Skyfall (2012, Sam Mendes)

Skyfall ******

Mroczny, epicki i elegancki w iście brytyjskim stylu: nowy film z przygodami agenta 007 to nie tylko swoisty event, rodzaj pamiątkowej, lśniącej pocztówki okolicznościowej na huczny i medialny jubileusz 50-lecia pierwszej kanonicznej ekranizacji powieści Iana Fleminga, „Dra No”. „Skyfall” oczywiście wpisuje się w to wielkie świętowanie: pełen jest – jednak nieprzypadkowej dla sensu fabuły – nostalgii i hołdu za dotychczasowym dziedzictwem Jamesa Bonda, ma również ładny znaczek tuż przed napisami końcowymi uwieczniający fakt, że data premiery filmu zbiegła się z wielką rocznicą. Jednak przede wszystkim „Skyfall” to być może najlepszy przykład prawdziwego współczesnego kina akcji – blockbuster bez fałszywej nuty, film, który świetnie łączy stare spojrzenie z nowym, gigantyczny obraz który zaprasza do swojego świata bez nachalności i pretensji do sięgania po ambicje z wysokiej półki. „Skyfall” bawi i relaksuje w sposób, który sprawia, że widz ma największą na świecie ochotę porzucić zmysł cynicznego krytyka, i po prostu wyłączyć się i oddać w pełni nurtowi wspaniale poprowadzonej narracji. 

Przed Samem Mendesem była wysoka poprzeczka: nie da się ukryć, że to prawdopodobnie jedyna seria kinowa, która posiada do dzisiaj taką żywotność. Wszyscy chcą Bonda oglądać i o nim mówić. Wyraźnie dało się to wyczuć na sali tuż przed rozpoczęciem seansu i tuż po nim, kiedy tłum udał się do wyjściowego korytarza. ‚Skyfall” budzi wiele emocji nawet wśród widzów specjalnie chętnie do kina nie chadzających: ktokolwiek w ogóle wyobraża sobie -nikomu nie ubliżając – 23. część „Matrixa” lub 23. część „Transformers”? Mendes na całe szczęście jest prawdziwym reżyserem: człowiekiem, który doskonale rozumie, że żadna scena akcji ani żaden film akcji(sensacyjny) nie będzie działał, jeśli w jego korzeniach nie znajdzie się miejsce dla ludzkich dylematów, dramatów i relacji. I na tym twórca „American Beauty” i „Drogi do szczęścia” opiera swojego filmowego Bonda (nawiasem mówiąc poprzedni dramatyczny reżyser bondowski – Marc Forster,  twórca „Marzyciela” i „Chłopca z latawcem” – nie okazał się za dobrym eksprymentem studia, zrozumiałe więc mogły być obawy wobec „Skyfall”). 

Jako poważny twórca (ale też i wspaniały fanboj!) Mendes nie marnuje więc czasu widza (a jest go dośc, bowiem „Skyfall” to przejażdżka na dobre 2,5 godziny) i wykorzystuje swoją – być może jedyną w karierze – okazję, aby zadać sobie dwa ważne bondowskie pytania i przepracować je na swoim mistrzowskim poziomie na przestrzeni całego filmu: dlaczego Bond jest tak nieśmiertelną legendą (i w ramach tego problemu: co czyni Bonda Bondem i legendą Bonda) oraz pytanie o charakter relacji pomiedzy 007 a jego szefową w wywiadzie, M. (cudownie zagraną, zwłaszcza a tym konkretnym filmie, przez Judi Dench). A wszystko to Mendes czyni tak niezauważalnie lekką reką, że dopiero po seansie, kiedy pokończy się cała ta majster-dokładna mega rozwałka, dochodzi do widza, że właśnie zobaczył najgłębszego Bonda w historii, i prawdopodobnie jeden z najciekawszych psychologicznie filmów akcji w ogóle.

Co to wszystko znaczy dla „Skyfall”? Cóż, jak stwierdziliśmy z moim przyjacielem po wyjściu z kina: ten film jest jednocześnie bardzo niebondowski, a jednoczesnie bardzo bondowski za razem. Bondowskie są oczywiście sceny akcji, drogie garnitury, uroczy product placement, bondowska jest piosenka odśpiewana przez Adele w trakcie hipnotyzującej animowanej czołówki (nie będę jej opisywał, bo to trzeba zobaczyć samemu) i w ogóle muzyka (napisana przez Thomasa Newmana, którego wczesniej nie podejrzewałem o taki talent do kina akcji), bondowski jest również i sam James Bond, który oddany jest w służbie dla swojego kraju, jest inteligentny, przebiegły, waleczny, silny, odważny, pije wstrząsnięte ale nie zmieszane Martini, przedstawia się per „My name is Bond. James Bond” (jak ktoś się nie zaśmiał na tej kwestii to chyba zasnął w kinie, albo urodził się wczoraj), czy poprawia ułożenie marynarki w trakcie wielkiej sceny akcji na pędzącym pociągu. Jest również i znakomity czarny charakter, definitywnie najlepszy z wszystkich Bondów Daniela Craiga, a niektórzy śmiało twierdzą, że najlepszy w ogóle.

