Harry Potter and The Deathly Hallows (2011, David Yates)

Harry Potter i Insygnia Śmierci. Część 2 ****

Nie będę ukrywał, że czekałem na ten film jak na żaden inny z całego tegorocznego repertuaru. Od lat jestem wielkim fanem książkowych dokonań J.K. Rowling, zaś po drugim i wreszcie trzecim seansie pierwszej części „Insygniów Śmierci” przekonałem się, że nie tylko David Yates jest człowiekiem, który w Potterlandzie orientuje się, jak żaden inny z poprzednich reżyserów „Pottera”  (zwłaszcza Newell wyleciał z orbity totalnie, ratując „Czarę ognia” świetnymi wątkami obyczajowymi), ale też że pomysł podziału opasłego tomiska wieńczącego sagę na dwa filmy, miał jednak  sens. Niestety, jest to już 3 film Davida Yatesa, z którym po seansie mam jakiś bliżej niedookreślony problem. Być może (albo i nie) będę potrzebował drugiego seansu, żeby go rozwikłać, ale póki co spróbuję go tylko jakoś zdiagnozować.

Zaczęło się od ciarek na plecach: przypomnienie ostatniej sceny poprzedniego filmu, po raz ostatni sunące w stronę widza logo Warner Brothers,  Severus Snape spoglądający na dziedziniec Hogwartu,  Harry nad grobem „Wolnego Skrzata” , a w tle tego wszystkiego delikatnie pulsująca muzyka Alexandre’a Desplata-  oglądało się to świetnie. Taki cudowny minimalizm:  drobne obrazy, gesty, zero słów. Każda kolejna scena filmu wprawiała mnie w dziecięcy zachwyt – a mógłbym tu je wymieniać do woli:  długie , ciche,  choć nie pozbawione podskórnego napięcia dialogi z Ollivanderem i Gryfkiem;  odwiedzenie Hogsmeade i banku Gringotta (znakiem serii jest unikatowy humor związany ze stosowanym eliksirem wielosokowym), doskonale wplecione żarty, jak na apokaliptyczny charakter filmu. To, czym jednak „Insygnia Śmierci cz.2” zaskakują w pierwszym akcie  zdecydowanie najmocniej to – i  nie jest to żart,  drodzy Mugole- zupełny, ale to absolutnie zupełny brak ekspozycji. Tu nikt nie tłumaczy ani przez moment,  kto tu jest kim i skąd się wziął w danym miejscu;  nikt nie przypomina ile horkruksów dotychczas znaleziono, ile zniszczono, ile zostało do znalezienia, ani nawet czym te cholerne horkruksy w ogóle są.

Steve Kloves (scenarzysta 7 filmów z serii) skonstruował film w taki sposób, że akcja rusza dosłownie z miejsca już od pierwszego ujęcia. Tak jak film się zaczyna, tak jesteś w samym jej środku i razem pędzimy do finału,  z odgórnym założeniem, że jak ktoś dotarł na ten film do kina, to nie znajdzie problemu ze zrozumieniem czym jest zaklęcie Imperio, co to Myślodsiewnia, czy skąd wzięli się Szmalcownicy.  Niestety, takie skrótowe myślenie zapędziło jednak twórców w małą pułapkę (już pomijając fakt, że ludziom o słabszej pamięci wypadałoby nieco wyjaśnić , choć odrobinę wprowadzić w kontekst całej historii, skoro to wielki finał). Kiedy po raz pierwszy dowiedziałem się, że film będzie najkrótszy z całej serii, to – w przeciwieństwie do największych hardkorowych fanów – pochwaliłem ten zdecydowany, śmiały pomysł twórców (stojący w opozycji do słynnego, rozlazłego finału trylogii Petera Jacksona składającego się z 17 zakończeń).

Teraz jednak sprawy widzę nieco inaczej: o ile pierwszy film niemal idealnie broni się jako osobne dzieło ekranowe, to o tyle ten film- już jakoś niespecjalnie. Jest tak krótki, i tak szybki, i tak w sumie wątły fabularnie (w zasadzie całość to tylko dużo biegania po różnych lokacjach i jedna wielka bitwa) , że sprawdza się zdecydowanie bardziej jako „ta druga połówka”,  segment dwuczęściowej epopei zatytułowanej „Deathly Hallows”. Unikając za wszelką cenę przesadnie rozbudowanego finału, twórcy nie zasugerowali nam na koniec żadnego poczucia przywrócenia porządku na świecie po wielkiej bitwie (jakim charakteryzował się chociażby finał trylogii Petera Jacksona, i jakim charakteryzują się niemal wszystkie filmowe gatunki czy  jak nakazują  niepisane prawa tego typu wielkich kinowych serii).

