Drive (2011, Nicolas Winding Refn)

Drive ***

No i , jak co roku, doczekałem się tego momentu , kiedy wszyscy padają na kolana przed nowym filmem, a ja zamiast posłusznie dołączyć się do zachwytów, tylko wzruszam ramionami i wracam do normalności jakby się nic nie stało. O nagrodzonym (w kategorii, w której zasłużył najmniej: za reżyserię) w Cannes , „Drive” Nicolasa Windinga Refna napisano już wiele,  często nie szczędząc słów typu „arcydzieło”, „wizjonerski”, czy „kultowy”.  Większość z nich jest w moim odczuciu zbytnio przesadzona: „Drive” to porządne kino, interesująca ciekawostka ale kinomańska frajda właściwie żadna.

Od razu uprzedzam: nie, nie oczekiwałem kina akcji.  Nie widziałem (ponoć) kiepskiego zwiastuna, który (z tego co wszyscy mówią) zapowiadał zupełnie inne kino  niż się później okazało. W najmniejszym stopniu nie interesowało mnie przed oglądaniem, czy film Refna będzie thrillerem, sensacją, horrorem, kryminałem, romansem, musicalem, czy 3 godzinnym duńskim dramatem psychologicznym. Nie zależało mi ani na pościgach odbywających się co każde 5 minut, ani na  tym, aby przez cały czas bohaterowie patrzeli sobie w twarz i stroili miny. Wszystko było mi obojętne – chciałem tylko dobrego filmu. A dopóki pościgi są ekscytujące, historia jest ciekawa, a miny jakie stroją aktorzy wyrażają dynamiczne emocje , dopóty film jest w absolutnym porządku. Reżyser opowiada, bawi, a że przy okazji (jak w tym wypadku robi Refn) tu postylizuje, tam spowolni, tam przyśpieszy, tam podkręci muzykę , czy wreszcie nada całości charakteru podróży w kinowym czasie (w tym wypadku cofamy się do mrocznych miejskich kryminałów lat 80 i Michaela Manna) – nie mam z tym problemu (tak jak nie mam problemu ze stylizacjami braci Coen, Almodovara czy Quentina Tarantino). 

Problem jest jednak taki, że różnica pomiędzy tamtymi twórcami a Refnem jest zasadnicza (poza tym, że Refn nie ma zupełnie poczucia humoru): są oni o tyle dojrzalsi od Duńczyka, że wpierw  myślą o widzu i pozwalają mu dać się zanurzyć w ciekawej opowieści, a dopiero później bawią się w artystów i pozwalają sobie na mniejsze lub większe wizualne „pokazywactwa” (jak Tarantino, który  w „Bękartach” w kilkunastosekundowym spowolnieniu pokazuje papierosa frunącego ku stosowi taśm filmowych). Refna historia nie zobowiązuje. Choć banalną, naciąganą fabułkę o bezimiennym kaskaderze znikąd,  który pakuje się w porachunki lokalnych przestępców (a jak wiemy z „Historii przemocy”  Cronenberga: raz rozkręcona spirala przemocy, zatrzymuje się dopiero po wyeliminowywaniu wszystkich jej graczy) , mógłby opowiedzieć w formie krótkiego metrażu, on rozciąga ją do niebotycznych wymiarów, sprowadzając cały film do przekombinowanej, przeszarżowanej formalnie wizualnej poezji , którą owszem- podziwić chwilami i można, ale która emocji szczególnych nie wywołuje .

A szkoda, bo potencjał był spory: otwierająca „Drive” sekwencja ucieczki przed policją robi naprawdę niesamowite wrażenie i… aż prosi się aby ją rozszerzyć, bo trwa zdecydowanie za krótko. Cudne zdjęcia nocnego LA, subtelny montaż, wybijająca rytm sceny ścieżka muzyczna – to fizyczna przyjemność z oglądania. Nie ma siły: za kamerą musi stać talent iście zjawiskowy, filmowiec z własnym stylem i świadomością każdego ujęcia. Bardzo chciałbym przyłączyć się do wszystkich i otrąbić narodziny nowej gwiazdy, ale niestety, z każdą chwilą traciłem kontakt z całym filmem. Ucięcie świetnej sceny akcji, kilka zaciemnień ekranu, wybaczcie słownictwo- oczojebna czcionka w napisach początkowych, dudniąca pop electronica z głośników, denerwujący montaż nie trzymający rytmu, wreszcie – last but not least – główni bohaterowie, którzy milczą, wpatrują się w siebie, milczą, wpatrują się, milczą itd, a my dalej niewiele o nich wiemy ciekawego (i co najgorsze – z czasem nie dowiadujemy się niczego nowego, bo reżysera bardziej interesuje na przykład kurtka głównego bohatera).

Odniosłem wrażenie, jakby Refn nie tylko czuł się za ambitny aby zniżać się do poziomu jakichś tam „Transporterów” (stąd film przypomina taki arthousowy kryminał z minimalizmem a la Gus van Sant) , ale że wręcz nie pozwoli, abyśmy o nim zapomnieli podczas seansu. Dlatego też jego bohaterowie nie stroją min i w zasadzie nic ciekawego nie mówią, bo bardzo szybko mogliby przypadkiem (a są to aktorzy świetni) odwrócić uwagę publiczności od osoby reżysera. Taki przykład kadru: Ryan Gosling stoi w korytarzu, prawie, że w cieniu z boku, a po prawej nad wejściem wyrazisty neon z napisem „exit”. Goslinga nie widać, ale napis aż rozprasza uwagę od całej sceny. Kolejny kadr –  dwóch bohaterów rozmawia w restauracji, kawałek jednego znajduje się na jednym brzegu ekranu, drugi znajduje się na drugim brzegu, a w środku po prostu nudny stół. Ja rozumiem oryginalność, ale takie rzeczy po prostu odwracają uwagę, a reżyser z premedytacją stosuje tego rodzaju chwyty niemal co chwilę. Steven Sodebergh ładnie zresztą kiedyś zobrazował podobnych reżyserów jako takich, którzy stają między ekranem a publicznością i nieustannie machają do nich rękami.  

