Melancholia (2011, Lars von Trier)

Melancholia ******

Nigdy dotąd nie potrafiłem w pełni docenić Larsa von Triera jako artysty: niedawny „Antychryst” nie wychodził  poza artystyczne dziwadło, „Przełamując fale” było zaledwie dobre, a „Tańcząc w ciemnościach” to jedna z największych ekranowych manipulacji , z jaką miałem do czynienia. Ale nawet w tych lepszych jego filmach (jak ciekawy formalnie „Dogville”) zawsze czegoś mi brakowało; nie czułem katharsis, czułem za to kapitalny warsztat (Trier jest wybitnym reżyserem i będę tak twierdził bez względu na to , co myślę o jego filmach) i narcystyczną chęć zaimponowania światu (krytykom?). „Melancholia”  jest dokumentnym zaprzeczeniem jego dotychczasowego toku myślenia- styl pozostał, warsztat pozostał, deprecha też wciąż jest, ale że na taką dojrzałość zdobędzie się słynny reżyser-skandalista, to się nie spodziewałem.

Jak „Antychryst” im dalej w las szedł, tym więcej kiczu widział, tak w „Melancholii” mamy do czynienia z ostentacyjnym wręcz kiczu odrzuceniem;  jego wyśmianiem i  sprowadzeniem do właściwej mu roli tandety. We wprowadzającej do całości , bardzo długiej (ok 10 minut), zrealizowanej w całości w slow motion,  uwerturze Trier wykłada wszystkie karty na stół. Wiemy, że czeka na jakieś wesele, wiemy, że grana przez Kristen Dunst postać jest najważniejszą w całym filmie i wreszcie wiemy, że wszystko to skończy się katastrofą najgorszą z możliwych- epickim końcem świata, gdy kilkakrotnie większa od Ziemi planeta Melancholia pochłonie nas wszystkich bez reszty.

Uwertura ta pełni też rolę zaprzeczenia, mówi jednocześnie czym ten film na pewno nie będzie. Nie będzie ani widowiskowy (najlepsze zastosowanie slow motion w historii!- Zackowi Snyderowi zrobi się łyso jak obejrzy), ani tak patetyczny, piękny, symetryczny i cichutki (tylko z muzyką w tle). Trier daje nam od zrozumienia zawczasu: u niego katastrofa będzie miała zupełnie inny wymiar niż w komputerowych widowiskach z Hollywood. Finałowa groza jest u niego intymna, nie masowa, za to krótka i dosadna- koniec świata będzie jednym „bum”, po którym wszystko po prostu  zniknie.

Zanim jednak Lars udowodni, że kręci trylion razy lepsze pod względem dramaturgicznym filmy katastroficzne od Rolanda Emmericha, daje nam aż 2 godziny, żeby zapoznać się i pobyć z głównymi bohaterami. Oto Kirsten Dunst (istna aktorska sensacja, powinna być z miejsca nagrodzona Oscarem od Akademii Filmowej) gra tutaj Justine, świeżo upieczoną (trochę egocentryczną) pannę młodą ze skłonnościami depresyjnymi (które w początkowej fazie objawiają się serią ucieczek od centrum wydarzeń). Wraz z swoim mężem przybywają limuzyną do małego pałacyku , aby w uroczej, ogrodowej scenerii dołączyć do całej rodziny oraz  wszystkich gości i odbyć uroczyste wesele.

Pieczę nad imprezą sprawuje jej siostra Claire (fenomenalna Charlotte Gainsbourg), kobieta poukładana, żyjąca podług z góry ustalonych  schematów i lubiąca mieć całą rzeczywistość w garści. Biega zdenerwowana po weselisku z planem wydarzeń w ręku i stroi dobrą minę do  złej gry (na przyjęciu wszystkie animozje rodzinne i patologie wyłażą bezlitośnie). Choć obydwie siostry tak są od siebie różne (są jak idealny plus i minus, o których reżyser mówi, że są jego podwójnym alter ego), jako jedyne wydają się nawzajem w pełni rozumieć. W końcu to nie bucowaty szef grany przez Stellana Skarsgarda, nie przystojny współpracownik, irytująca matka, popisujący się wdziękiem ojciec, czy wreszcie nawet nie sam mąż Justine snujący wielkie plany na przyszłość o dziecku i nowym domu,  nie okażą się wobec spraw „ostatecznych” najważniejsi.

