Django Unchained (2012, Quentin Tarantino)

Django *****

Django-Unchained-Poster

Niedorzecznie dowcipny, piękny, uderzający i prowokujący – w swoim najnowszym filmie, Quentin Tarantino oferuje nam zupełnie odwrotny wariant kinowej rozrywki na zimę niż Peter Jackson z jego równie monstrualnym „Hobbitem”. Obraz Jacksona był długą podróżą do kinematograficznego nieba: znanego, przyjaznego i bezpiecznego świata, który wszyscy kochają miłością nie umniejszoną praktycznie od dekady. Prawie trzygodzinny western Quentina jest jego rewersem: twórca „Pulp Fiction” zaczyna swoją opowieśc jak podziwaczony przygodowy western w stylu swoich „Bękartów wojny” (które – nie zapominajmy – też są westernem, mimo że ich akcja rozgrywa się we Francji czasów II wojny światowej), ale w połowie  filmu czyni zwrot, który zmienia wszystko. Od momentu, kiedy na ekranie pojawia się postać hedonistycznego, folgującego sobie rasistowskiego plantatora granego przez Leonardo di Caprio, Quentin zaprasza nas na wycieczkę przez sam środek piekła. Bez pasów bezpieczeństwa, bez hamulców i bez kultury popularnej, która dotychczas stanowiła jego największy oręż. 

Jeżeli „Django” jest arcydziełem – do czego po pierwszym seansie nie jestem przekonany – to są ku temu całkiem niezłe argumenty. Obserwacje są smutne: Polacy się tym filmem nie zachwycili, a znajomi bloggerzy stawiają jakieś marne siódemki i oczekują, że film będzie podobnym, podniecającym jak aksamit kotłem popkulturowych żartów uber-filmowego geeka jak „Bękarty wojny”. Filmem, w których bohaterowie oprócz naprawiania złego świata będą też cały czas rozmawiać o filmach i przy pomocy tychże filmów i równie filmowych chwytów, uda im się zrealizować ich godną pochwały wielką misję. W przypadku”‚Django” tego oręża w postaci taśmy azotanowej nie ma i rzecz jasna, być nie mogło. Chyba po raz pierwszy w karierze, owy enfant terrible kina, musiał pokornie ukłonić się historii i z odpowiednim wyczuciem i szacunkiem wkroczyć na grunt, który nie jest wcale taki ani dla niego, ani dla nikogo innego, pewny (historii o II wojnie światowej powstało już tyle, że bez oburzenia, Tarantino mógł się nimi zabawić).

Owszem, mieliśmy już parę filmów o problemie niewolnictwa na amerykańskim południu: rasistowski, choć wciąż pozostający na liście bardzo ważnych technicznych osiągnięć obraz „Narodziny narodu” z 1915 roku (na tym filmie niżej podpisany odkrywał właśnie czym jest magia kina), czy słynny patetyczny do zobrzydzenia „Amistad” Stevena Spielberga. Tarantino nie idzie w żadną z tych stron: tworzy pierwszy, mainstreamowy komediowy film typu action-adventure, który z jednej strony nie deprecjonuje wartości tragedii, jaką biali ludzie południa Ameryki zgotowali czarnym, ale z drugiej daje im inspirującą, dowcipną do granicy przyzwoitości, heoriczną opowieść o wyzwoleniu i przebudzeniu się świadomości wolnego człowieka.

Brzmi poważnie? Bo jest. „Django Unchained” w zdumiewający sposób staje się ważnym krokiem nie tylko dla samego Tarantino (to jego pierwszy, pełnoprawny dramat), ale ważnym i potrzebnym momentem dla historii Amerykańskiego kina. Filmem rozliczeniowym, który nie stroni od horroru historycznych realiów, ale jednocześnie przyjaźnie zaprasza widza do dobrej zabawy i spędzenia miłego czasu w kinie. Ale właśnie dzięki temu,”‚Django” ma szansę stać się prawdziwym momumentem hollywoodzkiego kina epickiego. O ile „Bękarty wojny”  ostatecznie nie wychodziły poza zabawę w mruganie okiem i przygodową rewanżystowską bajkę (mimo, że zaczynają się oszałamiającą sekwencją ukazującą horror nazizmu), o tyle „Django Unchained” ucieka od wątku zemsty i pokazuje, że to nie przez krew dokonuje się ostateczne odkupienie, ale przez miłość. I że to prawo do miłości jest tym, co czyni człowieka wolnym, a nie fakt, że może on w ramach zemsty zabić kogo ma tylko ochotę (trzeba pamiętać, że małżeństwa czarnych były w tamtych czasach instytucją zakazaną przez obowiązujące prawo). 

