The Hunger Games (Gary Ross, 2012)

Igrzyska śmierci ****

Idę do kina z lekko skwaszoną miną. To co reklamują mi bowiem od kilku tygodni twórcy „Igrzysk śmierci” nie wygląda dobrze- wygląda na kolejny „Zmierzch”.  Kolejna saga dla młodzieży, kolejna produkcja fantasy, kolejna gadżetowa machina żerująca na biliardowej popularności pewnej powieści. Poza tym fabuła zapowiada przecież produkt straszny: film o młodych ludziach walczących ze sobą na śmierć i życie, podany nam jako błyszczący blouckbuster, który reklamuje się wszędzie i ma dużo zarobić? Jakby było i mało „zachęty”:  wszystko to razem trwa 2,5 godziny co razem z blokiem reklamowym daje mi niemal 3 godziny spędzone na czymś bardzo nieciekawym. Czyżby?

Jestem więc  na tej sali, gasną światła i od tej chwili moja cyniczna twarz co raz bardziej pełna jest autentycznego zdumienia. To, co zastałem przez najbliższe 2,5 godziny nijak ma się do moich obaw i oczekiwań. Oczywiście film jest wielki, drogi i ma efekty specjalne (nawiasem mówiąc, dość kiepskawe niestety). Są gwiazdy w rolach głównych i jest happy end. Czego tu jednak – i co zaskakuje –  nie ma? Przede wszystkim nie ma hollywoodzkiego chowania dramatu za konwencją. Nie ma comic reliefów (tonacja przez większość seansu jest śmiertelnie poważna), które powinny się zgodnie z prawidłami nowoczesnej narracji co jakiś czas pojawić, nie ma scen akcji służących tylko temu, aby wyglądać cool i usprawniać tempo filmu. Nie ma wreszcie hollywoodzkiej elegancji stylu, oswajania płaską, schematyczną narracją łez, przemocy i śmierci.

Po pierwszej połowie seansu byłem skłonny przyznać 5,5 gwiazdki: tempo i rozłożenie ekspozycji jest tak ekscytujące, że łatwo przeoczyć w którym momencie w oczach widza mogą się pojawić oznaki wzruszenia. Nie mam pojęcia czy jakiekolwiek inne studio (film wyprodukowała Lion Gates Films, która specjalizuje się w horrorach rodzaju „Piły”) pozwoliłoby Gary’emu Rossowi na tak odważny krok w kwestii strony estetycznej filmu. Czułem się jakbym oglądał coś z  Larsa von Triera: przebiegle szybki montaż służy mnożeniu komplikacji fabularnych z prostych konceptów, zaś kamera zachowuje się w niezwykle realistycznej konwencji kina verite. Operator wydaje się pośród prostych scen  szukać aktorskich i emocjonalnych niuansów, a trzymana w ręce kamera (jest tego tu dużo, serio) nieustannie zmienia punkty widzenia to z jednej twarzy , to na drugą, unikając efekciarskich panoram (nie wiem też czy to świadomy koncept czy wina limitowanego budżetu). W ten sposób Ross osiąga poziom niedostrzegalny u innych: spektakl bardziej uderza i wzrusza, niż przypomina podniecający aksamit cieszący wzrok. 

Jeżeli widzę więc tutaj faktyczne filmowe zwycięstwo to nie dlatego, że to dobry film fantastyczny, ale dlatego, że „Igrzyska” faktycznie ogląda się jak  dramat. Dramat na temat młodych ludzi posłanych na pewną śmierć dla uciechy i rozrywki innych. Niestety filmowa adaptacja (choć znowu nie wiem jak to w książce wygląda, napisanej zresztą z perspektywy 1 osoby) ma jednak swoje limity. Nie dużo w istocie dowiadujemy się o samych bohaterach pokazowej  telewizyjnej wyrzynanki. Jak każde futurystyczne widowisko, „Igrzyska” muszą poświęć kawał czasu na wyjaśnienie o co tu chodzi, skąd to wszystko i jak to działa. Jest to skuteczne, o tyle, że narracja nieustannie posuwa się do przodu, bo cały czas dochodzą nowe dane na temat świata, ale już same postacie się – może  nie  gubią – ale niemają do pokazania na ekranie na tyle, żeby same igrzyska przyniosły już więcej napięcia. To własne wtedy film nieco siada i rozpada się na dłuższe sceny, w których nikt praktycznie nie wychodzi z pola bitwy (sam pomysł – świetny).

