Róża (2011, Wojciech Smarzowski)

Róża *****

Kiedy po premierze „Róży” na Festiwalu w Gdynii czytałem recenzje najnowszego filmu Smarzowskiego („Wesele”, „Dom zły”) , zauważyłem, że każda z nich wyglądała mniej więcej tak samo. Zachwyty nad warsztatem wręcz tonęły w sugestywnych opisach poseansowej deprechy i konieczności oglądania okrutnych scen gwałtów i wojennej przemocy.  Smarzowski to reżyser, który lubuje się w naturalizmie, dlatego nie dziwne, że idąc do kina spodziewałem się  kolejnej  „Pasji”  – 1,5 h rzeźni ,  festiwalu tortur i okrucieństwa doprowadzonych  na granice dobrego smaku. Tymczasem film Smarzowskiego  zaskakuje:  „Róża” nie jest histeryczna, ale  zadziwiająco subtelna, w jakiś dziwny sposób oczyszczająca i bardzo po ludzku szlachetna. No ale od początku. 

Pierwsze minuty nie pozostawiają wątpliwości, że nie będzie to łatwy seans. Znakomity opening: absolutna cisza na napisach początkowych  i nagły ogłuszający atak  z pola bitwy, na którym na oczach głównego bohatera żołnierz najpierw gwałci jego żonę, a następnie strzela jej w tył głowy. Jednak im dalej, tym film się jakby uspokaja, koloryzuje  wydarzenia lekkim poczuciem humoru, jednocześnie pozostając szarpiącym co jakiś czas nerwy czyms w rodzaju historycznego thrillera dla dorosłych. Niezmienny pozostaje jednak ton filmu: warstwa zdjęciowa jest przez cały czas wyblakła, ziarnista i zabrudzona, jakby zupełnie nie przystająca do epoki cyfrowych multipleksów. 

Fabularnie, film Smarzowskiego nie jest edukacyjnym wykładem, dlatego mimo, że  akcja rozgrywa się w zagmatwannych  politycznie czasach i miejscu , film nie wprowadza nas w kontekst żadnymi  napisami, nic również nie wyjasnia  na samym końcu. Chcąc (jak sam mówi) opowiedzieć historię o miłości,  Smarzowski sięgnął do tragicznej historii Mazur, która ma swój zaczątek w latach 20. Kiedy w plebiscycie mieszkańcy niemal jednogłośnie wybrali Niemcy (zapewne bardziej wtedy stabilne politycznie niż młoda Polska). Po wojnie oraz zniszczeniu, jakie ona ze sobą przyniosła, na Mazury powróciły patriotyczne emocje polskości. Niestety za późno: Polacy oraz  „ruscy” traktowali Mazurów jak Niemców: rabowali, gwałcili,  zabijali lub próbowali wysiedlić, dokładnie tak jak hitlerowcy w czasie II wojny. 

Już w punkcie wyjścia jesteśmy  więc wrzuceni w świat, który dla nikogo nie jest przyjazny i  w którym stosunki pomiędzy ludźmi opierają się na  nacjonalistycznych hasłach, przemocy  i wzajemnych oskarżeniach jednych na drugich.  W centrum tego historycznego tła znajdzie się dwójka bohaterów: Róża oraz Tadeusz (genialny duet aktorski Agaty Kuleszy oraz Marcina Dorocińskiego). On – wrak, samotnie przywędrował na Mazury tuż po horrorze, jakie spotkał go na froncie.  Ona- wdowa po żołnierzu z Wermachtu, ofiara nieustannych gwałtów najpierw przez Niemców w latach 44/45, teraz przez Ruskich i Polaków na ziemiach mazurskich. 

Nieoczekiwany zwrot tego filmu polega na tym, że Smarzowski z premedytacją nie poddaje się kinowym nurtom martyrologii narodu polskiego.  Smarzowski wyraźnie dystansuje się wobec historycznych wątków, celowo ukazując prostych ludzi jako dobrych i szlachetnych (dzięki  aktorom nie ma tu krzty fałszu czy przerysowania), a na całą resztę bez względu na nację patrząc jak na potencjalnych wrogów; tych, którzy niszczą spokój życia  i  nie szanują cudzej tożsamości. Tragedia przedstawiona w „Róży” nie jest wobec tego tragedią katolickiego, polskiego narodu: to tragedia ludzi, którzy nie garną się do jakiejkolwiek ideologii , ale wszystko czego im potrzeba po wojnie, to odecthnąć, odnaleźć w sobie  nieco normalności  i po prostu żyć. Zakochać się, pracować, chować dzieci.

Okrutny los im to uniemożliwia, dlatego od początku zarówno Róża , jak i Tadeusz, nie sygnalizują „miłości od pierwszego wejrzenia”. Ich love story rozwija się nieufnie, powoli,  małymi kroczkami , poprzez drobne pomoce, gesty, czy chwile, w których Tadeusz desperacko broni Różę przed jej oprawcami. 