Mendes wprowadza nieobliczalnego Javiera Bardema na ekran przy pomocy absolutnie FANTASTYCZNEGO ujęcia z oddali w pewnej wielkiej hali i długiej, kapitalnie napisanej przemowy złoczyńcy do naszego agenta 007. Ale i tak najlepsza jest rozmowa pomiędzy nimi chwilę później (powiem w ten sposób: tak homoerotycznego, niezręcznego napięcia się nie spodziewałem, a panowie grają w tej scenie z iście szekspirowską gracją dając widowni tony powodów do przerażenia i śmiechu zarazem). Rola Bardema bywa w recenzjach porównywana do Ledgerowskiego Jokera, tak jak „Skyfall” do samego „Mrocznego rycerza”, jednak postać Silvy posiada – wbrew prawu serii, gdzie dominują dziwolągi z przerostem ambicji o władzy nad światem) ciekawe motywacje, historię z przeszłości, która wpłynęła na jego dzisiejszą bezprawną, znajdującą się poza wszelką kontrolą, działalność. 

I tu w zasadzie ten film zaczyna się robić naprawdę fascynujący: pomysł na złoczyńcę polega na tym, że pochodzi on niejako z tego samego miejsca, co sam James Bond, i posiada równie synowsko-matczyne powiązania z M, co główny bohater. To własnie wtedy poprowadzony z niezwykłą gracją „Skyfall” nabiera dziwności i krawędzi, która stanowi niespodziewaną odpowiedź na niespodziewane w kinie mainstreamowym pytania: skąd bierze się zło z tego filmu i dlaczego nieobecny wskutek pewnych wydarzeń z otwierającej sceny akcji Bond, powraca do służby. Zarówno Bond jak i Silva są na pewnym dośc istotnym poziomie dwoma połówkami tej samej persony, wychodzą z tego samego źródła, ale pewne późniejsze decyzje uczyniły ich dzisiaj takimi, a nie innymi ludźmi . Choć nadal pozostawiły maminsynkami w rękach M. –  dorosłymi facetami, których jedynym celem aktualnie w życiu jest albo służba lub zemsta: obydwie wobec jedynej im bliskiej kobiety, własnie M. 

I ta właśnie tematyczna spójność sprawia, że Bond staje się bardzo niebondowski i przesuwa się w stronę prawdziwej wielkości: nie tracąc nic z rewelacyjności widowiska, Mendes kroczek po kroczku rozkłada akcenty tam, gdzie się niekoniecznie tego spodziewamy, grzebie w przeszłości, mówi nam wprost o starości, wyczerpaniu i zmęczeniu, zadaje pytanie o to, kto dzisiaj potrzebuje superherosa z gadżetami w rodzaju eksplodujących długopisów (jak uroczo komentuje młodziutki i sympatyczny Q, przepysznie grany przez Bena Whishawa: „Już się w to nie bawimy”). Mendes rozumie, że nie można już dzisiaj wciskać kitów z samochodami, które znikają. W czasach świadomościu technologicznej i posiadania przez każdego człowieka telefonu komórkowego i 24/7 dostępu do Internetu, nie ma już żadnych wiarygodnych gadżetów, które zrobią na kimkolwiek wrażenie, nie ośmieszając samych twórców filmu (znak czasów: W Casino Royale Bond korzystał z telefonu komórkowego, w tym filmie jest to oczywiście reklamowany przed pokazem smartfon marki Sony). Również sam villain mógłby podać sobie rękę nie tyle z Jokerem (ach, te kosmiczne ułożenie włosów!), ale z bohaterami ostatnich dwóch filmów Davida Finchera – to w pierwszej kolejności otoczony okablowanymi komputerami haker, udowadniający, że najwazniejsza wojna przeniosła się dzisiaj z ulic do cyberprzestrzeni. 