A jak tu się wtedy emocjonować (jakkolwiek brutalną i krwawą) akcją, kiedy nie tyle monotonia, co przede wszystkim sam styl przytłacza cały ekran? Na szczęście seans , z niezłym skutkiem, próbują wyratować aktorzy drugiego planu: doskonały Albert Brooks (jeszcze go takiego strasznego nie widzieliśmy, naprawdę szok!) oraz Ron Perlman (który w największym szicie potrafi przejąć kontrolę nad całą sceną) a także Christina Hendricks, którą choć dostała pięć minut czasu ekranowego, to i tak potrafi upiornie wręcz wbić się w pamięć. 

Nigdy nie byłem zawziętym fanem ‚Death Proof’ o kaskaderze Mike’u, to teraz jednak chylę czoła przed Quentinem: on przynajmniej wiedział, że melodramat i mordobicie, są jak deszcz, jazda na rowerze i okulary na nosie – they don’t mix.

szymalan

Reklamy

9 thoughts on “Drive (2011, Nicolas Winding Refn)

  1. Ja miałem zamiar iść na to do kina, ale jednak coraz bardziej negatywne opinie mnie odstraszają. Nie przepadam za serią Szybkich i wściekłych, bo nie lubię nadmiaru pościgów samochodowych, ale jednak po filmie Drive spodziewałem się, że będzie przynajmniej jeden dobry pościg w stylu Bullitta, dobrze wkomponowany w ciekawą fabułę. Jak się jednak okazuje nie dość, że nie ma takiej sceny pościgu to i fabuła jest ponoć przewidywalna i mało ciekawa. Obsada też mnie jakoś nie zachęca do obejrzenia. To raczej film do oglądania na małym ekranie, w domu :)

  2. Już jestem po seansie. Mimo wątpliwości postanowiłem obejrzeć ten film. Spodziewałem się filmu dobrego, ale nie rewelacyjnego. Jednak jestem pozytywnie zaskoczony. Moim zdaniem to rewelacyjny film, więc się nie zgadzam z Twoją recenzją. Nie ma w nim może jakiejś głębi, co sugerowałaby nagroda w Cannes, ale dla mnie to przede wszystkim bardzo klimatyczny, świetnie zrealizowany film akcji, który zaskakuje i szokuje brutalną przemocą oraz przemianą bohatera ze spokojnego drivera we wściekłego mordercę. Tylko zakończenie mnie rozczarowało (S P O I L E R – jak się spaceruje z gangsterem to głupotą jest odwracać się do niego plecami).

    • A mnie właśnie nie zaskoczyła ta wszędzie omawiana przemiana bohatera. Przecież już w scenie w restauracji z początku gdzieś Driver wyraźnie komuś grozi i to całkiem serio. Poza tym od razu skojarzyłem sobie sytuacje z westernami Eastwooda, kiedy pojawia się anonimowy człowiek znikąd i okazuje się później „szlachetnym zabijaką” . Ale cóż, ja jestem chyba jedyną osobą na świecie , której się ten film nie podobał :) (choć na pewno mu dam 2 szansę kiedyś). Jak dla mnie za dużo stylu, skupiania się na dziwnych ruchach kamery i slow motion, czy głośnej muzyce w trakcie dialogów, a za mało fabularnego mięsa i konkretnych bohaterów. Mimo wszystko dzięki za ozdew! :)

  3. Mi w „Drive” podobał się klimat, świetna scena otwierająca (szkoda, że potem film regularnie schodzi na coraz to niższe poziomy) i eastwoodowska postać Goslinga. Niestety spodziewałem się czegoś o wiele lepszego, a już na pewno nie tak…. nudnego

    Pozdrawiam
    Alek

  4. No cóż. Muszę przyznać, że zgadzam się z Tobą. Film niezły, ale to naprawdę nie jest wielkie kino. A co mi się w nim najbardziej podobało? Carey Mulligan. Ładna.

    • Ładna, ładna, ale wolałbym, żeby zagrała tu nieco konkretniejszą rolę, bo na co dzień jest naprawdę świetną aktorką (patrz chociażby: „Never le me go”), a tu wydaje się niemal na siłę słaba , krucha i nieciekawa jako postać. W ogóle moim zdaniem rola kobiet w tym filmie to spora porażka. pozdrawiam!

      • Chociaż co do filmu „Drive” mamy różne zdanie, to w przypadku „Never Let Me Go” jesteśmy zgodni. Wspomniany wyżej w komentarzu i polecany przez Ciebie u mnie na blogu film bardzo mi się podobał. Akcja toczyła się nieśpiesznie, a klimat był mocno depresyjny, jednak film był czymś oryginalnym, niesztampowym, co raczej rzadko się spotyka we współczesnym kinie. I aktorstwo też bardzo dobre, zarówno Carey Mulligan jak i Keiry Knightley.

        • o, obejrzałeś , cieszę się :) Mnie „Never let me go” zaskoczył mocno: film wyprany zupełnie z poczucia humoru, do samego końca poważny i trzymający jak słusznie określiłeś „depresyjny klimat”. Początkowo bałem się, że będzie to nudny na siłę wyciskacz łez, ale z czasem film wygrał mój szacunek. I to rzeczywiście, ze świetnym aktorstwem młodych (Garfielda też pochwalę, dorównywał żeńskiej części obsady).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s