Kiedy rodzinna psychodrama  się skończy, wszyscy rozjadą się do domów, a na ekranie ukaże się z plansza rozpoczynająca drugi rozdział filmu, w grze zostaje już tylko kilka osób. Justine, Clair i jej syn oraz organizator wesela. I to właśnie im, wspólnie i we względnym spokoju, przyjdzie oczekiwać na koniec świata. Wtedy to właśnie nastąpi zamiana ról:  twardo stąpająca po gruncie Clair zaczyna panikować (przeszukuje internet w poszukiwaniu danych o Melancholii), zaś pogrążona już w maksymalnej depresji Justine,  uspokaja się i najwyraźniej nadchodzący koniec ludzkiej cywilizacji nie robi na niej już wielkiego wrażenia (ponoć ludzie w depresji tak mają).

Dlaczego ja jako widz czuję, że to wszystko działa? Dlaczego po raz pierwszy wierzę i ufam w każdy ruch popełniony przez reżysera na dużym ekranie? Może dlatego, że poza najlepszymi zdjęciami, jakie widziałem od ładnych paru lat (ukłon po pas należy się już za samą scenę opalania się nagiej Dunst w świetle planety), poza doskonałością techniczną (efekty CGI współpracującej z Zentropą polskiej wytwórni Platige image oraz dźwięk, który najprawdopodobniej wzbudziłby zazdrość samego Michaela Baya) i doskonałym prowadzeniem aktorów, czuć obecność duszy samego Larsa. Żadnych antychrystowych wygłupów, żadnych tanich  telenowelowych wzruszeń z Bjork w roli głównej, żadnej kontrowersyjnej idei, czy zwyczajowego trierowego histeryzowania. „Melancholia” to tylko bohaterowie, których reżyser trzyma blisko siebie,  i których po ludzku próbuje najlepiej zrozumieć.

Jego film jest w końcu niczym innym , jak  prosto skonstruowaną medytacją nad ludzkim losem, bezsensem poczynań, banalnością i głupotą rytuału życia (co zrobić przed końcem świata? zapalić świece, słuchać Beethovena- czy naprawdę to swego rodzaju jeszcze jedno wesele?). Nie wierzący w ludzi Lars daje nam w niesamowitym finale coś , czego nie poczułem jeszcze nigdy w życiu w kinie- poczucie, że bliskość potrafi zbawić. Ta przepiękna kilkuminutowa sekwencja zamykająca film nie tylko o mało nie wysadziła głośników w moim Cinema City, spowodowała zawału u niżej podpisanego, ale pozostawiła wielo-sekundową ciszę, kiedy trzeba było udać się do wyjścia.

O wielkiej, naprawdę wielkiej klasie von Triera niech świadczy tu fakt, że cała ta katastroficzna bajka poprzedzona jest opowieścią o prawdziwych ludziach. Czułem, że każda rozmowa jest tu niezwykle ważna i potrzebna, wiedziałem, że jest w tym tyle szczerości i prawdy, na ile można się w kinie zdobyć. Kiedy wyszedłem z kina miałem to rzadkie, paradoksalne poczucie porządku,  spokoju na świecie.  Każdy wielki artysta dzieli się swoim wnętrzem z widzem, ale jednocześnie aby nie popaść w grafomanię, musi znaleźć sposób na to, aby widz potraktował ekranową sytuację jak swoją własną. Ja uwierzyłem.

Przyznam, że od kilku lat chciałem zobaczyć dobrze zrobiony film o końcu świata. Taki  który poczuję, który przeżyję razem z widownią na sali. Taki, w którym ostatni posiłek smakuje bohaterom rzeczywiście jak ostatni, taki, w którym następuje w pewnej chwili świadomość nieuchronności. Nie ma apokalipsy, sądu ostatecznego, ani kary. Jest tylko puste „nic”, pustka (lub filmowa terapia) doskonała. Nie wierzę, że doczekałem się takiego dzieła tak szybko. Ave, Lars, już dziś przechodzisz do mojego kanonu!

szymalan

Reklamy

10 thoughts on “Melancholia (2011, Lars von Trier)