Tutaj film pozostawił mnie z bardzo dziwnym odczuciem: zamiast triumfu, radości i energii, wyszedłem z kina z jakąś dziwną pustką, a ostatnia scena miała zaskakująco słodko-gorzki wydźwięk rzutujący na postrzeganie filmowego Pottera. Skąd takie odczucia u mnie? Przez to , że coś się skończyło dla mnie i dla popkultury,  czy może faktycznie zamiar twórców był tak odważny, żeby demony ciemności pozostawić wiszące w  powietrzu nawet aż do momentu pojawienia się napisów końcowych? A może jednak mój niski zapał po projekcji  wynikał po prostu z tego, ktoś ewidentnie schrzanił ostatnie kilka minut filmu?

Nie wiem, nie umiem odpowiedzieć na to pytanie, i jeśli ktoś ma jakiekolwiek sugestie w tej sprawie, będą bardzo mile widziane w komentarzach.

Wolałbym się skupić w tej chwili na tym, co w filmie było dla mnie bezsprzecznie dobre, a zapewniam, że gdyby nie finałowe niejasności, uznałbym „Deathly Hallows Part 2” za bezproblemowego faworyta całej dotychczasowej serii. Zaufany producent , David Heyman oraz potężna ekipa pracująca nad każdym z ośmiu filmów, po raz kolejny nie zawiedli. W czasach, kiedy George Lucas wraca do „Gwiezdnych Wojen” udowadniając, że myśli tylko box officem, nie przykładając żadnego uczucia do swojego własnego dzieła, w czasach okropnych  i bezdusznych pseudo familijnych produktów w rodzaju „Eragona” czy „Percy Jacksona” , i wreszcie w czasach obsesji nowinkami w rodzaju technologii 3D – to aż cud, że film z tak odległym numerkiem w serii zarabiającej miliard dolarów rocznie, może być nadal aż tak dobry.

I to zarówno technicznie (efekty specjalnie nigdy nie były lepsze, a widać wyraźnie , że dużo poprawiono od czasu pierwszego zwiastuna, na którym aż się krzywiłem; dodam do tego świetną konwersję 3D, ktora nigdy nie burzy odbioru filmu, a czasem go nieźle wspomaga), aktorsko (więcej do pogrania ma tu Alan Rickman, czy doskonała Maggie Smith, choć i Daniela Radcliffe’a bym pochwalił za kilka niezwykle wymagających sekwencji, których – na całe szczęście – nie zepsuł ani trochę), ale przede wszystkim emocjonalnie: nie pamiętam kiedy ostatnio się tyle razy wzruszyłem w kinie,  a  – prawdę powiedziawszy – film wycisnął ze mnie łzy już w pierwszej minucie projekcji. Oczywiście, to jest szybka jazda bez trzymanki, jasne –  to jest kino wojenne na pełnych obrotach z panoramicznymi ujęciami setek statystów i tonami drogich efektów specjalnych – ale tak, jak obiecywał Heyman na tegorocznym Comic Con: ten film ma silny, emocjonalny rdzeń, w którym liczy się ludzka historia i  prawda postaci.

I temu na szczęście poświęca się najwięcej czasu: analizie ulega więc nie tylko sam Potter (który jest co raz bardziej zdeterminowany, aby walczyć ze Złem), ale też jego antagonista (im bliżej finału, tym co raz bardziej psychotyczny i tracący zmysły), ale przede wszystkim Severus Snape, którego wyczekiwana sekwencja wspomnień pojawia się w filmie i dosłownie rzuca na kolana precyzją z jaką jest zmontowana i wzruszeniem, jakie ze sobą niesie. Swoje „tadam!” momenty mają też tacy bohaterowie jak Malfoy, Molly Weasley, czy Neville Longbottom.

To podejście do historii bohaterów imponuje, bowiem twórcy byli w stanie zrezygnować z części sekwencji bitewnych (całość jest bardziej sugestią epickiej walki, chaosu i grozy niż realnym starciem rozciągającym się na cały film).  Ale też książki Rowling nigdy nie były jakimś tanim fantasy dla młodzieży: mimo brawurowej wyobraźni ze smokami i pelerynami niewidkami , na pierwszy plan wysuwa się tu przecież prawdziwie ludzki dramat. Finałowe starcie Harrego z Voldemortem to nigdy nie był tylko pojedynek na różdżki – to walka dwóch dusz: jednej , która zaznała  w życiu wiele złego, ale miała  wolę kochania drugiego człowieka,  oraz drugiej, równie okaleczonej  w przeszłości, ale która odrzuciła magię miłości i uległa własnym obsesjom. Banalne? Proste? Cóż, w rękach twórców rozkochanych w tej opowieści brzmi jak szczerze wyznanie. Jest też przecież szczerym wyznaniem samej pisarki, która w pewnym sensie rozlicza się w tych książkach z własnych dzieciństwem (to duży osobny temat, polecam zajrzeć do dokumentu  „Rok z życia J.K.Rowling” znajdującego się na DVD szóstego filmu).

