała i zaadaptował ją do własnego stylu i własnych fascynacji wizualnych bez jakiegokolwiek odgórnego własnego komentarza, satyry, krzykliwych przesłań itd.

    Poza tym jak wielu fanów książki wytykało mu, że spłycił Larssona zabierając całkowicie cały kontekst społeczny, skupiając się tylko na samej warstwie kryminalnej? To gdzie tu pretensje, skoro Fincher celowo wręcz się z nich wycofał i zostawił tylko to, co jego samego interesowało?

    „Zajebiście! Katujemy ten temat już czwarty dzień! Ciekawe czy uda się dociągnąć do tygodnia :)”

    No dawno nie było tu tak ciekawie i dyskusyjnie ;) A jak się uda, to w piątek kolejna częśc cyklu :)

  17. „Nie no ale chyba słów nietypowy i nowatorski nie traktuje się od razu jak synonimów ;)”

    Whatever man, mój argument wciąż stoi dumnie i się pręży. Ostatnia scena nie jest ani nietypowa, ani nowatorska, jest zwykłym rozwiązaniem wątku.

    „A może ten sick shit pojawił się w ten książce, bo (stary zboczuch) Larsson widział w wieku lat nastoletnim gwałt na swojej rówieśniczce i miał wyrzuty przez całe życie , że nie potrafił wtedy w żaden sposób zareagować?”

    Bullshit, to jakaś bajeczka wymyślona, żeby ludzie myśleli, że Larsson miał jakieś szlachetne powody do napisania tej książki… tzn. no nie wiem. może naprawdę coś takiego mu się przytrafiło i miał z tego powodu poczucie winy, ale tu chodzi o co innego. Oczywiste jest, że Blomkvist jest avatarem Larssona (obaj są liberalnymi, lewackimi dziennikarzami). W trakcie książki Blomkvist wdaje się w trzy romanse o podłożu erotycznym: jego szefowa z magazynu Millennium; córka tego nazisty z rodziny Vangerów; i Salander. Niby wszystko cool i feministycznie – silne kobiety są sexi itp., ale gdy tylko któraś ma kłopoty (jego szefowa ma problemy z magazynem) albo przestaje mu być przydatna (córka tego nazisty nie chce mu pomóc w śledztwie i Salander po rozwiązaniu sprawy z nieuczciwym milionerem) zostawia je. Można to odczytać jako skrajnie feministyczną wer. każdy mężczyzna (nawet bohater) to świnia i nienawidzi kobiet (pun intended), ale to nie neguje eretyczno-fanazyjnego charakteru (tylko seks, żadnych zobowiązań) tych fikcyjnych związków. Zwłaszcza ten z Salander jest niepokojący, bo ta postać to z grubsza nieletnia (tzn. jest niby pełnoletnia, ale Larsson często powtarza, że wygląda na dużo młodszą), aspołeczna (często zachowuje się jakby była upośledzona), ofiara gwałtu. Larsson chce przez przygody seksualne Blomkvista powiedzieć: też jestem mężczyzną, jestem zły, chce uprawiać seks z nieletnimi emo/goth/punk ofiarami gwałtów. Kiedy pisałem, że można odnieść wrażenie, że on walił konia pisząc te książki.to nie chodziło mi tylko o politykę, moim zdaniem, on naprawdę opisał tu rzeczy, do których wali konia.

    „Oj ziomek ;) Jak ktoś Ci opowiada historię swojej nieszcześlwej miłości, to też mówisz ‘eee widziałem to w “Ich Nocach” (1934) Capry albo mówisz, że już Ci ktoś coś podobnego opowiadał 10 lat temu? ;)”

    No nie, nie robię tak, ale od teraz może zacznę, bo to byłoby zajebiście śmieszne :D Nie no żartuję, mnie po prostu ten konkretny romans tak nie rusza (patrz moja rozkmina związków Blomkvista).