  1. Ten film wywołał u mnie niesamowite emocje! Żaden, ale, to żaden film nie spowodował u mnie przeszycia dreszczem na taką skalę. Szczególnie mam na uwadze ostatnią scenę. Wgniotła mnie w fotel lepiej niż rollercoasterowa siła dośrodkowa.
    Wcale nie wstydzę zachwycać się artyzmem jaki pada w pierwszych 10 minutach (jak i w całym filmie). Wręcz odczuwam pewne spełnienie, delektując się użytym perfekcyjnie i bezpretensjonalnie slow-motion.
    A Kirsten Dunst to dla mnie nowa twarz Hollywood, która w końcu rozpocznie solidną karierę i świat przestanie o niej myśleć wyłącznie jako dziewczyna człowieka-pająka.
    BTW. Gratuluję recki. Zgadzam się w niemal 100%. Dodam jeszcze, że muzyka to nie 120-minutowe Hanszimerowskie pie*dolenie, a wyważona i dramatyczna nuta, powalająca w każdym istotnym momencie filmu. Dosłownie, krzyk ciszy…

    To był mój pierwszy film von Triera. Teraz mam ogromną chęć na Dogville, Antychrysta itd. Zobaczymy co dalej nam pokaże ten „psychopata” filmu XXI wieku. ;D

    Marakesh
    (miałem pewne problemy z zalogowaniem na WP, więc to ja jakby co :D)

  2. Chociaż nie przepadam za serią „Spider-Mana” to zawsze uważałem Kirsten Dunst za dobrą aktorkę, której talent nie został jeszcze w pełni wykorzystany. Wszystko wskazuje na to, że ta aktorka w końcu dostała rolę godną jej talentu i stworzyła wybitną kreację, co potwierdza nagroda w Cannes. Żadnego wcześniejszego filmu von Triera nie oglądałem do końca, ale „Melancholię” na pewno obejrzę, chociażby ze względu na Kirsten Dunst.
    A z tego co piszesz, wynika, że jest w tym filmie jeszcze jedna świetna rola. Ja wprawdzie nie pamiętam żadnego tytułu filmu z Charlotte Gainsbourg, ale widziałem ją już kilkakrotnie i mogę stwierdzić, że jest ona równie utalentowaną i odważną aktorką, co jej matka, Jane Birkin.
    Przyznaję, że jestem także ciekaw roli Kiefera Sutherlanda, który występem u von Triera chce się pewnie uwolnić od roli Jacka Bauera w serialu „24 godziny”.
    Tak więc nawet jeśli styl von Triera mi się nie spodoba to przynajmniej mam pewność, że aktorzy nie zawiodą, bo obsada jest świetnie dobrana. Oprócz trójki wspomnianych aktorów w filmie zagrali jeszcze Udo Kier, Stellan Skarsgard, John Hurt i Charlotte Rampling. Wielu hollywoodzkich reżyserów marzy o takiej międzynarodowej obsadzie. Lars von Trier musiał mieć naprawdę świetny scenariusz i pomysłową koncepcję, żeby namówić takich aktorów na udział w tym filmie.

    • @marakesh:
      Też myślę, że po hollywoodzku rozumiana ścieżka dźwiękowa zabiłaby tylko tę niesamowitą atmosferę, jaka panuje w „Melancholii”. Trier wykazał się niezła intuicją w doborze Wagnera. A jego filmy polecam, nawet re których sam nie znoszę. Zresztą , jego reputacja mówi sama za siebie :-)

      @Peckinpah:
      Dobrze, że wspomniałeś o reszcie obsady, bo w sumie pisałem tylko o dwóch głównych rolach. Wszyscy, bez wyjątku, są tu rewelacyjni, a zwłaszcza Sutherland, który ma znacznie więcej do pogrania niż Hurt czy Skarsgard. W całym filmie jest ogólnie mało ról dialogowych, za to o wszystkie z nich Trier zadbał z najwyższą pieczołowitością (o czym też świadczy to o czym piszesz, czyli sama kapitalna obsada).
      Dodam jeszcze , że polecam obejrzeć ten film KONIECZNIE w dobrym kinie, to jeden z bardzo nielicznych filmów ostatnich lat, który naprawdę warto przeżyć przed wielkim ekranem (tylko trzeba się bardzo mocno skupić, całość jest dość długa i niespecjalnie szybka, ale warto się nie poddawać).

      pozdrawiam komentatorów:)

  3. kusisz Ty, kusi milczący, zewsząd słychać, że film jest świetny, że oscarowa rola Dunst itd, a ja kolejny raz (jak przy Incepcji) będę się obawiał podejść do filmu. Co ja poradzę, że jak się nastawię na dobre kino to musi takie być, gdy jest inaczej wiadomo co się czuje. Świetna recenzja. Pozdrawiam

    • cóż, powiedzieć ja mimo wszystko ryzykownie zalecam iść zdecydowanie do kina. Nie pisałem o tym w recenzji, ale tak stricte zrobionego pod wielki ekran filmu nie oglądałem od dawna. To sie powinno w IMAXach wyświetlać, bo z takim walorami dźwiękowymi i wizualnymi to film jest istną petardą.

