Piraci z Karaibów. Na nieznanych wodach ****

Piraci z Karaibów. Na nieznanych wodach ****

Kto oglądał, pamięta i dobrze wspomina zeszłorocznego „Księcia Persji. Piaski Czasów” z Jakiem Gyllenhaalem w roli Dastana, ten najnowszych „Piratów z Karaibów”  (również wytwórnianego duetu Disney&Bruckheimer Films) powinien polubić bez większego problemu. Fabuła jest tu równie uproszczona (w stosunku do „Piratów 3: Na krańcu świata” to pewnie jakieś 150 subplotów mniej), bohaterowie jeszcze ciekawsi, a atmosfera wizualnej gry z wyobraźnią i słowno-sytuacyjnego dowcipu doskonale miksuje się z poczuciem wspaniałej morskiej przygody, dziś  przecież możliwej dla zwykłego mieszczucha tylko w kinie.

Przytłoczeni słabymi recenzjami nie tylko krytyków (ci narzekają także na tę część), ale też samych widzów,  artyści z Disneya postanowili odświeżyć całą formułę pirackiej serii na nowo: pozmieniali postacie (nie ma – całe szczęście- Keiry i boskiego Orlando), pokazali nowe lokacje, odchudzili znacznie całą intrygę (mamy więc najkrótszy film z całej serii), wreszcie zmienili też samego reżysera (na miejscu Gore’a Verbińskiego zasiadł Rob Marshall  od „Chicago”). Efekty są widoczne gołym okiem praktycznie od razu: tam,  gdzie Verbinski w nieskończoność celebrował wydarzenia i do obrzydzenia przeciągał patetyczne struny w scenach akcji , Marshall pozostaje wierny samej dynamice obrazu (co jest zgodne z jego musicalowym poczuciem rytmiki spektaklu) oraz Johnny’emu Deppowi, który – jak to Johnny- potrafi największy idiotyzm fabularny zamienić w pełną klasy scenę komediową, w której łotrzykowatość i urok wcale nie muszą być sobie  obce.

To właśnie dla niego warto ten film zresztą obejrzeć. Fabuła czwartych „Piratów” – nie oszukujmy się- do wyszukanych nie należy, i nie ma co w tym zakresie oczekiwać żadnych cudów. Znów chodzi dokładnie o to samo-  że gdzieś w wielkim świecie znajduje się coś tak wartościowego i tak potężnego , że wszyscy (nagle!) chcą to odnaleźć, posiąść, zdobyć i użyć dla własnego interesu (w tym wypadku jest to mityczna Fontanna Młodości).  Znów bohaterowie tasują się stronami, pertraktują słownie i/lub z pomocą broni białej, zdradzają bez większych konsekwencji oraz szukają maksymalnie optymalnych dla siebie położeń, tak aby samemu dużo nie poświęcić, ale  jednocześnie jak najwięcej zyskać.

Wątłość fabuły „On Stranger Tides” nie polega jednak na jej prostocie (prawdę rzekłszy: nie spodziewałem się aż takiej dyscypliny po scenarzystach „Piratów”), ale na tym, że nie bardzo nas podczas seansu interesuje kto, kiedy i po co ma  tę Fontannę Młodości odnaleźć. Aby uratować widowisko film ucieka się więc do prostej, staroświeckiej metody narracji: podtrzymać klimat spokojnymi scenami, a za moment wyskoczyć z kolejną gigantyczną rozwałką , i tak w koło Macieju na zmianę. Przez sporo czasu film opierając się na takim schemacie nic nie cierpi: dopóki Johhny Depp ucieka z królewskiego pałacu (prawie półgodzinna, będąca totalnym majstersztykiem sekwencja scen komediowej akcji w pierwszym akcie filmu) wprost nie sposób się nudzić.

Potem całość rozpada się na kilka atomów (ale wciąż zachowując umiar), tracąc wiatr w żagle kiedy bohaterowie na pełnym morzu buntują się na legendarnym okręcie Czarnobrodego (gładko mieszający się w konwencję Ian McShane), ale w końcu wracając na dobry kurs, gdy morderczo-uwodzicielskie syreny atakują naszych bohaterów. Powodem, dla którego zaburzony pacing drugiego aktu , kilka słabych motywów (jak kaznodziei zakochanego w syreniej piękności) i niemal zdumiewający brak dramaturgii (choć jest to sprawa dyskusyjna) nie są w stanie zepsuć całego filmu jest w zasadzie tylko jeden: Johnny Depp. A uściślając,  Johnny Depp jako Jack Sparrow (czyniąc go w tej części bardziej ludzkim bohaterem niż kiedykolwiek wcześniej).

