Don’t be afraid of the Dark (2010, Troy Nixey)

Nie bój się ciemności **

Z namaszczeniem samego Guillermo Del Toro na promocyjnym plakacie, można by się po filmie Troya Nixeya spodziewać nawet horroru na miarę „Sierocińca” (najlepszego i najdojrzalszego filmu grozy z ostatnich wielu lat) – czyli dramatycznej i wiarygodnej opowieści psychologicznej, która jednocześnie sama w sobie jest świetnym straszakiem: zaspokaja popyt na adrenalinę i sensownie dawkuje widzowi standardowe tricki montażowo-dźwiękowe,  mające mu szarpać nerwy. Amerykańsko-Australijski „Nie bój się ciemności”,  pomimo pięknej muzyki i gotyckiej oprawy wizualnej, nie potrafi ani jednego ani drugiego: dramat jest niezły, ale łez nie wyciska, a horror…no cóż. Tu już znacznie gorzej.

Bo „Nie bój…” to właściwie nie horror, ale  mocno plastyczna, atmosferyczna baśń fantasy przeznaczona dla młodego widza (może poza sekwencją łamania zębów na żywca- tu lepiej zasłonić oczy, bo brzydka jest , tak jak być powinna), która garściami kradnie wszystkie najbardziej oklepane klisze horroru. Jest zatem nieszczęśliwa, rozbita rodzina, która przeprowadza się do nowego domu, dziecko-medium z wyimaginowanymi (lub nie) przyjaciółmi, i sam wspomniany dom wyglądający jak  wiktoriańskie ponure zamczysko, wreszcie ogród w postaci labiryntu a także obowiązkowa piwnica, pełna kurzu, pajęczyn i rzecz jasna,  tajemnic.  „Sierociniec”  korzystał z tych schematów sukcesywnie: tam również pojawiały się legendy, które okazywały się prawdziwe, tam także obecny był motyw historii zataczającej koło (coś zdarzyło się w przeszłości; teraz nastąpi powtórka) oraz konflikt dorosłych z dziećmi poszukujący odpowiedzi na pytanie zasadnicze : kiedy ci pierwsi uwierzą tym drugim?

Tylko, że właśnie: „The Orphanage” był filmem, który mierzył się z problemem, o którym opowiadał – jego reżyser oddał się opowiadanej historii tak silnie, że musiała mieć moc, która tak bardzo poruszyła widzów. W przypadku „Nie bój się ciemności”, nigdy podczas seansu nie dochodzi do eskalacji terroru na taką skalę, na jaką przeciętny maniak horroru by sobie tego życzył. To, co próbuje wzbudzić tu poczucie utraty bezpieczeństwa w (zastanawiam się czy wolno mi zdradzić co) – ujmę rzecz delikatnie – wzbudza co najmniej zdziwienie, żeby nie powiedzieć ostro i stwierdzić, że po prostu śmieszy.  Sprawa jest tym gorsza, że wizualizacja złego pomiotu, który straszy główną bohaterkę jest nie dość, że dość dosłowna (detaliczność CGI aż bije po oczach) , to jeszcze łamiąca podstawową zasadę kina grozy mówiącą jasno: najbardziej przeraża nas to, czego nie widać. 

W tym skupia się cały bezsens tego filmu: straszydła muszą być na tyle głupkowate, aby dramat dziecka, któremu nikt nie ufa w to co mówi był wiarygodny – ale z drugiej znowu strony: co z tego widzowi, który czuje, że film (jak na reklamowany w końcu horror) jest KOMPLETNIE nie straszny i stuprocentowo przewidywalny? Cóż, powiem, że jako człowiek, który kocha ekranowe horrory na pewno widzę tu zalety, których szukam zresztą desperacko (np. przyzwoite role aktorskie, i to  nawet u Katie Holmes) , ale też trudno mi też w związku z tym nie odczuć większego rozczarowania. Może dla GDT zwyczajnie naszedł już ten najwyższy czas – przestać grzebać w strachach i duchach z dzieciństwa i wreszcie zająć się tym, co może przestraszyć dziś ludzi prawdziwie…dorosłych?

szymalan

Reklamy

One thought on “Don’t be afraid of the Dark (2010, Troy Nixey)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s