The Road (2009, John Hillcoat)

Droga ****

Kino science fiction zdążyło już na mnóstwo sposobów odzwierciedlić jeden z największych lęków XX wieku: apokalipsę,  ale też post-apokalipsę, czyli wizję świata po zagładzie. W rozumieniu Hollywood oznacza to przeważnie nie tylko drogie, bombastyczne efekty specjalne, przejmującą, pełną rozmachu scenografię, ale też sporo tłumaczeń, wyjaśnień i przerysowań  (no i oczywiście gwiazdy:  np. perfekcyjnie wyglądającego Willa Smitha, w obsadzie). Niezależna ekranizacja głośnej powieści Cormaca McCarthy’ego (autora „To nie jest kraj dla starych ludzi”) , czyli  „Drogi” stoi w zupełnej opozycji do typowych blockbusterów. Bohater nie tylko z wyglądu jest totalnie brzydki, brudny, nieogolony i ogólnie niezadbany o siebie, ale też bardzo niesympatyczny, nieufny wobec wszystkich i nieskory do kompromisów czy negocjacji. Jedyną osobą, o którą szczerze dba i której ufa, jest jego jedyny syn, którego matka a jego żona, pewnego dnia po prostu odeszła i już nie wróciła.

Teraz czasy są naprawdę piekielne: roślinność ginie, lasy padają same z siebie, a krajobrazy spowijają szarości i bezkresne pustkowia zniszczonej ziemi. Jakby tego było i mało, są poważne problemy ze znalezieniem żywności, a po ulicach grasują zorganizowane gangi kanibali i bandytów. Reżyser kreuje rzeczywistość, która (znów: w przeciwieństwie do atrakcyjnych, uwodzących swoją stroną wizualną superprodukcji) jest autentycznie odrzucająca, straszna, i w której nie ma chwili  na to, aby móc się poczuć naprawdę bezpiecznym. Ale przede wszystkim – co uważam za najważniejszą różnicę w stosunku do filmów w rodzaju „I am Legend” – nikt ani przez chwilę nie próbuje wytłumaczyć co się tak naprawdę stało, a w samym filmie pada tylko jedno zdanie we wstępnej narracji głównego bohatera:  coś o ciemności i błysku światła, ale żadnych detali. Ale czyż tak by to nie wyglądało naprawdę? – jedna chwila i nikt nie wie co tak naprawdę się stało? Stało się i tyle. 

Jedyne co wiemy na pewno toto, że bohaterowie kierują się na południowe wybrzeże Stanów. Nie wiemy co mają tam zastać, ani czy poza oceanem (np. w Europie) sytuacja nie wygląda tak samo. Dlatego ten film – ponieważ nie daje jasnego kontekstu całej historii –  działa tak naprawdę (i co jest dużym osiągnięciem reżysera,  jak na taki minimalizm treści) równo na dwóch różnych poziomach. Jako dowolnego rodzaju – ogólnie rozumiane – kino science fiction oraz jako metaforę iście ekstremalnej rzeczywistości (jakiejkolwiek) , w której ojciec chroni swojego syna do tego stopnia, że uczy go nawet jak popełnić samobójstwo przy pomocy broni (i bez ogródek rozmawia z nim o śmierci), zaś sam od syna uczy się odrzucenia własnej niechęci do innych ludzi. To syn jest tu najbardziej humanistyczną postacią, która wykazuje empatyczne skłonności wobec innych ludzi (chociażby podzielenie się jedzeniem z nieznajomym wędrowcem), zaś tematykę zaufania jako wiodącej w „Drodze”, potwierdza nam ładnie absolutnie ostatnie ujęcie filmu.

Cały problem i jednocześnie najcenniejsza wartość tej produkcji stykają się tak naprawdę ze sobą w jednym punkcie: film jest absolutnie nieprzyjemnym doświadczeniem do oglądania. Depresyjny nastrój udziela się już w pierwszych scenach, a rozłożenie tempa narracji boleśnie przeciąga kolejne sceny i spowalnia 100 minutowy seans niemal do granic możliwości. Mamy do czynienia z jednym z tych filmów, które dają ostatecznie satysfakcję z obejrzenia go do samego końca (jeśli ktoś jest wystarczająco cierpliwy i wytrwały), ale jednocześnie najpewniej nikt nas nie namówi na przesiedzenie przez te 100 minut po raz drugi.

Jednak mimo wszystko, warto się przełamać: ta przypowieść o życiu w okrutnym świecie, w którym jedynym sprzymierzeńcem syna jest jego zdeterminowany ojciec, a niemal każda inna napotkana osoba chce nas okraść, napaść, zniewolić lub zjeść, potrafi chwilami autentycznie ruszyć emocjonalnie, pochłonąć swoim posępnym klimatem,  a i jak trzeba, porządnie szarpnąć nerwami przed ekranem (polecam tu mistrzowsko rozegraną scenę w domostwie kanibali). A, no i jeszcze coś: Viggo Mortensen naprawdę znakomity, ale w sumie czy kogoś to dziwi? Razem z swoim ekranowym synem Kodi Smithem Mc-Phee („Let me in”), tworzą przejmujący obraz rodziny po katastrofie, po której  – o dziwo jak na mroczny nastrój całości – można jeszcze zachować choć cień nadziei na podtrzymanie ludzkich odruchów.  

szymalan

Reklamy

3 thoughts on “The Road (2009, John Hillcoat)

  1. Czy trudno wytrwać do końca? Raczej nie. Film dobry, nieźle obsadzony w czasie, konkretnie zmontowany. Fakt, smutny. Pozycja godna uwagi chociaż trochę swego czasu rozdmuchana. Kino raczej nieobowiązkowe ale wartościowe, z pewną głębią. Dlaczego jednak nie chcesz do niego kiedyś wrócić? Tego nie rozumiem.

    • Trudno się o to spierać, bo to nie są fakty, tyle indywiduwalne odczucia: dla mnie film jest depresyjny, powolny, męczący i w dużej mierze nużący. Inna sprawa, że czułem się po seansie wynagrodony za swoją cierpliwość, stąd taka a nie inna ocena. Nie zgodziłbym się tylko z tym montażem: dla mnie jest trochę niewydarzony w tym filmie. Myślę, że wycięcie dobrego kwadransa nie popsułoby głównej myśli całości.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s