    „Poza tym jak wielu fanów książki wytykało mu, że spłycił Larssona zabierając całkowicie cały kontekst społeczny, skupiając się tylko na samej warstwie kryminalnej?”

    Zajebiście lubię się śmiać z tej krytyki: „tak prawdziwym fanom było za mało kazirodztwa, gwałtu i mizoginii” :)

    „To gdzie tu pretensje, skoro Fincher celowo wręcz się z nich wycofał i zostawił tylko to, co jego samego interesowało?”

    To wycofanie się Finchera jest jednym z powodów, dla których uważam, że ten film jest przyzwoity, a nie nędzny jak książka. Ale to że się z nich wycofał nie znaczy, że się ich pozbył. Gwałtu, kazirodztwa, mizoginii i społecznego komentarza wciąż ci w tym filmie dostatek. A scena kiedy Daniel Craig siedzi w domu tego dziadka nazisty, przegląda zdjęcia, i rozmawia (z tym dziadkiem), to praktycznie ma pod spodem napis: „uwaga głębokie przesłanie”, i to nie jest jedyna taka scena.

    „No dawno nie było tu tak ciekawie i dyskusyjnie ;)”

    Ciesze się, że doceniasz czas i energię jaką wkładam w te komentarze ;)

  18. ‚Whatever man”

    Nie „whatever man”, bo już kilka razy przyłapałem Cę na tym, że przypisujesz mi słowa, których nie napisałem.

    „mój argument wciąż stoi dumnie i się pręży”

    W żaden sposób nie świadczy o tym, że zakończenie Fight Cluba czy Seven jest mniej pretensjonalne od Girl With the dragon tattoo :)

    „Zajebiście lubię się śmiać z tej krytyki: “tak prawdziwym fanom było za mało kazirodztwa, gwałtu i mizoginii” :)”

    Otóż to, grunt to miec się czym cieszyć w zyciu:).

    „Zwłaszcza ten z Salander jest niepokojący”

    Jeżeli cokolwiek tutaj jest niepokojące, to raczej to , że przychodzisz na mojego bloga i opisujesz jakieś fantazje o nieżyjącym twórcy walącym do czegoś konia.

    I co za bzdury, że każdy facet nienawidzi kobiet w tej książce? Henrik Vanger, Armanski i Palmgreen też nienawidzą kobiet?

    „Bullshit, to jakaś bajeczka wymyślona, żeby ludzie myśleli, że Larsson miał jakieś szlachetne powody do napisania tej książki… tzn. no nie wiem. może naprawdę coś takiego mu się przytrafiło i miał z tego powodu poczucie winy”

    To może wróć jak się zdecydujesz.

    „to praktycznie ma pod spodem napis: “uwaga głębokie przesłanie”, i to nie jest jedyna taka scena.”

    Serio wziąłeś tą komediową (i to jeszcze jak) scenkę tak na poważnie? Nie wiem jak można nie widzieć tego gigantycznego nawiasu, w jaki Fincher wklada całe to społeczno-historyczne tło. .

    Już widzę jak rodowitego amerykańca Finchera interesują jakieś niedobitki po nazistach na północy Europy i robi o tym film za 90 baniek najnowoczesniejszą kamerą HD na świecie, żeby nagle zacząć ludzi masowo uświadamiać ;-) Rozumiem, że „Kod da vinci” to też opowieśc z przesłaniem na temat Kościoła, a „Mission Impossible: Ghost Protocol” na temat Kremla ? :>

  19. Małe sprostowanie do mojego poprzedniego komentarza, gdzie pisze „mizoginia” chodziło mi o „mizantropie”. Zawsze mi się te pojęcia mylą :P

    „Nie “whatever man”, bo już kilka razy przyłapałem Cę na tym, że przypisujesz mi słowa, których nie napisałem.”