Ponieważ  nikt w tym filmie nie jest mniej zły niz inni,  zło u Smarzowskiego nie ma podstaw w żadnej ideologii, wydaje się niemożliwe do zdefiniowania. Przetacza się przez mazurskie ziemie niemal jak fala po wojnie, w czasie której można było uwolnić wszystkie swoje najgorsze instynkty. Ten okres miał być niczym wstrząsy wtórne po sześcioletnim trzęsieniu ziemi. A jednak jednostajny, całościowy ton postapokalipsy, jaki panuje w filmie Smarzowskiego, nie wpłynął za bardzo na mój nastrój po wyjściu z kina. Ludzie piszą: „Dawno nie wyszedłem tak rozbity z żadnego filmu”. Dziwne: ja z pokazu wyszedłem pogodzony z całym światem, miałem wrażenie, że zło u Smarzowskiego przegrało. Przez ten wyblakły kolor przedziera się jasność, nadzieja – przedziwna siła głównych bohaterów, którzy stoją ponad gwałty, podziały i wszystkie nacjonalizmy. 

Na konec dodam, że film jest wspaniale wyreżyserowany.  Wspominałem o aktorach, którzy zapewne stracili zdrowie dla swoich postaci, ale warto zwrócić uwagę  jeszcze na 2 sprawy dotyczące reżyserii Smarzowskiego. Pierwsza:  na rozsądny sposób w jaki montuje się tu sceny.  Wątki obyczajowe rozwijają się w znakomitych długich scenach, a wątki przemocy i tortur to szybkie cięcia i przejścia (drobiazgowa przemoc nie jest więc sednem filmu: jest tylko przykrym krajobrazem dla filmowego melodramatu). Druga sprawa: na to, w jaki sposób Smarzowski korzysta z elementów kina gatunków (główny bohater to  westernowy  samotnik/przybysz/obrońca w miasteczku). Ale jednocześnie niemal każda scena idzie w zupełnie innym kierunku, niż się to na początku wydaje. 

Szkoda, że „Róża” doczekała się tak idiotycznego terminu premiery (w samym środku nowego Finchera, Polańskiego i przetaczającej się fali filmów nominowanych do Oscarów) i może przez to przepaść w kinie. Namawiam , żeby się mimo okoliczności wybrać:  to spore wydarzenie, ale przede wszystkim, świetny, dorośle traktujący siebie i publiczność, film. Może i nie dla międzynarodowego jurty gdyńskiego festiwalu, ale za to na pewno dla nas – i o nas. Koniecznie. 

szymalan

 

Reklamy

3 thoughts on “Róża (2011, Wojciech Smarzowski)

  1. Odebrałam ten film w taki sam sposób, myślę o nim kolejny dzień, teraz kojarzy mi się ze… „Znachorem”:) W jednym i drugim jest dobro, które porusza.

  2. „Róży” jeszcze nie widziałem, ale obejrzałem ostatnio „Dom zły” i jestem ogromnie rozczarowany. Jak dla mnie film płytki, stronniczy, pozbawiony napięcia (a podobno miał to być thriller), nie dostarczający emocji (a podobno miał to być dramat). Film nudny, prostacki, a momentami żenujący i głupi. Jedynie aktorstwo jest na wysokim poziomie. O ile „Wesele” Smarzowskiego było w miarę udane to jednak „Dom zły” okazał się filmem po prostu złym. Takie jest moje zdanie. „Róży” raczej nie obejrzę w kinie. Domyślam się, że w tym filmie będzie podobnie – aktorzy dali z siebie wszystko po to, by reżyser mógł zaszokować widzów kolejnym brudnym i nieprzyjemnym obrazem polskiej wsi i zaludniającej ją zboczeńców i degeneratów.

    • Też nie lubię „Domu złego”, i tak samo obawiałem się groteskowej jatki po „Róży”. Rozczarowałem się bardzo pozytywnie: dla mnie to najbardziej ludzki film Smarzowskiego. Proste love story z mocnym tłem (zaznaczam; tłem) historycznym. Wszyscy piszą w recenzjach, jaki to horror nie dowytrzymania, ten film, a ja widziałem historię o miłości dwojga ludzi. I nie miałem wrażenia , że przemocy jest jakoś specjalnie dużo czy że Smarzowski jedzie po bandzie w pokazywaniu co bardziej obrzydliwych detali. Naturalistyczny ok, ale tez ludzki i szczerze poruszający. Ja polecam bardzo, film poza tym naprawdę pięknie wygląda na dużym ekranie , ale to już zrobisz co zechcesz :P ja tylko powiem, że to o kilka klas lepsze kino niż Dom Zły.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s