Kret (2011, Rafael Lewandowski)

Kret ***

(ta recenzja jeszcze nie jest usunięta przez ACTA)

Niezmiernie mnie cieszy, że dożyliśmy w końcu czasów, w których chwalenie w polskim kinie tzw. porządności realizacji filmu, czyli tego, że wiemy o czym jest dana historia, jaki jest mniej więcej gatunek w przestrzeni którego się obracamy oraz kto jest głównym bohaterem opowieści, jest wyrazem albo jawnego lenistwa recenzenta, albo jego wyraźnego przespania kilku ostatnich lat. Wystarczy szybki rzut oka na filmy z tegorocznego festiwalu PFF w Gdyni: świetny „Esssential Killing”, który okazał się istną poezją pisaną przy pomocy kamery filmowej, trzymający cały czas za gardło i w napięciu „Czarny czwartek. Janek Wiśniewski Padł”, który precyzyjnie odtwarza horror wydarzeń, z dni, o których opowiada, czy wreszcie brawurowa w swej formie i odważna w treści „Sala Samobójców” , w której znalazło się miejsce nawet na coś tak niespotykanego u nas jak animacja komputerowa. Polskie kino dalej jest istotne, jeśli chodzi o treść i podejmowane tematy, ale jednocześnie  staje się coraz bardziej atrakcyjnie podane (wybaczcie fani, ale filmów Jana Jakuba Kolskiego – poza „Wenecją” – po prostu nie potrafię strawić, choćby nie wiem co). Dziś trudno mówić o tym, co jest na poziomie technicznym zrobione w polskim filmie źle, a co dobrze- chętnie za to dyskutuje się o treści filmu. Takim przypadkiem jest właśnie zeszłoroczny „Kret” Rafaela Lewandowskiego.

Forma tego obrazu nie budzi najmniejszych wątpliwości: zdjęcia są wspaniale wykadrowane i z lekkością nadają całości klimatu, montaż jest zrobiony ze znakomitym wyczuciem tego, kiedy w scenę należy „wejść”, a kiedy ją skończyć odpowiednią puentą, aktorski duet Szyc/Dziędziel (a właściwie tercet wraz z Magdaleną Czerwińską) wydaje się prawdziwy i przejmujący niemal przez cały seans. Wszystko wydaje się być na swoim miejscu, a jednak w ostatecznym rachunku zawodzą sprawy najważniejsze: scenariusz i reżyseria. Choć pojedyncze sceny są świetnie, to trudno niestety mówić o spełnionym dziele w całości. 

„Kret” to rodzinny dramat podejmujący się problemu polskiej lustracji. Ojciec, Zygmunt Kowal – grany przez Mariana Dziędziela – to nie tyle postać dwuznaczna, co skłócona wewnętrznie co do tego, co należy powiedzieć swoim bliskim, co jest właściwie prawdą, co nie, i co dla dobra własnego i innych należałoby pozostawić w niepamięci. Kiedyś – bohater Solidarności i przywódca strajku górników. Dziś –  okrzyknięty przez tabloidy zdrajcą, potencjalnie były współpracownik „czerwonych”. Był, czy nie był agentem? Jeśli tak,  to dlaczego i co z tego dzisiaj wynika? Jego syn, Paweł – grany przez Borysa Szyca – to dzisiejszy młody człowiek, dla którego (jak i dla jego kolegów rówieśników) „żadni czerwoni już nie istnieją”, patrzy on w przyszłość i przekonany jest, że trzeba dać sobie juz z tym wszystkim spokój i że ta sprawa go nie powinna już dotyczyć (jak i zresztą własnego ojca) . Ponieważ teraz cała sytuacja odżywa na nowo, a wszystkich czeka już niedługo udział w sądowym procesie lustracyjnym Zygmunta, Paweł powoli dojrzewa do stawienia czoła z prostym faktem: tak, ta historia dotyczy również jego i że on również jest częścią tej niekończącej się układanki.

