Krótka histeria czasu *

Krótka histeria czasu *

Naprawdę nie mam nic do Dominika Matwiejczyka. Nie mam nic do faceta, który kręci offowe kino przyzwoitej jakości, zdobywa na odpowiednich festiwalach pokaźne wyróżnienia, a raz na jakiś czas dorabia pisaniem scenariuszy do popularnych telenoweli w rodzaju „Pierwszej miłości”. Nie mam nic do niego, w końcu człowiek może sobie kręcić i pisać co mu się żywnie podoba. Problem zaczyna się z chwilą , gdy Matwiejczyk uruchamia tą swoją amatorską  machinę produkcyjną i wkracza z nią z buciorami na mój teren. Może reżyser nie chodzi do kina i nic w życiu nie ogląda, a może po prostu świadomie zaśmiał się widzom w twarz, ale kiedy 1,5 godzinne amatorskie coś nazywa filmem, okradając mnie z czasu, zdychających komórek mózgowych i łącza internetowego (rzecz do obejrzenia w iplexowym systemie vod), to w tym momencie widzę już tylko jedną opcję: wojna i płomienie piekielne (a od czego ma się bloga).

Dlatego też nie mam wyboru i muszę się (niejako z obowiązku) rozprawić z tym tworem, które podkopuje za jednym zamachem ponad 100 lat kinowej tradycji i wypracowanych standardów. Poczynając od fabuły, która w pierwszym akcie dosłownie nie ma miejsca (ot, Damięcki opowiada przez 30 minut jak to mu się podoba koleżanka ze studiów), zaś w kolejnych żadnego sensu (żeby się babrać w czymś takim jak cofnięcie się w czasie trzeba ustalić wpierw reguły gry, panie Reżyserze), poprzez wszystko inne. Okropne dialogi (na każdy monolog z offu głównego bohatera reagowałem jak rodzice Fiony, gdy przyprowadziła im Shreka), jeszcze słabsze aktorstwo (Damięcki będzie dla mnie od tej pory jak sygnał ostrzegawczy), żenujące kadrowanie i praktycznie zupełny brak montażu (w podejrzanych ongiś jednym okiem odcinkach „M jak miłość” realizacja zdradzała większy profesjonalizm) – wszystko tu leży i kwiczy. 

A tako rzecze fabuła: bohaterowi podoba się co prawda piękna dziewczyna , ale nic nie może zrobić – wydaje się już dawno „zarezerwowana” przez kolegę z roku. Po ekscytującym wieczorku towarzyskim z nią i znajomymi (pogaduchy w barze na tematy naukowe), bohater wraca do domu, obmywa się zwykłą wodą w łazience i w ten oto cudowny sposób , czas przeskakuje o jakiś rok w tył. Wszyscy są młodsi, tamtejsze związki i znajomości jeszcze nie mają miejsca, zaś naszemu nerdowi nie pozostaje nic tylko naprawić co się spaprało i wykorzystać szanse, które życie dało mu szczęśliwie po raz drugi. I bardzo fajnie, tylko, że … w praktyce jednak trudno powiedzieć czego chłopak tak naprawdę chce : niby robi wszystko, aby tę szansę wykorzystać, to umawia się non stop ze swoją ukochaną-  to do kina pójdzie na film, który już widział, to wymyśli skombinuje nagłe warsztaty aktorskie , które go w ogóle nie interesują (ale ją  i owszem), ale z drugiej strony- w nerwach, pocie i znoju szuka rozwiązania zagadki jak tu wrócić do poprzedniego świata, w którym na koleżankę patrzy tylko z daleka. Ktoś coś z tego rozumie? 

Absurdem jest więc tu nie tylko zachowanie głównego bohatera (który sprawia wrażenie zapominalskiego 13-latka średnio ogarniającego rzeczywistość – ta zresztą jest wyjątkowo płasko naszkicowana), ale też  sama fabuła, w której nie ma ani żadnych reguł (dlaczego akurat Damięcki doznał cudu? po co w ogóle próbować tłumaczyć całe zjawisko, skoro żaden widz bujdy o magnetycznych pseudowynalazkach nie kupi?) ani struktury, która dyktowała by dozowanie widowni napięcia.  W końcu od amatorskiego kina offowego daleko jest nawet do filmu tworzonego na potrzeby telewizji (trzeba mieć jednak ten skrypt rozpisany na te dobre50 minut,  porządnych aktorów i jakieś choćby podstawy warsztatu), a od filmu kinowego dzielą go mile świetlne.

„Krótka histeria czasu” wydaje się w tym kontekście dziełem antyekranowym : sceny nie kończą się puentami, kamera co chwilę robi jakieś masakryczne zbliżenia,  zaś żarty sprawiają wrażenie, jakby za chwilę z głośników miał polecieć sztuczny śmiech publiczności niczym w kultowych „Miodowych latach”. Na koniec muszę jeszcze uprzedzić o dwóch ważnych elementach „Krótkiej histerii czasu”, które zapamiętam na długo: wstrząsającej scenie studenckiej imprezy (to jest dopiero science fiction!) oraz ścieżce dźwiękowej, która prawdopodobnie byłaby nominowana do nagrody dla najgorszej muzyki wszech-czasów napisanej na potrzeby filmu; oczywiście-  gdyby ktoś nad Wisłą takie „nagrody” w ogóle przyznawał.

szymalan

Reklamy

2 thoughts on “Krótka histeria czasu *

  1. Nie oglądałem i po takiej recenzji widzę, że nie warto ;-) Ale napiszę jedno: już się przyzwyczaiłem do tego, że jeżeli na jakiś reklamach polskich filmów ciągle widzę, w kółko tych samych aktorów i te same nazwiska, to nie ma sensu ‚iść’ na seans licząc na coś ambitnego, ba, pozwalającego na zapomnienie o świecie… Polskich dobrych filmów niestety nie ma zbyt wiele… A szkoda… :-|

    • Nie ma aż tak źle:-). Niedawna „Sala Samobójców” ma dużo błędów, ale całościowo daje radę i przede wszystkim jest świeża pod każdym względem. Parę tytułów z tegorocznej Gdyni też ponoć jest wartych uwagi jak Róża , czy Młyn i Krzyż :) Ale niestety z drugiej strony są też wciąż takie potworki jak „Weekend” Pazury :(
      W każdym bądź razie ogólnie idzie ku lepszemu z tego, co widzę.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s