Artysta (2011, Michel Hazanavicius)

Artysta ***½

Kino nieme w wersji all-inclusive.  Olśniewający  croud-pleasure skrojony pod młodą widownię, która nie ogląda filmów niemych oraz dla widowni starszej, która podda się sentymentalnym emocjom (średnia wieku członków Akademii Filmowej to około 62 lata). Nakręcony w wysokiej rozdzielczości, zapisany na cyfrowej taśmie pastisz kina niemego z czasów Złotej Ery kina hollywoodzkiego – przyswajalny dla każdego, atrakcyjny, czytelny, pozbawiony oryginalnej historii i konfliktu dramatycznego. W czasach depresji i kryzysów trudno sobie wręcz wyobrazić, żeby poważniejsze i dojrzalsze kino zdobywało laury, które są wynikiem głosowania przez tak ogromne gremium  ekspertów.

„Artysta” ma na pewno dużo obiektywnych zalet: jest to z pewnością majstersztyk techniczny. Ma znakomity montaż (ale słusznie przegrał z wirtuozerskim montażem nowego filmu Finchera) , świetne wyczucie rytmu (pod tym względem jest na pewno bardziej równy niż „Hugo”) , jedną absolutnie genialną rolę i jeden z najlepszych soundtracków roku 2011. Te ostatnie dwa elementy, to zresztą wszystkie, w których ten film winien był wygrać wczorajsze Oscary.

Jean Dujardin został już doceniony w Cannes na wiosnę poprzedniego roku i począwszy od tamtego  czasu zdaje się wygrywać wszystko,  co tylko możliwe. Jeżeli „Artysta” jako film, ma w sobie coś niewyliczonego na nagrody i absolutnie szczerego,  to jest to właśnie jego kreacja. Wspaniały uśmiech, lekkość, charyzma, energia i zmienność w tonie i emocjach to jego czarujące  widownię,  bezsprzeczne atuty (w dodatku jak on stepuje!)-  po takim oszałamiającym sukcesie podejrzewam, że nie minie dużo czasu nim nie otrzyma rolę złoczyńcy w jakimś kolejnym bondzie, czy innej amerykańskiej sensacji.  Poza tym, sądząc po  pokazywanych w „Artyście” wypreparowanych kawałkach przygodowych filmów (w których Dujardin jest kimś w rodzaju ówczesnego Douglsa Fairbanksa – na ekranie zresztą dostajemy fragment jego „Znaku Zorro” z 1920 roku), facet mógłby z powodzeniem być megagwiazdą hollywoodzkich filmów przygodowych lat 20.

Kapitalna jest również muzyka samouka Ludovica Bource’a.  Coraz rzadsze już dzisiaj, terapeutyczne dla ucha,  czyste brzmienie orkiestry , magiczne granie na emocjach, a jednocześnie dużo w tym wszystkim epiki, przygody, romantyzmu, czy nawet grozy. Nie jest to może mój bardziej ulubiony soundtrack niż na przykład ostatnie prace Alexandre’a Desplata (jak np.  doskonałe Extremely Loud and Incredibly Close, czy finałowy Harry Potter), ale przy takim zestawieniu oscarowych nominacji, Bource był słusznie bez konkurencji. Zresztą kompozytor w tym wypadku miał nie lada wyzwanie: jego muzyka to w końcu nieustanny narrator filmu, musi opowiadać (i robi to niemal bezbłędnie) historię i jednocześnie nie może popaśc w parodię podkładów kina niemego (stąd więcej tu subtelnego romantyzmu i mroczniejszych tonów, niż głośnego pitu-pitu).

„Artysta”  (mimo całej swojej technicznej perfekcji) ma jednak pewien dość istotny mega feler: nie jest filmem. Jest ekscytującym przez pierwsze 40 minut gadżetem, który po pewnym czasie bawi się już tylko sam ze sobą (jak widz zorientuje się, że parę sztuczek w rodzaju kapitalnego snu głównego bohatera, czy sekwencji, w której Peppy wkłada rękę do marynarki George’a) to wszystko, co ma zaoferowania, z ekranu wieje nudą, a film zaczyna się trochę wlec w stronę ożywczego, kapitalnego numeru musicalowego wieńczącego całą opowieść. Nie trudno było mi kryć rozczarowania, kiedy pojawiły się napisy końcowe: film nie opowiedział mi żadnej historii , która by mnie emocjonalnie poruszyła  (kłania się „Bulwar zachodzącego słońca”) , podobnie nie miał nic do zaoferowania wizualnie , co by przebiło najlepsze filmy Chaplina, czy Bustera Keatona, jakie znam („Gorączka Złota” czy „Generał” to do dzisiaj o wiele lepsze filmy) . Wszystko, co Artysta ma, to karteczka do wymachiwania widowni z napisem „magia kina”.   W pewnym momencie ta udawana magicznośc staje się jednak – przepraszam za wyrażenie – dość oczojebna (bo ile można się cieszyć formatem 4:3, uśmiechami aktorów, rozbrajającym psem, który ma  kilka zabójczo śmiesznych numerów do pokazania, napisami zamiast dialogów zakończonych często wykrzyknikami, żeby podkreślić pastiszowość widowiska, czy wreszcie zabawą dźwiękiem samym w sobie w niektórych scenach?) . Nie da się wypełnić filmu samymi gadżetami (dlatego równie konwencjonalny, pozytywnie nastrajający zeszłoroczny triumfator o jąkąjącym się królu był tak dobry: bo miał postacie, konflikt, napięcie zrodzone w rozmowach bohaterów)