Niektórzy oczywiście jawnie protestują: ten film jest zbyt krawawy. Mój argument jest prosty: nie widziałem spielbergowskiego „Lincolna”, ale nie wierzę, że w jakikolwiek sposób ten film ukaże fizykalny, dotkliwy dla widza aspekt tortur i okaleczenia ludzkiego ciała, tak jak nie boi się to pokazać film twórcy „Kill Billa”. Na tym polu „Django” koreluje z „Różą” Smarzowskiego (która też jest przecież westernem!). Naturalizm jest jednym ze środków stylizacyjnych odzwierciedlających temperament reżysera, tak samo jak kolorystyka zdjęć, dobór muzyki, czy humorystyczne wtręty zmieszane z tragiczną narracją. I podobnie jak „Róża” dla Wojciecha Smarzowskiego, tak „Django” jest dla Quentina Tarantino najdojrzalszym i nabardziej ludzkim filmem w jego karierze. 

A opowieść? Ta jest oczywiście prosta, a zaczyna sie tak: ex-dentysta, niemiecki łowca głów, dr. King Schultz (Christoph Waltz) przemierza południe Ameryki. Pewnej nocy –  w wyniku bardzo wymuszonej, powiedzmy, „transakcji”- ratuje z niewolniczego konwoju niejakiego Django (grany przez Jamiego Foxxa). Szybko tworzą zgrany, kumpelski duet oparty na prostej umowie: Django pomoże Kingowi znaleźc ludzi, za których głowy dostanie pokaźną sumkę pieniędzy, zaś Schultz pomoże Django odnaleźć jego żonę, która została sprzedana zupełnie innemu właścicielowi niż on.

Jak zawsze, Tarantino szybko daje nam do zrozumienia z jakimi ludźmi mamy do czynienia. Schultz to interesant, nie interesuje go polityka, nie jest ani szlachetnym oswobodzicielem uciśnionych, ani rasistowską szują, jak rozpasana, arystokratyczna kasta plantatorów. Dla niego martwe zwłoki to martwe zwłoki, głowa to głowa, wystarczy strzelić, wycwanić się przed zszokowaną gadziną odpowiednimi papierami i jechać odebrać złoto. To właśnie on zachowuje spokój i chłodną logikę, kiedy Django waha się albo dopuszcza czynów iście impulsywnych i nieprzemyślanych (jak tego oczekujemy: zrobiono w końcu z niego podludzia, psychicznie i fizycznie zamęczonego na amen). Przejażdżka na farmę Calvine’a Candiego (Leonardo Di Caprio) miała być tylko zwykłą maskaradą w załatwienie transakcji, jedna transakcja miała być zaledwie przykrywką pod transakcję zupełnie ważniejszą. Wszystko zamienia się oczywiście (podobna jak w „Bękartach”) w akcję infiltracji terytorium wroga.

Jednak podobnie jak przypadkowy interesant-wyzwoliciel, Oscar Schindler (z oscarowego filmu Spielberga o jego losach), Schultz, dopiero kiedy na własne zobaczy, do czego zdolny jest ten rasistowski skurwiel z candielandu, zrozumie, na czym ten „czarny holocaust” polega i z jak wielką pomyłką ludzkości mamy tu de facto do czynienia (niesamowity jest moment w filmie, kiedy widać tę dramatyczną przemianą, kiedy mu już przestaje zależeć na handlowych uprzejmościach). Jednym z najciekawszych aspektów „Django Unchained” jest to poczucie obcowania w społeczeństwie, w którym gladiatorskie walki mandingo i kastowy system podziału na panów i służbę, równych i równiejszych, lepszych i gorszych, funkcjonuje jako coś najzupełniej normalnego w społeczeństwie. Bohaterowie zachowują się dokładnie w taki sposób, jakby pogodzili się z faktem, że tak już będzie na zawsze. Jesteśmy na 2 lata przed formalnym rozpoczęciem wojny secesyjnej – nikt nie myślał i nie miał pojęcia, że w ogóle do niej dojdzie.

