The Bride of Frankenstein (1935, James Whale)

Narzeczona Frankensteina ***

Najgłupszy tytuł w historii kina i jednocześnie (zgodnie z tym, co twierdzą znawcy) ponoć najlepszy film o Frankensteinie , jaki kiedykolwiek powstał. Przypomnijmy dla porządku: Frankenstein to NIE potwór powstały z części ludzkiego ciała , ale doktor –  szalony naukowiec z obsesją na punkcie stworzenia człowieka idealnego, który w „Frankensteinie” (1931) owego potwora do życia powołał. W bezpośrednim sequelu powstałym 4 lata później pojawia się wykreowana przez naukowców kobieta, która zgodnie z zamysłem innego (jeszcze bardziej nieobliczalnego) naukowca, doktora Pretoriusa, ma się stać towarzyszką Potwora.   Ani to więc żadna narzeczona (nawet nie koleżanka!), ani tym bardziej Frankensteina, który żadnej narzeczonej nie szukał. Tytuł jest tym bardziej idiotyczny, że na 72 minuty filmu, tytułowa-  pożyczająca fryzurę od Nefretete – piękność , pojawia się dopiero na 4 minuty przed końcem seansu. Do tego momentu film jest bezpośrednim sequelem „Frankensteina” (dziś już raczej ciekawostki, która nie robi specjalnego wrażenia, a częściej przynudza lub bawi niedoróbkami technicznymi), w którym twórcy, rozochoceni sukcesem pierwszego filmu, pozwolili sobie na dużo więcej. Większy budżet, więcej czasu poświęconego stronie wizualnej, wyciągnięcie wniosków z tego, co dotychczas osiągnięto: „Narzeczona” nie jest może filmem wielkim i sporo się zestarzała (przede wszystkim nie straszy) , ale daje radę jako klimatyczna podróż w czasie do kina grozy połowy lat.30 (ważnego dla dalszego rozwoju gatunku). Jest przede wszystkim porządnie zrobiona i zagrana. Niesamowite wrażenie robi w pierwszej kolejności Ernest Thesiger jako de-mo-ni-czny szalony doktor Pretorius , trzymający w słoikach malutkich mini-ludzi (a  kamera go fenomenalnie klimatycznie ujmuje w klaustrofobicznych, przyciemnionych, gotyckich wnętrzach ponurych zamczysk). Poza tym niezawodny Boris Karloff w roli przerażającego żądne krwi i zemsty miasteczko monstrum. Warto film obejrzeć chociażby dla słynnej sceny, w której niewidomy pustelnik gości w swoim domu Potwora i próbuje się z nim zaprzyjaźnić. Od tej pory to już nie pusty, głupkowaty stwór, ale istota, która nabrała samoświadomości i próbuje jakoś egzystować wśród ludzi, którzy go sami stworzyli. Jego tragizm polega na tym, że aby być człowiekiem nie wystarczy mu nauczyć się mówić i jeść jak inni – potrzebuje prawdziwego uczucia od drugiej mu podobnej istoty, choćby przyjaźni. I dopiero wtedy, kiedy przeznaczona mu kobieta odrzuca go jako potencjalnego przyjaciela (?), bo wydaje jej się odrażający – sytuacja staje się dla niego jasna. Że  – jako wynik fatalnego eksperymentu ludzi – nie pasuje do ich  świata i musi z niego zniknąć. Nawet do dzisiaj potrafi to poruszyć. 

szymalan

Reklamy

One thought on “The Bride of Frankenstein (1935, James Whale)

  1. Dawno oglądałem, ale pamiętam, że podobał mi się bardziej niż pierwsza część. Lepszy był klimat dzięki muzyce Franza Waxmana, no i niezłe efekty Johna Fultona (scena z liliputami). Pierwowzór literacki Mary Shelley uważam za ciekawą i oryginalną powieść i podobało mi się to, że wprowadzono do tego filmu motywy zaczerpnięte z książki (było ich niewiele, ale włączenie do filmu sceny z niewidomym pustelnikiem było akurat dobrym pomysłem).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s