W tym wypadku magiczność ruchomego obrazu to tylko frazes- magii nie czuć, „Artysta” nie ma energii, którą posiadają stare nieme filmy. Nie ma energii , którą posiada „Hugo” Martina Scorsese, choć jest filmem poddanym gradacji kolorów, podanym w formacie szerokoekranowym, pełnym efektów specjalnych , a na dodatek w 3D. To właśnie wizja Scorsese oddaje o wiele lepiej ducha niemego kina, podczasy, gdy „Artysta” potrafi co najwyżej zreplikować styl i wygląd tych filmw. Robi to zresztą bezbłędnie, słusznie poprawiając subtelność aktorów, która jest znacznie większa niż w czasach, o których opowiada (w przeciwieństwie do cudownie wariackich popisów Sachy Barona Cohena u Scorsese, aktorzy w „Artyście” wydają się kontrolować każdy jeden gest, nie dają sobie dużej swobody)

I jeszcze jedna sprawa: jako pastisz „Artysta” nie egzystuje na prawach normalnego widowiska. Pod tym względem reżyser jest nieco zadłużony u Quentina Tarantino. Podobnie jak „Kill Bill” nie istniał by bez całej ery kina japońskiego, tak francuski „Artysta” nie istniałby , gdyby nie kradł z historii Hollywood (dosłowne cytaty z Obywatela Kaine’a, 1:1 cytat muzyczny z „Vertigo” Hitchcocka, fabuła skopiowana bezczelnie z „Deszczowej piosenki” itd id). Od Tarantino Hazanaviciusa dzieli jednak różnica klas: twórca „Bękartów wojny” potrafi w jakis sposób tak znaleźć drogę do swojego filmu, że tworzy kompletnie osobną, angażującą emocjonalnie i cały czas zaskakującą całość. „Artysta” w tym samym kontekście, jest tylko zbiorem znanych wątków, motywów i metafilmowych cytatów. 

Proszę mnie źle nie zrozumieć: nie jestem wrogiem „Artysty”. Chciałbym tylko sprowadzić sytuację nieco na ziemię, pokazując że można na ten film patrzeć także z innej pozycji, niż tylko kinomańskiego klęcznika. „Artysta” jest dobrym, oglądalnym i chwilami uwodzicielskim hołdem dla czasów kina niemego. To słodziutki chwyt grający na prostej nostalgii, który – gdyby nie agresywna kampania Oscarowa Harvey’a Weinsteina trwająca już od momentu premiery w Cannes – przeszedł by zapewne bez większego echa (gdyby wyszedł np. w maju, a nie w samym środku sezonu nagród). W tym wypadku, hype przeskoczył cały film, obiecując objawienie, podczas gdy to, co oglądam na srebrnym ekranie,  to tylko zaledwie cień tego,  za co naprawdę kocham nieme kino.

szymalan

PS Napisałbym jeszcze coś o tegorocznych Oscarach jako komentarz, ale wtedy musiałbym napisać co myślę o nagrodzeniu Meryl Streep za „Żelazną Damę”, a podejrzewam, że kontrowersji już chyba czytelnikom wystarczy powyżej. Gala nie była nudna, wręcz bardzo sprawna – żeby móc wreszcie coś pozytywnego powiedzieć, skoro z całej nocy ucieszyłem się właściwie tylko z zaskakującej (ale jak zasłużonej) statuetki za montaż dla „Dziewczyny z tatuażem”.

