Bez końca (1984, Krzysztof Kieślowski)

Bez końca *****

7432002.3

Jeden z mniej znanych filmów Krzysztofa Kieślowskiego, ale to nie znaczy, że słabszy niż reszta. Wręcz przeciwnie – „Bez końca” z wielu powodów powinno być zaliczane do must-see reżysera. Po pierwsze dlatego, że to pierwszy film, przy którym reżyser „Dekalogu” podjął się współpracy z Krzysztofem Piesiewiczem (napisali wspólnie 17 scenariuszy) oraz Zbigniewem Preisnerem, przyjecielem i stałym kompozytorem Kieślowskiego. Po drugie – bo to ciekawy film od strony politycznej: Kieślowski zrealizował „Bez końca” w okresie stanu wojennego w Polsce, zaś jego komentarz do sytuacji społecznej okazał się bardzo niejednoznaczny. Moralny wybór, jakiego podejmują się bohaterowie, można postawić na równi z niełatwymi wyborami wyjętymi wprost z „Dekalogu”. Żadna ze stron życia politycznego nie zostaje tu pogłaskana po głowie, żadna jednoznacznie potępiona. Dlatego też, jak wspominał Kieślowski: „zarówno władza, opozycja, jak i Kościół – wszyscy ten film potępili. Wszyscy poza widzami”. Wreszcie, po trzecie – dlatego, że film ciekawie poczyna sobie z kinową narracją: rozgrywa się równocześnie na trzech bezustannie krzyżujących się płaszczyznach – politycznej, psychologicznej i metafizycznej.

Spoiwem łączącym wszystkie te wątki jest postać Antka, zmarłego adwokata zaangażowanego w obronę działaczy „Solidarności” (Jerzy Radziwiłowicz). W czasach, w których  przyklejenie plakatu, uliczne graffitii o tematyce opozycyjnej, nie mówiąc już o organizacji strajku, automatycznie kawalifikowały się jako sprawy składane do prokuratury, ktoś musiał z rozsądkiem bronić zawziętych idealistów, takich jak tutejszy filmowy Dariusz (grany przez Artura Barcisia). Jednak już na samym początku filmu dowiadujemy się o śmierci Antka, która do końca projekcji wydaje się nieco enigmatyczna. Oto sam bohater – jak rozumiemy, prawdopodobnie jego duch – stawia siebie przed ekranem i informuje nas o swoim odejściu – od tej pory będzie nie tylko obserwatorem niedokończonych spraw, które pozostawił po swoim życiu, ale i świadomym kontrybutorem, rodzajem demiurga mającego wpływ, na to co będzie.

Dwie sprawy, które mimochodem muszą się odnaleźć w świecie bez Antka to przede wszystkim: a) pozostawiona przez niego rodzina – żona, Urszula (Grażyna Szapołowska), która coraz bardziej zdaje sobie sprawę z wielkości swojej straty i poczucia tęsknoty za mężem, oraz syn, który długo zdaje się nie rozumieć co się tak naprawdę stało (jak mówi sam Antek: dopiero na pogrzebie zapłakał); b) związana z adwokackim zawodem sprawa Dariusza, którą przejmuje jego mentor , mecenas Labrador (Aleksander Bardini), zasugerowany żonie oskarżonego przez samą Urszulę.  To właśnie Labrador urasta w swoich scenach na najciekawszą postać całego wątku politycznego: czy faktycznie jest tylko oschłym pragamtykiem, dla którego ważny jest finalny efekt w sądzie i wygrana sprawy, czy też rzeczywiście zależy mu na dobru bronionego chłopaka, który zorganizował strajk, mimo, że nie należał do „Solidarności”? Narysowany przez ducha Antka znak zapytania na spisie obrońców obok Labradora mógłby sugerować, że wybór starego wygi nie musi być aż tak jednoznacznie dobry. Choć też jednoznacznie zły również.

Sprawa ta jednak – tylko przez osobę Antoniego – ledwie pośrednio dotyczy w jakikolwiek sposób Urszuli. Kobieta popada w coraz większą depresję: przypadkowa przygoda z anglojęzycznym mężczyzną czy próba terapii polegającej na usunięciu z pamięci informacji o istnieniu jej zmarłego męża, działają na nią jak mocno rzucony bumerang: wszystko wraca z jeszcze większą siłą, powodując kolejną lawinę wspomnień i pogłębiając beznadziejne poczucie samotności i tęsknoty. Psychologiczno-refleksyjna warstwa filmu Kieślowskiego nadaje politycznym przepychankom ludzkiej, emocjonalnej siły. Ale może właśnie o to Kieślowskiemu chodziło: idealistyczny, gotowy rozpocząć głodówkę Dariusz, wydaje się zapominać o własnej rodzinie. Może to właśnie ci, którzy potrafią w tych nie ludzkich czasach dalej kochać a nie tylko stanąć i krzyczeć, z łatwością dzieląc ludzkość na dobrych i złych (a jak mawia Labrador: „pomiędzy zaprzeć się a nie zaprzeć jest jeszcze dużo miejsca”), są prawdziwymi największymi bohaterami tych czasów?

„Bez końca” ogląda się jak relację z pogrzebu: szarośc czasów stanu wojennego i szarość tzw. codziennego życia, znakomicie oddaje bardzo wycofana warstwa stylistyczna filmu (jest świetnie zmontowany, choć oszczędny jeśli chodzi o same zdjęcia), ale jednocześnie niemal bombastyczna, bardzo żałobna muzyka Zbigniewa Preisnera, sprawiają, że „Bez końca” stają się nie tyle kawałkiem storytellingu, co wprowadzeniem w stan uczuciowy głównych bohaterów. Choć metaficzna część filmu może się chwilami wydawać jako niewiele wnosząca do całości, to jednak w – absolutnie dewastującym – finale, znajduje swoją właściwą konkluzję. Jeszcze nigdy Kieślowski nie był bardziej surowy wobec czasów, o których opowiadał.

szymalan

Film „Bez końca”, możecie zobaczyć na portalu wideo na życzenie iplex.pl (wystarczy kliknąć w obrazek, który prowadzi prosto do filmu):

iplex_2

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s