    Ok, ok, sorry, w ferworze walki bywa, że reaguje zbyt ostro. No i bardzo lubię nadinterpretację, co pewnie już zauważyłeś :P

    „W żaden sposób nie świadczy o tym, że zakończenie Fight Cluba czy Seven jest mniej pretensjonalne od Girl With the dragon tattoo :)”

    Ale świadczy o tym, że to jest zwykłe rozwiązanie wątku, a nie nietypowe zajmowanie się życiem głównych bohaterów i zamiast kończenia historii, otwieranie im różnych możliwości. Jeśli chodzi o pretensjonalność tego zakończenia, to jak dla mnie, jest tak samo pretensjonalne jak to z Fight Cluba czy Se7en.

    „Jeżeli cokolwiek tutaj jest niepokojące, to raczej to , że przychodzisz na mojego bloga i opisujesz jakieś fantazje o nieżyjącym twórcy walącym do czegoś konia.”

    Ja po prostu tak zinterpretowałem, tekst napisany przez Larssona. Wg mnie książka zawiera jego marzenia seksualne, światopoglądowo-polityczne i karierowe (Larsson chciałby, tak jak Blomkvist w epilogu, dowalić jakiemuś skorumpowanemu biznesmenowi na polu dziennikarskim). Nie zrozum mnie źle, to nie jest tak, że ja jestem jakimś uber-konserwatystą i oburza mnie czytanie takich rzeczy. Pisarze mogą sobie coś takiego w swoich książkach zamieszczać, to dla mnie jest nawet bardzo ciekawe, ale Larsson napisał to w taki sposób, że ja nie potrafię brać na poważnie jego poglądów, opowiadanej historii i postaci.

    „I co za bzdury, że każdy facet nienawidzi kobiet w tej książce? Henrik Vanger, Armanski i Palmgreen też nienawidzą kobiet?”

    Henrik się w to wpisuje, ignorował jawny nazizm i patologię swojej rodziny, jest współwinny losu Harriet. W książce Armanski czuje pociąg seksualny do Lisbeth – komentarz na napastowanie seksualne w pracy. Palmgreen podobnie jak Henrik należy do rodziny Vangerów i ignoruje jej dysfunkcje. Może masz rację z tym, że na Larssona wpłynęło to, że był świadkiem gwałtu. W jego książce jeśli mężczyzna nie jest typowo zły, to wyrządza zło poprzez brak reakcji na zło.

    „To może wróć jak się zdecydujesz.”

    Ok, napisał to sick shit z powodu poczucia winy, ale trzymam się swojej interpretacji książki, tam są jego fantazje seksualne.

    „Serio wziąłeś tą komediową (i to jeszcze jak) scenkę tak na poważnie?”

    To samo zrobił w Fight Clubie. Poważny kryptofaszyzm, który był w książce Chucka Palahniuka (sprawdziłem jak się nazywa autor książkowej wersji) przedstawił w sposób komediowy w swoim filmie.

    „Już widzę jak rodowitego amerykańca Finchera interesują jakieś niedobitki po nazistach na północy Europy i robi o tym film za 90 baniek najnowoczesniejszą kamerą HD na świecie, żeby nagle zacząć ludzi masowo uświadamiać ;-)”

    No nie, nie uważam, zgadzam się z tobą, że jego wersja jest złagodzona i interesuje go co innego, ale nie wyrzucił kompletnie przesłania Larssona. Społeczny komentarz i nie uciekniecie od grzechów przeszłości jest jak najbardziej widoczny. Poza tą sceną masz chociażby los Harriet i Martina, tego całego biznesmena z epilogu, nawet romans Blomkvista i Salander (ten związek się chyba zaczyna rozpadać kiedy ona mówi mu o swoim ojcu). No ale wiesz, Fight Club i Se7en to też były przede wszystkim filmy rozrywkowe, a nie ideologiczne.

    „Rozumiem, że “Kod da vinci” to też opowieśc z przesłaniem na temat Kościoła, a “Mission Impossible: Ghost Protocol” na temat Kremla ? :>”

    Nie czytałem Kodi da vinci ani nie oglądałem Ghost Protocola (chociaż chce sobie kiedyś obejrzeć, bo poprzednie były całkiem fajne).