Reklamy

13 thoughts on “Artysta (2011, Michel Hazanavicius)

  1. No nie mogę się zgodzić :p
    Zaczarował mnie ten film, od początku do samego końca, ani przez chwilę się na nim nie nudziłem i z coraz większym zachwytem przeżywałem ten seans. Nie zgodzę się, że nie czuć tu magii, bo znajduje się ona w każdej minucie tej produkcji, wylewa się z niej nieustannie. Dawno żaden film mnie tak nie porwał, nie wciągnął w swój świat jak właśnie „Artysta”.
    Co więcej, tak jak nigdy nie przepadałem za niemym kinem, tak jak nigdy nie potrafiłem docenić tych filmów, tak „Artysta” jako pierwszy pokazał mi co mogło być takiego niezwykłego w tych dziełach, zaczarował je dla mnie.
    Nie zgodzę się, że „Hugo” lepiej oddaje lepiej ducha tamtych filmów. „Hugo” to moim zdaniem zachwyt kinem jako takim, obojętnie jakie ono by nie było. Tęsknotą za starym, ale i fascynacją tym co nadchodzi. Uwielbieniem do srebrnego ekranu, tego miejsca, które przenosi nas w zupełnie inny świat. A „Artysta” ukazuje kino nieme, w taki sposób, że aż chce się jak najszybciej sięgnąć po tego typu obraz, by zasmakować tej zapomnianej niezwykłości.
    A cudownie wariackie występy Cohena, najchętniej wyciąłbym w całości z filmu Scorsese, bo nie potrafiłem ich znieść i nadal robi mi się słabo jak tylko sobie o nich przypomnę…

    Pozdrawiam
    PS. Podejrzewam, że gdybyś napisał o Oscarze dla Meryl, faktycznie byłoby zdecydowanie zbyt wiele kontrowersji. Szczególnie dla mnie ;)

    • „Nie zgodzę się, że “Hugo” lepiej oddaje lepiej ducha tamtych filmów. “Hugo” to moim zdaniem zachwyt kinem jako takim, obojętnie jakie ono by nie było. Tęsknotą za starym, ale i fascynacją tym co nadchodzi. Uwielbieniem do srebrnego ekranu, tego miejsca, które przenosi nas w zupełnie inny świat.”

      Ale właśnie na tym moim zdaniem polega cały ten paradoks. Moim zdaniem Hugo o wiele lepiej oddaje ducha kina niemego (zachwyt na kinem w ogóle również, to prawda ) , bo jest pełen ruchu, bohaterowie nie są tak wykalkulowani, nic nie sprawia wrażenia, że jest tak chirurgicznie dokładnie zaplanowane. Dlatego własnie Cohen zostaje ciągnięty przez kawałek peronu przez pociąg, (ja zresztą go jako komika uwielbiam, ludzie się też śmiali na moim pokazie z jego dowcipów w Hugonie) dlatego jest tyle tego biegania po dworcu (co w pierwszej połowie sprawia wrażenie niekontrolowanego przez reżysera) i całej tej wariackiej dzikości i żartów. To jest właśnie ruch, ta kinetyczna energia , jaką znam z kina niemego (którego jestem zdecydowanie fanem) i dlatego czułem się jak w domu. „Artysta” ma genialne koncepty jak scena z wkładaniem ręki do marynarki, ale to nie ta energia- widać, że przyszedł ktoś i ten moment co do sekundy wyliczył i ustawił pod odpowiednią choreografię. I to jest dla mnie problem Artysty: ten film chce być magiczny za wszelką cenę, ale robi to po łebkach i grubą krechą, podczas gdy w Hugo dopiero na końcu się wruszyłem i poczułem, ile magii jest w świecie filmu Scorsese (bo u Scorsese są najpierw bohaterowie, potem koncepty i gadżety). „Artysta” chce widownię powalić już w pierwszych momentach: wyrzuca mu przed twarz wszystko co ma, i w drugiej połowie już nic nie ma do zaoferowania poza naiwną dramą, która jest zrzynką z „Bulwaru zachodzącego słońca” i „Deszczowej piosenki”. I to niestety, zrzynką nieporównywalną jeśli chodzi o dramatyzm, napięcie, pomysłowość, dowcip , aktorstwo itd.
      pozdrawiam ;-)

  2. W sumie strona techniczna „Dziewczyny z tatuażem” (przepraszam, ale Artysty nie widziałam, więc się nie wypowiem) to jedyna mocna strona tego filmu, więc dobrze, że jak musiała już dostać oscara to za montaż. Ani aktorzy (nie wiem skąd ta nominacja dla Rooney Mary, która na tle szwedzkiej odtwórczyni tej roli wypada naprawdę słabo i mdło), ani fabuła, która z pierwowzorem ma nie wiele wspólnego, a nawet jako sam thriller się nie broni, nie są elementami, dla którego ten film warto obejrzeć.
    W sumie z nominowanych widziałam jeszcze „O północy w Paryżu”. Szkoda, że nie dostał za scenografię, naprawdę bajkowa ;-)
    Pozdrawiam