Na koniec może już skrótowo: chyba nie muszę dodawać, że kadry w filmie są przepiękne jak zawsze (Stuart Craig jako scenograf serii powinien mieć Nobla za to co zrobił, podobnie trudno wycenić wartość zdjęć doskonałego Eduarda Serry, dzięki któremu ten film jest tak rozkosznie mroczny jak jest), a cały film trzyma cały czas w napięciu i idealnie przenosi emocje książkowe w filmowe (a to właśnie w tej części sagi,  Rowling sięgnęła mistrzostwa), chwilami wręcz szokując intensywnością, brutalizmem  i znaczeniem kolejnych wydarzeń. Yates wyciąga kapitalne kreacje z aktorów, a sam z filmu na film udowadnia , że nie wziął się na planie czterech megaprodukcji przypadkiem.

Przyjaźń, miłość, strata, wierność, lojalność, walka, przeszłość, przyszłość, honor , odwaga, strach. Wszystko tu jest – na wyciągnięcie ręki – i to w jednym z najwspanialszych światów, jakie powstały w ludzkiej wyobraźni. Nawet jeżeli nie wszystko gra w tym filmie jak trzeba – warto się wybrać do kina, nie wiadomo kiedy znów dostaniemy tak dobry film rozrywkowy zrobiony za 200 milionów dolarów.

szymalan


Reklamy

3 thoughts on “Harry Potter and The Deathly Hallows (2011, David Yates)

  1. 1. Ostatnia scena „19 lat później” rozśmieszyła mnie do łez przez moim zdaniem lichą charakteryzację, jak na tak dużą różnicę czasu, o czym zapomniałam Ci wczoraj wspomnieć :]
    2. Pluje sobie w twarz przez ten cholerny dubbing, bo wiem, że zepsuł mi postrzeganie odpowiedniej wartości dialogów.
    3. 3D w wózku w Gringotta było bomba, ale kurczę blaszka, 3 dodatkowe złote za jedną scenę?
    4. A tak w ogóle to podobało mi sie bardzo ;)

  2. Czułem niedosyt wczoraj wieczorem po seansie, czuję go niestety i teraz i chyba coraz bardziej. Ogólnie zgadzam się z tym co napisałeś, prócz dwóch ostatnich akapitów, bo ja jakoś nie potrafiłem się wciągnąć w tą opowieść, zapomnieć o otaczającym świecie. Nie czułem żadnego napięcia. Jedynie dwie sceny pochłonęły mnie całkowicie: wzruszające wspomnienia Snape’a i marsz Harry’ego do Zakazanego Lasu. Dwie fantastyczne sceny, które autentycznie mnie ruszyły. Cała reszta, prawdę powiedziawszy mnie obeszła i nie miałem poczucia, ze oglądam finał. Już bardziej dramatyczna i mroczna była pierwsza część.

    A co do Twojego pytania, to moim zdaniem, tak, ktoś tu ewidentnie schrzanił końcówkę.
    Epilog nie podobał mi się już w książce, więc nie zdziwiło mnie, że i w filmie wyszedł tak sobie i tu wcale się nie dziwię twórcom, że mogli mieć z nim pewien problem. Ale tego co dzieje po ostatecznym starciu Harry’ego z Voldemortem nie jestem w stanie wybaczyć. Ok, książkowa radość w filmie mogła wyjść sztucznie, ale żeby tak w ogóle nie zaznaczyć, jak ważne jest to zwycięstwo? Spodziewałem się przed seansem, że nie zobaczę wiwatowania nad zwłokami Voldemorta, że pewnie podobnie jak w szóstej części gdy wystawny pogrzeb Dumbledore’a został zastąpiony przez symboliczne, niezwykle proste ale jak wzruszające podniesienie różdżek ku niebu, tak i tu odbędzie się to raczej na spokojnie. Ale, żeby całkowicie zrezygnować z tej chwili tryumfu dobra nad złem? Kto to wymyślił? Tego nie mogę do teraz pojąć.

    Pozdrawiam

    • @lyneq:

      U mnie też cała sala się śmiała na tym epilogu :/ Strasznie to wyglądało, Harry jeszcze daje radę, ale Ron masakra.

      @milczący:

      Też mam takie wrażenie, że już na etapie książkowym coś z tym epilogiem jest nie tak. Jest taki hmm..antyfinałowy, zupełnie mi jakoś nie pasi na ostatnią sceną 8 filmowej sagi. I jeszcze te imiona Albus Severus Potter , gosh :/

      Co do scen po śmierci Voldemorta: niestety muszę się zgodzić. Tez mi brakowało tego triumfu, albo chociaż sugestii, że to zmiana na lepsze, że koniec terroru, cokolwiek. Spodziewałem się, że wyjdę uradowany z kina z bananem na twarzy, a tu byłem przybity jak po jakimś Larsie von Trierze WTF?

      Też mam z tym spory problem. Nawet ta scena na moście z trójką bohaterów nie dorasta do pięt podobnej z końcówki „Księcia Półkrwi”, w której stoją na wieży astronomicznej i w milczeniu prawie żegnają się z Hogwartem. Nie wiem może muszę to faktycznie obejrzeć drugi raz, dotychczas z filmami Yatesa tak miałem, że drugi seans znacznie pomagał. Tym bardziej, że cała reszta filmu była dla mnie w porządku (pod warunkiem, że biorę Dh 1 i Dh2 razem). Nic, czekam na DVD.
      pozdrawiam

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s