Sam Bond się zestarzał, posmutniał i nabrał silnej samo świadomości. Stał więc widowni bliższy niż kiedykolwiek.: złamany, ludzki, zdolny do błędu i pełen wątpliwości. Niczym Bruce Wayne z „Mrocznego rycerza powstaje”, Bond znajduje się w idealnej pozycji dla masterplanu orkiestrującego sytuacją czarnego charakteru. Paradoksalnie, oddalając się od kanonicznego wizerunku Jamesa Bonda, Bonda przybywa, z komiksowej postaci, pojawia się przed nami człowiek, któremu zaczynamy autentycznie kibicować, kiedy widzimy jak zależy mu na życiu bliskich mu osób (a było już takich kilka od czasów CS). To Bond, który odczuwa ból: tak fizyczny, jak i emocjonalny (pojawiają się aktualnie w jego życiu 3 kobiety: każda uzależniająca, każda pełna wad lub niedoskonałości). 

Na koniec muszę dodać jeszcze jedną wazną rzecz, żeby nie sprawa nie wyglądała jak recenzja scenariusza lub książki: „Skyfall” to najpiękniejszy wizualnie film akcji, jaki oglądałem w życiu. Mendes nie tylko okazał się wybitnym inscenizatorem (wspomnianie ujęcie wprowadzające Javiera Bardema, kapitalny spacer po kasynie z agentką MI6 z kamerą równolegle do bohaterów przetaczającą się po budynku, podczas gdy każdy z nich sukcesywnie rozdziela się i powraca znów do swojej pary, czy nieustannie korzystanie z Nolanowskich recept na równoległe montaże w sekwencjach akcji), ale wprowadził na pokład chyba najzdolniejszego operatora współczesnego kina amerykańskiego: Rogera Deakinsa. To, czego ten facet tu dokonuje, zasługuje na Oscara i na korepetycje dla samego Wally’ego Pfistera. Deakins tak odważnie operuje kolorami i cieniami (walczące cienie bohaterów na tle przepięknie błętkinych neonów przedstawiających gigantyczne meduzy na oknach biurowca), że chwilami miałem wrażenie oglądania niezależnego, artystycznego filmu, wizualnie ocierającego się chwilami nawet o malarstwo czy animację. Istne cudo, które podziwiać należy tylko na dużym ekranie.  

Mendes znakomicie prowadzi opowieśc, zamiast biegunki pościgów i strzelanin, pozwala scenom wybrzmieć do końca, szanując każdą chwilę, jaką widz spędzi w kinie. Reżyser dokonał niesamowitej rzeczy: „Skyfall” to kompletny triumf od pierwszego do ostatniego ujęcia, który śmiało mógłby – gdyby Akademia miała na tyle odwagi i zrozumienia popkultury – startować do głównych przyszłorocznych Oscarów, co oczywiście się nie stanie.  Wchodząc na osobistą nutę: dawno nie byłem na filmie zrobionym za tyle pieniędzy, na którym mogłem tak totalnie się zrelaksować i nie martwić o jakikolwiek element , jaki oglądam na ekranie. 

Bo wszystko w „Skyfall” jest po prostu świetne. 

szymalan

Film możecie znaleźć w sklepie internetowym FilmFreak (link w formie poniższego obrazka):

filmfreakpolska-1349346009_600

 

Reklamy

6 thoughts on “Skyfall (2012, Sam Mendes)

  1. No to nie pozostaje mi nic innego jak tylko wybrać się do kina :) Sześć gwiazdek to u Ciebie chyba maksymalna ocena, sugerująca że mamy do czynienia z arcydziełem. Trudno mi w to uwierzyć, psychologia w filmie o Bondzie może wszystko zepsuć :) No ale wkrótce, jak znajdę te 2,5 godziny wolnego czasu, to postaram się obejrzeć i sam się przekonam.

      • No i obejrzałem ten film i przyznaję rację – film Mendesa jest po prostu rewelacyjny. Mało tego, uważam w tej chwili, że to najlepszy film z całego bondowskiego cyklu (a widziałem wszystkie poprzednie części). Mendes udowodnił, że mimo iż seria ma ponad 20 części nadal można z tego typu kina wiele wycisnąć i zaskoczyć widzów. Naprawdę jestem pod wrażeniem i czekam z niecierpliwością na kolejną część.

        • a jednak :D no to skoro taki znawca się zgadza, to ja już jestem absolutnie spokojny w swoim przekonaniu o znakomitości tego filmu:) również czekam na ciąg dalszy. pozdrawiam!

  2. A mi nie pozostaje nic więcej, jak tylko zgodzić się ze wszystkim co napisałeś. I tyle, bo jeśli zacząłbym pisać więcej, to zaraz rozwinąłbym się znów na długość wpisu na moim blogu. A i to byłoby mało, bo o „Skyfall” można pisać i pisać, i nadal nie dotknie się wszystkiego, co warte jest wymienienia. A ilu z pojawiających się w naszych kinach filmom akcji się coś takiego udaje? No właśnie.
    A, i choć rozpisałeś się na więcej niż trzy akapity, to jak najbardziej nadal jest to konkret ;)

    Pozdrawiam!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s