  20. „Henrik się w to wpisuje, ignorował jawny nazizm i patologię swojej rodziny, jest współwinny losu Harriet. W książce Armanski czuje pociąg seksualny do Lisbeth – komentarz na napastowanie seksualne w pracy. Palmgreen podobnie jak Henrik należy do rodziny Vangerów i ignoruje jej dysfunkcje.”

    Ale to nie są chyba wszystko jawne dowody na kompletny szowinizm tych bohaterów? Sama Lisbeth ile ma grzechów na głowie w kontaktach z facetami? Erika też święta nie była a i u Vangerów pare kobiet na pewno specjalnie miłych nie było. Nie wydaje mi się, aby ten świat był aż tak zero-jedynkowy.

    „fantazje seksualne.”

    W popkulturze przewaznie się ludzkie fantazje na różny temat odbijają.

    „To samo zrobił w Fight Clubie. Poważny kryptofaszyzm, który był w książce Chucka Palahniuka (sprawdziłem jak się nazywa autor książkowej wersji) przedstawił w sposób komediowy w swoim filmie.”

    A dla mnie scena z dziadkiem to prostu kawałek intrygi. Powiedział kto jest na zamazanym zdjęciu i tyle. Kompletnie nie widzę, aby Fincher się jakoś wybitnie rozwodził nad faszystowskimi wątkami z książki. Postacie są jakie są, bo pozostali wierni literze książki w wielu kwestiach, więc tylko na tym polu można mówić, że nie zrezygnowano z tła społecznego Szwecji z książek. Ale dla mnie film dalej jest nastawiony na to, co Finchera kręciło już od Se7en, przez praktycznie każdy jego film: procedury, dokładność śledztwa, szczegóły, popisy wizualne itd. Reszta jest tylko – jak chociażby w poniżej wspomnianym Kodzie Da vinci – tłem, które cięzko brać na serio.

    „No ale wiesz, Fight Club i Se7en to też były przede wszystkim filmy rozrywkowe, a nie ideologiczne.”

    Zgodze się co do Se7en, co do Fight Club mniej :P

    „Nie czytałem Kodi da vinci ani nie oglądałem Ghost Protocola”

    Pierwszego nie warto, drugie jak najbardziej.

  21. „Ale to nie są chyba wszystko jawne dowody na kompletny szowinizm tych bohaterów?”

    Kompletny nie, ale zawsze ich w tą stronę trochę spycha, tak jakby wystarczyła chwila nieuwagi, utrata samokontroli i już mogą się w tym terytorium znaleźć. Wg mnie znamienne jest, że jedyny jednoznacznie pozytywny mężczyzna w książce (a przynajmniej jedyny, który mi przychodzi do głowy), to były kurator Salander (ten po wylewie), tak jakby Larsson chciał powiedzieć, że tylko taki facet (nie mogący nic zrobić) jest dla kobiety niegroźny.

    „Sama Lisbeth ile ma grzechów na głowie w kontaktach z facetami? Erika też święta nie była a i u Vangerów pare kobiet na pewno specjalnie miłych nie było. Nie wydaje mi się, aby ten świat był aż tak zero-jedynkowy.”

    Ale to raczej wynikało z tego, że były ofiarami mężczyzn (albo świata, w którym rządzą mężczyźni) niż z tego, że mają złą naturę. Przynajmniej tak jest w przypadku Lisbeth i Vangerowiczek, jeśli chodzi o Erikę, to… ja wiem Larsson chyba nie uważa tego, że jest poligamistką za coś negatywnego. To Blomkvist rozbił swoją rodzinę, ona jest w porządku.