Jestem w stanie zrozumieć, że aby film nie trwał 12 godzin, to nie da się opowiedzieć o każdym z zawodników z osobna, tak aby ich śmierć robiła na widzu jakiekolwiek wrażenie. Ale już tak błyskawicznego rozwiązania finałowej kwestii z „jagódkami”, po prostu reżyserowi wybaczyć nie potrafię.  Nie mogę tej ważnej sceny w tym miejscu zespoilerować, ale dzieje się ona po prostu za szybko i nie wierzę, że głowni bohaterowie podjęliby tę decyzję tak bez wahania (poza tym ta cała deus ex machina w postaci zmiany reguł gry – no, proszę Was..). Równie szkoda innego wątku, który zapowiadał się świetnie i poważnie, ale skończył na jednej krótkiej zajawce:  bunt ludu. Niby jak możemy uwierzyć, że w społeczeństwie istnieje system polityczny, w którym co roku morduje się 23 nastolatków w imię dobrego show? Czemu nikt się nie zbuntował, czemu biedni nie najechali już kapitolu, próbując go zrównać z Ziemią? (A może o tym są kolejne części?)

Na szczęście w ostatecznym rozrachunku Ross wychodzi ręką zwycięską.  Uproszczenia i skróty są niczym w porównaniu z intensywnością i realizmem niektórych sekwencji, jakich nie było ani w żadnym Harrym Potterze, ani „Zmierzchu”, czy innych podobnych filmowych serialach. Wspomnijmy do tego porywającą, przejmującą kreację Jennifer Lawrence (będzie się kiedyś biła o Oscary  z najlepszymi – oh, wait – już się biła, rok temu!) i parę udanych cudaków na drugim planie w rolach bogaczy (Stanley Tucci!) i wychodzi nam, że seans jest naprawdę udany. 

Dostajemy więc w końcu niezłej jakości produkt, który obejrzy mnóstwo młodych ludzi, który nikomu nie zrobi sieczki w mózgu i który będzie na pewno będzie tematem poseansowych dyskusji na tamat funkcjonowania współczesnego reality show i wymiany wrażeń. Gary Ross potraktował ich tak, jak tego oczekują – jak dorosłą widownię. Jego – stosunkowo brutalny, realistyczny i nieprzeestetyzowany  (choć na pewno trochę celowo groteskowy)- film, raczej nie spodobał by się władzom lśniącego, uginającego się od lukrowego kiczu Kapitolu. A to już duży sukces. 

szymalan


Reklamy

8 thoughts on “The Hunger Games (Gary Ross, 2012)

  1. Zgadzam się praktycznie ze wszystkim co napisałeś. Ogromnie zaskoczył mnie ten film, bo również spodziewałem się czegoś zwyklejszego i całe szczęście, że moja przyjaciółka wyciągnęła mnie na ten seans, bo bym teraz żałował nieoglądnięcia. Podzielam zdanie co do zbyt szybkiego zakończenia, jagódek i dziwnych zmian reguł gry, ale przy wszystkich pozostałych zaletach tego filmu, to minusy, na które można spokojnie przymknąć oko.
    A co do buntu, którego nie było widać, to podobno o nim mówią kolejne części, więc wszystko jeszcze przed nami ;)

    Pozdrawiam

  2. tak Damianie o tym będą kolejne części bowiem właśnie o tym jest ta książka, o buncie, który w Igrzyskach jest ledwo muśnięty. co prawda nie czytałam jeszcze kolejnych tytułów, ale wiem co mówię :P
    widzę, że częściowo widzisz te same wady w filmie co ja, ale i tak lepiej oceniasz tę produkcję. myślę, że ja po prostu więcej po niej oczekiwałam :)
    Pozdrawiam :*

    • rozumiem :) mojemu książkowemu guru nie wypada nie wierzyć, także wyczekuję sequela , może tam już nie będzie sie udało odejśc od tych wątków :)
      no moje oczekiwania były naprawdę niskie, przed seansem zastanawiałęm się co robię na sali, ale 2,5 h później byłem naprawdę zadowolony ;) pozdrawiam :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s