    • Tylko, że na tym polegał cały pomysł (zresztą jak dla mnie wierniejszy książce), że Lisbeth jest w tej wersji słabszą jednostką, która czasem po prostu niekontroluje swoich agresywnych reakcji na to co się jej przytrafia. A fabuła ma moim zdaniem o wiele więcej wspólnego z książką niż wersja szewedzka: jest znacznie wierniejsza postaciom ksiązkowym, co widać zwłaszcza w ostatniej scenie całego filmu. Jako thriller moim zdaniem się broni, Fincher jest wg mnie genialny w te klocki, ale to już co kto lubi ;) W szedzkiej nie było takich cudownie groteskowych rarytasów jak Enya w scenie w piwnicy ;-) pozdrawiam

      • Tylko, że w sumie tytuł sugeruje, że główną bohaterką jest Salander, kiedy o niej faktycznie dowiadujemy się nie wiele, a przynajmniej o wiele mniej niż w szwedzkiej produkcji. Znowu niekompetentne tłumaczenie tytułu na polski? A co do thrilleru to zdecydowanie bardziej włos mi się jeżył przy szwedzkiej produkcji, było bardziej brutalna… a tu taka groteskowość, że z thrillera wyszła jakaś parodia, szczególnie w tej ostatniej scenie. W ogóle mam wrażenie, że Fincher kpił sobie ze szwedzkiej produkcji, szkoda tylko, że nie pokazał lepszej wersji, skoro tamta mu najwyraźniej nie odpowiadała. Doprowadził jedynie do tego, że wróciłam z kina szczerze wkurzona i jedynie co mnie pociesza, że nie musiałam płacić za bilet za takie wrobienie mnie w jajo ;/. Pozdrawiam

        • Tytuł nic nie sugeruje, tytuł to tylko tytuł. Po prostu jest. Czy o Salander dowiadujemy się niewiele? Nie odniosłem takie wrażenia.
          Ważne dla mnie jest to, że ta postać działa na każdym poziomie. Poza tym jak dla mnie chemia na linii Craig-Mara jest nieporównywalna do pary z wcześniejszej ekranizacji.
          Parodii thrillera w tym filmie nie widziałem, nie rozumiem za bardzo tego wątku, zwłaszcza jeśli chodzi o ostatnią scenę, z której dowiadujemy się, że Salander z smutkiem godzi się, że nie zasługuje na związek z kimś takim jak Mikael. Jest to identyczne zakończenie jak w powieści i jak dla mnie zachwoujące wierność tej znakomitej postaci. Podczas, gdy w szwedzkiej w ogóle ten wątek nie jest pociągnięty, a film kończy się jakimś ekstrawaganckim wyjściem z samochodu na dużych obcasach, jakbyśmy mieli do czynienia z naśladowaniem jakiegoś Bonda (tak więc sprawę dowiadywania się o postaci różnych reczy mamy już chyba wyjaśnioną :P).
          Co do wkurzenia i innych emocji to powiem tak: historia nie raz pokazała, że tak własne rodzi się zazwyczaj wielka sztuka – okrzykami radości jednych i niezadowoleniem drugich ;) pozdrawiam!

  3. Lubię nieme kino, zarówno Bustera Keatona („Rozkosze gościnności”, „Generał”), jak i Chaplina (np. „Dzisiejsze czasy”), ale mimo to wcale nie uważam aby „Artysta” był filmem gorszym. Bo niby dlaczego? Bo nie było efektownych scen kaskaderskich (jak u Keatona) czy może pomysłowej sceny z domkiem wiszącym nad przepaścią (jak w „Gorączce złota”)? Było za to w tym filmie dużo więcej. „Artysta” to szczery hołd dla starego kina, reżyser nie miał zamiaru robić arcydzieła, nie próbował udawać, że to tylko bezpretensjonalna rozrywka, która jednak wciąga, poprawia humor, ale także zmusza do zastanowienia, czy aby na pewno nowe jest lepsze oraz czy słowa w filmie są niezbędne do opowiedzenia historii. Nie mam filmowi nic do zarzucenia, wszystko stoi na wysokim poziomie – realizacja, scenariusz, pojedyncze sceny, oprawa wizualna, muzyka i fenomenalne aktorstwo Dujardina i Berenice Bejo. Jak na rozrywkowe kino to i tak bardzo dużo :)

    • „Bo niby dlaczego? Bo nie było efektownych scen kaskaderskich (jak u Keatona) czy może pomysłowej sceny z domkiem wiszącym nad przepaścią (jak w “Gorączce złota”)?”