    „A dla mnie scena z dziadkiem to prostu kawałek intrygi. Powiedział kto jest na zamazanym zdjęciu i tyle. Kompletnie nie widzę, aby Fincher się jakoś wybitnie rozwodził nad faszystowskimi wątkami z książki. Postacie są jakie są, bo pozostali wierni literze książki w wielu kwestiach, więc tylko na tym polu można mówić, że nie zrezygnowano z tła społecznego Szwecji z książek. Ale dla mnie film dalej jest nastawiony na to, co Finchera kręciło już od Se7en, przez praktycznie każdy jego film: procedury, dokładność śledztwa, szczegóły, popisy wizualne itd.”

    Zgadzam się z tobą. Chodzi mi tylko o to, że jeśli punktujesz jego stare filmy za krzykliwe przesłania i fabularne sztuczki, to powinieneś być konsekwentny i nie lekceważyć ich w jego nowszych filmach… Eee, pewnie mi odpiszesz, że w starszych filmach takie krzykliwe przesłania i fabularne sztuczki były dużo bardziej widoczne :)

    „Zgodze się co do Se7en, co do Fight Club mniej :P”

    No co ty!? Fight Club to świetna rozrywka. Meat Loaf miał cycki i płakał, obili mordę Jaredowi Leto, Brad Pitt udawał Bruce’a Lee, a ostatnia scena jak Edward Norton łazi z dziurą w głowie i wszyscy się na niego patrzą i pytają czy wszystko w porządku, a on odpowiada, że tak, to chyba najśmieszniejsza scena, jaką Fincher kiedykolwiek nakręcił :)

    Pierwszego nie warto, drugie jak najbardziej.

    Protocola na pewno sprawdzę. Słyszałem, że następna część ma być kręcona przez Christophera McQuarrie’a, tego od Jacka Reachera (tez na liście filmów do sprawdzenia :)). McQuarrie wyreżyserował w 2000, The Way of the Gun, taki fajny film, chociaż fuchę przy MI5 pewnie dostał bo jest ziomem Cruise’a :)

  22. „Kompletny nie, ale zawsze ich w tą stronę trochę spycha, tak jakby wystarczyła chwila nieuwagi, utrata samokontroli i już mogą się w tym terytorium znaleźć”

    Dla mnie to za mało. Albo jedno albo drugie, nie można być trochę w ciąży. To że książki mają pewne feministyczne wątki, to wcale nie znaczy, że są z tego powodu z automatu kiepskie (chyba, że ktoś jest aż tak fanatycznym ideologiem i nie potrafi rozrywki oddzielić od poglądów)

    „niż z tego, że mają złą naturę.”

    Nie usprawiedliwiałbym nikogo za mszczenie się, tortury, włamania, (próby) zabójstwa itd. To są decyzje podejmowane w tej książce przez kobiece postacie, całkowicie świadomie. Książki mają prowokacyjny charakter: jedni będą usprawiedliwiać przemoc przemocą, a inni będą w trakcie czytania się zastanawiać czy te kobiety faktycznie są aż tak bezbronne i niewinne.

    „Eee, pewnie mi odpiszesz, że w starszych filmach takie krzykliwe przesłania i fabularne sztuczki były dużo bardziej widoczne :)”

    Hehe ;)

    „McQuarrie”

    Musi się postarać, bo czwórka jest najlepsza z całej serii. Oczywiście się nie ma co spodziewać, że film nie ma klisz i naciąganych pomysłów, ale jak ktoś posiada zawieszacz niewiary to powinien się dobrze bawić ;)

  23. „Albo jedno albo drugie, nie można być trochę w ciąży.”

    Ale mniejszym lub większym szowinistą chyba można być?