Żeby zrozumieć ten świat w pełni, należy zrozumieć jaką pozycję zajmuje w nim postać grana przez Samuela L. Jacksona: niewolnika, który karze, pilnuje i de facto zarządza innymi niewolnikami, wtedy kiedy jego pan, swoisty Ludwik XIV czasów niewolnictwa Calvin Candie, pasjami obserwuje śmiertelne walki czarnych w stylu mandingo. Na pewnym poziomie, to właśnie on staje się największym villainem filmu.  Desperatem, który w pewnej chwili wreszczy do tytułowego bohatera: „Django, you uppity son of a bitch!”. W amerykańskim języku potocznym istnieje sformułowanie „Uppity black man”, które oznacza nieustraszonego czarnego człowieka, który zamierza brutalnie rozprawić się z uprzywilejowanym statusem quo starych, białych obywateli. Odwet czarnych – narodziny nowej przemocy – Tarantino ukazuje przez narodziny gangsta: w tle słychać nawet rapowo/hip hopową muzykę. 

Ale przede wszystkim, „Rozłańcuchowany Django” , jakbyśmy go przetłumaczyli na nasze, próbuje nie tylko stwierdzić, że niewolnicwo było złe. Tarantino scena po scenie, próbuje oddać cały (komediowy  i dramatyczny) absurd samej idei niewolnictwa per se. Na przykład jest taka uderzająca do bólu, elegancko sfilmowana sekwencja (w tle przepiękne „Ancora Qui” Ennio Morricone), w której służący przygotowują posiłek w domu Calvine’a. Do widza trafia pytanie niczym grom z nieba: po to było to wszystko? Poświęcamy rodziny, miłości, związki, szczęście, marzenia i godnośc tylu ludzi, po to aby narcystyczny pajac (który nazywa swojego Murzyna per „D’artagnian”, nie wiedziąc, że Dumas był czarny) mógł zjeśc wykwitny obiad ze swoimi goścmi? Czy nie ciężko o większy bullshit w historii ludzkości?

Tarantino potrafi tę historyczną pomyłkę również w brawurowy sposób obśmiać: w bodajże najlepiej wyreżyserowanej komediowej scenie jaką widziałem od bardzo dawna,  w której protoplaści Ku Klux Klanu mają zabójczo idiotyczną dyskusję na temat źle wykonanych worków na głowę. Nagle widz zdaje sobie sprawę, z jak banalnie ludzkim, kretyńsko tępym złem mamy tu do czynienia. „Django” daje nam w ten sposób pewne moralne katarshis, oczyszczający kawał kina, na którym śmiać mogą się wszyscy, w takim samym stopniu, w jakim wszyscy mogli się dobrze bawić na „Bękartach wojny”. I przy okazji tworząc superbohatera rasy czarnych, legendę na swoje czasy, bo ostatecznie, mimo, że to od białego bounty-huntera rozpoczyna się historia ocalenia, to „nigro” Django, staje się tym docelowym, totalnym bohaterem tej opowieści.

A wszystko to jest podane w tak rozkosznej oprawie majstersztyku filmowego teatralizmu, że chwilami szczęka opada. Struktura środkowego aktu filmu zbudowana jest na identycznej zasadzie co sekwencja w oberży paryskiej z „Bękartów wojny”. Jednakże o ile tam od momentu rozpoczęcia niewinnych rozmów do wybuchu agresji mija jakieś pół godziny, o tyle w ‚”Django'”chwyt ten posunięty jest do poziomu ekstremum. czekamy w nerwach dobrą godzinę (lub więcej) odkąd bohaterowie zostają przedstawieni Calvinowi w jego luksowym apartamencie aż do chwili, kiedy nawarstwianie kłamstw, fałszywych gestów i niezręczności sięga swojego apogeum.

Jeżeli miałbym wobec tego filmu jakiekolwiek „ale” to czepiałbym się przede wszystkim roli Leonadro Di Caprio, który w kilku pierwszych swoich scenach wydaje się starać aż za bardzo, żeby być genialnym, do poziomu istnego przeaktorzenia (ale szybko się przyzwyczaiłem, w dalszej części jest absolutnie wyborny), jednak to i tak małe piwo w porównaniu z tym, jak zgrzyta w tym filmie końcówka. Dokładnie od momentu, kiedy na ekranie pojawia się sam Quentin Tarantino (jest to fatalna, najgorsza rola z całego filmu, i być może nawet z całej filmografii Quentina-reżysera) posługujący się jakimś koszmarnym, australisjkim akcentem. Aż do samego końca, miałem wrażenie jednej wielkiej kontradykcji wszystkiego, co Tarantino osiągnął przez pierwsze dwie godziny i 15 minut filmu. „Django” traci tempo i napięcie, a na ekranie dokonuje się totalna dramaturgiczna rozsypka, na dodatek uwieńczona kiepskim, uśmiechniętym rewanżystowskim happy endem, który tak poważnemu tematowi zwyczajnie nie przystoi.