Problemem tego filmu jest przede wszystkim fakt, że lustracja to temat,  który medialnie i społecznie już mocno wygasł i już raczej nikt dziś nie traktuje tych spraw w kategoriach poważniejszych niż nudne, polityczne przepychanki (film powinien powstać znacznie wcześniej i komentować rzeczywistość w takim samym tempie reakcji jak chociażby amerykański „The Social Network”) – trudno się dzisiaj specjalnie problemem lustracji ekscytować,  a zatem i trudno uwierzyć, że pisałyby o tym grubymi wielkimi literami gazety na pierwszych stronach („ZDRAJCA!”). Dlatego jedyne co nam z filmu pozostaje,  to czysto rodzinny, realistyczny dramat rozgrywający się pomiędzy ojcem, synem i żoną syna. I tu jest właśnie problem kolejny.

Bo o ile pierwsze  50 minut filmu zahipnotyzowało mnie niczym najlepszy, nastrojowy kryminał (głównie dzięki  znakomitemu aktorstwu Szyca i Dziędziela, ale też posępnym, ciemnym zdjęciom), o tyle gdzieś później jakoś mnie ten film zgubił „po drodze”. Mniej więcej od momentu, w którym Lewandowski opowiada o francuskich Polakach mieszkających we Francji (reżyser sam jest imigrantem ), miałem wrażenie , że mimo tego co pisałem na początku 2-giego akapitu, „Kret” przestał tworzyć spójną dramaturgiczną całość. Kolejne kulminacje, z których żadna nie jest zakończona wystarczającym kopem emocjonalnym, sprawiają wrażenie, jakby film kilkakrotnie się nagle kończył i rozpoczynał od nowa. Najgorzej pod tym względem wypada wielki finał, który (i to nie będzie spoiler) razi zbyt mocno wyjętą z horroru dosłownością i brakiem wiarygodności bohatera granego przez Borysa Szyca (a już zrobienie Draculi z Wojciecha Pszoniaka, który trzyma ważne dokumenty w chatce w środku strasznego lasu, to już przegięcie na maksa). W tym właśnie momencie zaczyna się nowy, jeszcze jeden film, który nie pasuje do reszty: z dramatu, który z jakimś tam skutkiem przetoczył się w sensację, robi się średni, nieciekawy thriller (którym ten film spokojnie mógłby być od początku, ale teraz to już za późno).

Ale może właśnie przez tą gatunkową rozsypkę, zgłupiał nawet sam dystrybutor, który nie wiedział jak w ogóle zareklamować ten średni film. Czy nie dlatego zdecydował się na plakat z iście bourne’owskim Szycem w garniaku w stylistyce hollywoodzkiego kina akcji? (w samym filmie Szyc nosi co najwyżej modnie skrojone jeansy i luźne bluzy). Ogląda się to – ujmuje wyważonym, ludzkim spojrzeniem na wyciąganie brudów z czasów PRLu, ale duży niedosyt pozostaje.

szymalan

Reklamy

2 thoughts on “Kret (2011, Rafael Lewandowski)

  1. Przede wszystkim filmowi brakuje zdecydowania, treści bądź co bądź. Zresztą spodziewałem się większej dawki akcji i ciekawszej intrygi. Niestety „Kret” ogranicza się do lustracyjnych banałów i zarysowania problemów rodzinnych Szyca i Dziędziela. Jak dla mnie 5/10 i ani grama więcej :)
    Pozdrawiam

  2. Zgadzam się z Tobą w zupełności. Do połowy film jest kompletny na wszystkich poziomach, ale w drugiej części się boleśnie rozjeżdża:( Końcowe sceny w konwencji thrillera i morderstwem zupełnie pomieszało wszystko. Po przeczytaniu kilku wywiadów z reżyserem skłaniam się emocjonalnie bardziej w stronę zakończenia, ale nie biorę tego do końca.
    Plakat jest już zupełnie nieporozumieniem. Nie ogarniam tego garniaka!:)
    Ostatecznie film dobry.
    Pozdrawiam serdecznie:)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s