    „To że książki mają pewne feministyczne wątki, to wcale nie znaczy, że są z tego powodu z automatu kiepskie (chyba, że ktoś jest aż tak fanatycznym ideologiem i nie potrafi rozrywki oddzielić od poglądów)”

    Ja nie uważam, że ta książka jest kiepska z powodu feministycznych wątków. Jeśli dobrze rozumiem twoją niechęć do Fight Clubu, to mi książka Larssona nie podoba się, z grubsza, z tych samych powodów co tobie Fight Club. Moim zdaniem Larsson, w swojej książce, jest zainteresowany przedstawianiem swoich poglądów i ideologicznych neuroz. Nie chodzi o to, że się z nim kompletnie nie zgadzam tylko, że jak dla mnie on przesadza. Czytając tą książkę miałem wrażenie, że on stoi przede mną, macha rękami i krzyczy: „Gwałt! Przemoc wobec kobiet! Nazizm! Musimy coś zrobić! Szybko! Nim będzie za późno!” i stara się mnie za wszelką cenę zszokować. Ja w tej książce nie widzę skomplikowanej intrygi ani ciekawych postaci, bo wg mnie wszystko jest podporządkowane przesłaniu, które jak dal mnie brzmi jak krzyki ulicznego wariat. I nie to, że mam coś przeciwko podejmowaniu ważnych tematów (typu przemoc wobec kobiet) w fikcji (mniej lub bardziej gatunkowej), tylko że, tak jak powiedziałem, jak dla mnie, Larsson podejmuje te tematy w sposób żenujący.

    „Nie usprawiedliwiałbym nikogo za mszczenie się, tortury, włamania, (próby) zabójstwa itd. To są decyzje podejmowane w tej książce przez kobiece postacie, całkowicie świadomie. Książki mają prowokacyjny charakter: jedni będą usprawiedliwiać przemoc przemocą, a inni będą w trakcie czytania się zastanawiać czy te kobiety faktycznie są aż tak bezbronne i niewinne.”

    Ale musisz chyba przyznać, że kiedy Lisbeth mści się za gwałt, czy Harriet zabija swojego ojca, to jesteś po ich stronie. One odpowiadają na agresję ze strony mężczyzn. Nie są bezbronne, ale na pewno można powiedzieć, że są niewinne. Właśnie o to chodzi, że ich postępowanie da się usprawiedliwić. Żadna kobieta nie robi w tej książce czegoś, o czym dałoby się jednoznacznie powiedzieć (mając świadomość pełnego kontekstu), że jest złe, albo że jest zła.

    „Hehe ;)”

    No to chyba cie nie przekonam, że Se7en i Fight Club są lepsze (albo co najmniej tak samo dobre jak) od Dragon Tattoo :)

    „Musi się postarać, bo czwórka jest najlepsza z całej serii.”

    Spoko, ale powinieneś wiedzieć, że jak obejrzę Protocola i znajdę w nim choćby cień komentarza na temat sytuacji geopolitycznej w Rosji albo promocje scientologii, to wrócę tu i zrobię ci aferę :D

  24. „Ale mniejszym lub większym szowinistą chyba można być?”

    No można, można, jasne…

    „Jeśli dobrze rozumiem twoją niechęć do Fight Clubu, to mi książka Larssona nie podoba się, z grubsza, z tych samych powodów co tobie Fight Club”

    True, true, dlatego obiecuję już zamilknąc na ten temat ……

    „Właśnie o to chodzi, że ich postępowanie da się usprawiedliwić.”

    ..i na ten też ) Bo to zaczyna zupełnie nową dyskusję, w rodzaju „czy można Dextera usprawiedliwić skoro zabija tylko morderców”. Także proponuję w tym miejscu rozejm ;)

    „No to chyba cie nie przekonam, że Se7en i Fight Club są lepsze (albo co najmniej tak samo dobre jak) od Dragon Tattoo :)”

    Pewnie dam tym filmom jeszcze szansę (szczególnie FC), ale czasem jak się uprę co do niektórych filmów to nie ma siły (pozdrawiam w tym miejscu tych co dyskutowali ze mną na temat „Źródła” Aronofsky’ego :P).

    „Spoko, ale powinieneś wiedzieć, że jak obejrzę Protocola i znajdę w nim choćby cień komentarza na temat sytuacji geopolitycznej w Rosji albo promocje scientologii, to wrócę tu i zrobię ci aferę”

    Ależ proszę bardzo, ktoś musi rozkręcić towarzystwo ;P

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s