To jednak rzekłszy, bawiłem się znakomicie. Celowo omijam tutaj całą dyskusję na temat ewentualnej spaghetti-westernowości tego filmu: uważam  to za najmniej ważny aspekt ‚Django Unchained”. Owszem, „Django” wykorzystuje typową dla tego gatunku epicką, operową i rozbuchaną formę celebracji scen, dialogów i budowania napięcia najdrobniejszymi zmianami na ekranie. Ale ostatecznie, film jest przede wszystkim interesującym zmierzeniem się z historycznym problemem niewolnictwa i w ten sposób chciałbym, aby widzowie ten film oglądali. Dla Quentina konkluzja jest jasna: jeśli opowiadać o tych czasach w formie kina gatunkowego, to full on, bez wstydu ukazując ich piekło. W końcu sami je stworzyliśmy i sami je zaakceptowaliśmy. Skoro podaliśmy rękę samemu diabłu, pora odważnie uśmiechnąć się i stawić mu czoła na wielkim panoramicznym ekranie w kinie. 

szymalan

Reklamy

4 thoughts on “Django Unchained (2012, Quentin Tarantino)

  1. Świetnie napisana recenzja. Zgadzam się z Tobą, ja również doskonale się bawiłem na tym filmie, choć przyznaję że zakończenie faktycznie mogło być lepsze (Quentin w obsadzie również i mnie rozczarował). Tarantino nieźle manewruje tu pomiędzy prawdą (nie wiedziałem wcześniej, że Dumas był czarny) i fikcją (użycie dynamitu przed wojną secesyjną). Jest wiele lepszych westernów i spaghetti westernów, ale wśród filmów Tarantino „Django” i tak zajmuje u mnie miejsce na podium (lepsze są według mnie tylko „Pulp Fiction” i „Bękarty wojny”).

    • dzięki :) Niezła uwaga z tym użyciem dynamitu, jakoś nie zwróciłem na to uwagi. To tylko kolejny dowód jak świetną symbiozą fantazji i prawdy są filmy Quentina, i jedno drugiego nie wyklucza. U mnie również tak by wyglądało podium, nie umiałbym bym sie zdecydować pomiędzy Bękartami a Pulp Fiction, ale na 3 miejscu zdecydowanie „Django” (póki co, zobaczymy jak po kolejnych seansach;)
      pozdrawiam

  2. Róża westernem?! Wytłumacz mi to, proszę!:)

    Dla mnie narzekanie, że Django ocieka krwią, jest niedorzeczne. To znak rozpoznawczy jego kina. Intrygujący, szalony i słodki zarazem. Jedyna taka stylistyka, w której krew śmieje się sama z siebie i swojej sztuczności. I to jest obłędnie dobre.

    A do recenzji powiem tyle: powinieneś pisać do gazet, i to wcale nie polskich. Jesteś sto razy lepszy od wszystkich polskich krytyków razem wziętych.

    • ojejejej Klapserko bo się zarumienię :-)) dziękuję bardzo :)

      a co do „Róży” – oczywiście akcja filmu nie rozgrywa sie na dzikim zachodzie, ale i stylistycznie, i fabularnie ten film jest bliski sercu westernów. Prowincjonalne, puste, rozległe przestrzenie z dala od cywilizacji, bohater , który „przybywa z nikąd” do miasteczka, staje się obrońcą uciśnionych, takich „ostatnim sprawiedliwywm” w świecie, w którym zło panoszy się bez żadnego konkretnego nadzoru prawa (istnieje podział na dobro i zło). odwoływanie sie do takich wzorców jak honor, szlachetność, męstwo itd obowiązkowe bójki, walki A pod koniec jest nawet scena z pociągiem, a to też typowy środek transportu przezentowany w amerykańskich westernach :)

      pozdrowienia:-)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s