      I obawiam się (może nie słusznie) , że w domu na dvd, może już dużo stracić. A sam film – jak to każde dzieło Triera- warto wysiedzieć, choćby po to aby się potem powykłócać z kimś, albo znienawidzić reżysera.

      Dzięki za pochwały też :)
      pozdrawiam

  4. =) Bardzo się cieszę z tej recenzji, podniosła mnie na duchu, ale też dała mi do zrozumienia, jak bardzo jestem w tyle z filmowymi nowościami. Na początku, bardzo na ten film czekałam, później emocje opadły, Lars znowu pokrzepił szanse na nagrodę dla swojego filmu, swoimi nieprzemyślanymi, a co ważniejsze, niepotrzebnymi uwagami i przemyśleniami, tym razem na świecznik biorąc samego Hitlera, co trochę mnie zdenerwowało, jako że bardzo bym chciała, żeby to o jego filmach było głośno, a nie o samym Larsie, jako niezdyscyplinowanym reżyserze. No, ale trudno. Pewnych słów nie da się już cofnąć. Najważniejsze, że film jest dobry. Ciekawe, czy najlepszy w jego karierze? Choć jeśli o mnie chodzi, trudno będzie przebić „Przełamując fale”. Nie wiem, czy uda mi się obejrzeć „Melancholię” w kinie, bardzo bym chciała, ale jak już to dopiero za 2 tygodnie. Pozdrawiam :)

    • Jak dla mnie cały ten medialny cyrk wokół Hitlera to sporego kalibru żenada, nie rozumiem po co to tak roztrząsać, Lars chciał być zabawny, gdy ogląda się dłuższy zapis konferencji prasowej to widać, że po prostu chciał zabawić jakoś dziennikarzy i gości, ok, może żarty nie okazały się wyrafinowane czy subtelne, ale czy to od razu powód aby robić taką aferę?
      Tym bardziej, że film moim zdaniem jest wielki. Nie znam wszystkich filmów Larsa, ale ten póki co zrobił na mnie największe wrażenie.
      Co do oglądania w kinie- jeżeli gdzieś w pobliżu Ciebie wyświetlają na wielkim ekranie ten film- nie zastanawiaj się i idź :) Może szybko zejść (u mnie widzę seansów ubywa z piątku na piątek), a powtórzę się znowu- naprawdę warto nie czekać na dvd.
      pozdrawiam i wyczekuję na Twoim blogu opinii!

      • To znaczy, ja też zrozumiałam ten żart Larsa i jak najbardziej takie słowa nie mogły urazić mojej wrażliwości, w żaden sposób, ale zdawałam sobie sprawę, że media zrobią z tego aferę (i tak się stało), choć w gruncie rzeczy, von Trier nie wypowiedział żadnych słów, które mogłyby kogokolwiek prawdziwe urazić, te słowa zostały jedynie fałszywie rozdmuchane. Sam reżyser przyznał, że te słowa był niepotrzebne, bo jak się później okazało, nikt już nie mówił o filmie, tylko o tym, co von Trier powiedział. On też się później o tym gorzko przekonał. I tylko dlatego uważam, że te słowa były niepotrzebne. Czekam na moment aż w Cannes to filmy będę głośno omawiane i interpretowane, a nie zachowania, czy słowa znanych i bardziej, czy mniej lubianych.
        Z tego co wiem, u mnie „Melancholia” będzie wyświetlana jeszcze przez jakiś czas, więc nie muszę się spieszyć. Pozdrawiam :)

        • Absolutnie się zgadzam. Mój zarzut był oczywiście tylko i wyłącznie w stronę dziennikarzy i władz festiwalu ;) Problem leży w tym, że atmosfera na konferencji była dośc luźna i Lars cały czas żartował próbując ją podtrzymać, jednak gdy wyrwało się z całego kontekstu zdanie o Hitlerze to rzeczywiście zabrzmiało całkiem niefajnie. Żart był słaby , ale moim zdaniem biorąc pod uwagę osobę reżysera i lekką atmosferę konferencji , przesadą było uznanie Triera za persona non grata. Niemniej dobrze, że u nas generalnie trzeźwo się o tym myśli, bo widzę, że komentatorzy/bloggerzy itd stają po stronie Triera.

          To mnie cieszy, że masz możliwość obejrzenia jeszcze Melancholii, czekam co napiszesz :) pozdrawiam!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s