      Tym, że te filmy niezależnie od popisów kaskaderskich lub ich braku, opowiadają dobre, angażujące historie swoich głównych bohaterów. To jest ta różnica i tego moim zdaniem brakuje „Artyście”, który opowiada w 100% przewidywalną, naiwną historyjkę, która ginie w natłoku cytatów i nawiązań do innych filmów i eksploatowania znanych wątków. Dla przykładu „Brzdąc” to kilkudziesiąciomunitowy filmik bez jakichkolwiek efektów, czy popisów, ale jak wzrusza do dzisiaj ;)

      Tu mnie historia w ogóle nie interesowała, bo reżysera moim zdaniem również nie . On chciał zrobić film niemy w XXI wieku, pokazać że ktoś ma taką odwagę. No i ok, tylko, że mnie sam hołd nie wystarczy, bo takich hołdów nawet na youtube jest pełno, przeróżnych zmiksowanych fragmentów z starych filmów niemych zrobionych przez fanów. Ja chcę filmu: postaci, fabuły, emocjonalnego zaangażowania. Najpierw to, potem hołdy i jesteśmy kwita z reżyserem ;)

      • Film jest naiwny, ale nie bardziej niż wiele filmów niemych. Na przykład „Brzdąc” jest moim zdaniem bardziej naiwny i mnie nie zaangażował. „Artysta” opowiada ciekawszą historię i nie popełnia błędów typowych dla kina niemego, jak np. nadużywanie plansz z napisami. Na przykład Chaplin w „Gorączce złota” stosował zbędne napisy opisowe typu „Nadchodzi burza”, „Nastał spokojny poranek”, „Po długiej i trudnej podróży” itp, albo np. przed pojawieniem się postaci kobiecej umieścił napis „Georgia” (dobrze, że nie „A Girl” ;)). „Artysta” jest filmem bardziej przemyślanym, dzięki ograniczeniu plansz z napisami widz może się skupić na opowiadanej historii, mimice twarzy aktorów, dzięki temu film bardziej angażuje. But this is just my opinion :)

        • Ale taką teorię to by można łatwo obalić: w Artystę mimo jego braku „błędów” związanych z napisami to ja się nie wciągnąłem zbyt szczególnie, podczas gdy w „gorączkę złotą” totalne i bez reszty. Więc nie rozumiem czemu plansze z napisami miałyby mi jakoś wadzić lub pomagać w seansie . W „Portierze z hotelu z Atlantic” nie ma wcale napisów, a nie powiem, żeby to było jakieś mega arcydzieło, choć na pewno ciekawa rzecz i chwilami dośc wzruszająca. Jak dla mnie napisy dużo nie zmieniają . I w sumie wydaje mi się, że nie dojdziemy w tej dyskusji do żadnego wniosku: trudno się w sumie spierać o to, czy kogoś angażuje dana historia czy nie. Mnie nie, Ciebie tak, każdy powiedział na swoją obronę co miał do powiedzenia. We agree to disagree :-)

          • To ja tylko dodam, że jednak mimo wszystko „Gorączka złota” mnie wciągnęła, bardziej niż „Brzdąc”, ale nie bardziej niż „Artysta” czy np. „Dzisiejsze czasy”. Oglądając „Gorączkę złota” nie zwróciłem w ogóle uwagi na to nadużywanie plansz z napisami, dopiero po obejrzeniu „Artysty” to zauważyłem ;)

  4. Wypowiem się o tym co widziałem. Panowi wspominacie „Gorączkę złota” gdzie niby za duże jest plansz z napisami. Podczas mojego seansu, nie widziałem ani jednej, więc nie wiem czego sie czepiać. Wspominałem, że oglądałem wersje z lektorem? :P „Brzdąc” mnie zagiął, to ten film sprawił, że zainteresowałem się Chaplinem i niemym kinem. Ktokolwiek obsadziłę tego małego w roli brzdąca wykonał świetną robotę. Dziecko ujmuje w każdej sekundzie pojawiania się na ekranie i nie jest ani odrobinę przesłodzone, mając buźkę słodziaka.
    Na Artystę jeszcze nie dotarłem, ale wrócę tu po seansie i pewnie się z Tobą szymalan nie zgodzę :)

    • Ja też stoję po stronie obrońców „Brzdąca” :) Co do ARTYSTY , zobacz koniecznie a potem się poniezgadzamy – przynajmniej na to można u mnie liczyć na pewno ;) pozdrawiam!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s