Podczas pokazu rozejrzałem się na sekundę po sali: dosłownie wszyscy oglądali jego poczynania z uśmiechem na ustach. Ten facet to dziś skończona , AB-SO-LU-TNA  żywa legenda współczesnego kina (wstyd, że Akademia nie nagrodziła go kiedyś Oscarem);  to ekstrawagancka figura popkultury stanowiąca markę samą w sobie,  i przy okazji jeden z największych triumfów aktorskich w wysokobudżetowym kinie z Hollywood ostatniej dekady. Depp może na ekranie milion razy powtórzyć dowcip o tym, że nie „Jack Sparrow”, ale „kapitan Jack Sparrow”, a on dalej będzie śmieszny. Depp może gadać o pierdołkach z Penelope Cruz na bezludnej wyspie (nawiasem mówiąc , nareszcie tak ciekawie napisana postać kobieca dla tego cyklu) popijając rum, a nadal trudno będzie odciągnąć wzrok widza od ekranu.

Całość nie jest może dobrym filmem, bywają momenty kiedy akcja dramatycznie siada lub przesadnie się rozpędza, a powód całej awantury jak już wspomniałem- raczej nie grzeje, ani nie ziębi. Ale co z tego? W końcówce Marshall czyni zwrot iście magiczny- powraca na moment do wspaniałego klimatu pierwszych części (czyniąc z finału swoisty tribute dla wszystkich fanów). Ostatecznie i tak wyszedłem z kina bardzo zadowolony- posłuchać muzyki Hansa Zimmera (uprzedzam, że jak ktoś Niemca nie lubi to seans może być ciężką próbą dla jego uszu- dawno nie słyszałem tak głośnej muzyki w żadnym filmie), pooglądać starych i nowych bohaterów, pożeglować po przepełnionych magią i legendami morzach Karaibów. Tak, myślę, że  dla mózgu który już paruje na samą myśl o letniej sesji zaliczeniowej,  są to wystarczające powody, aby się wybrać w maju do kina.

szymalan

Reklamy

11 thoughts on “Piraci z Karaibów. Na nieznanych wodach ****

  1. Jak dobrze zobaczyć u Ciebie te cztery gwiazdki. Do kina wybieram się jutro wieczorem, ale czytając i słuchając zagranicznych opinii, coraz słabiej wierzyłem w ten film i powoli nastawiałem się na najgorsze. Dobrze wiedzieć, że aż tak tragicznie nie jest.
    Pozdrawiam

  2. Dzisiaj w tv ma być trzecia część, przypomnę ją sobie i potem spróbuję obejrzeć ‚czwórkę’. Lubię filmy o piratach i chętnie widziałbym więcej takich filmów na ekranach kin, a nie tylko jedną serię ciągnącą się w nieskończoność. Wspomniany przez Ciebie „Książę Persji. Piaski czasu” oglądałem, nawet fajny, ale bez rewelacji i jakoś szczególnie nie zapadł mi w pamięć. Po sukcesie „Piratów z Karaibów” z 2003 roku liczyłem na to, że będzie powstawać więcej filmów przygodowych, ale jednak elementy fantasy przeważają we współczesnym kinie i sprawiają, że filmy przygodowe zamiast dostarczać wrażeń są często przesadnie efekciarskie i zbyt bajkowe. Nie czuć w nich żadnego realizmu, nie ma scen kaskaderskich tylko zamiast nich aktor widoczny na sztucznym, komputerowym tle, co sprawia, że nie czuć żadnych emocji ani napięcia, zaś liczne przygody wcale nie wyglądają na niebezpieczne.

    • @milczący:
      Tylko nie idź na 3D, bo będziesz mieć strasznie ciemny obraz, sporo akcji dzieje się w nocy i ponoć nic wtedy nie widać (sam byłem na 2D, ale większość recenzentów wytyka, że 3D jest fatalnie użyte)

      @Peckinpah: to się wszystko zgadza co mówisz, na szczęście w tej części twórcy się wystarczająco powściągnęli i więcej jest kaskaderki niż CGI. Nie wyeliminowano cyfrowego fantasy zupełnie, ale w porównaniu do pierwszych trzech części to jest tego bardzo mało.

      • Widziałem obraz w 3D i rzeczywiscie momentami jest ciemno, ale fakt faktem, ze obejrzec sie da (ale okulary ciezkie i niewygodne, damn it). Jednak teraz wybralbym 2D.

        Film niezły, niemal w 100% zgadzam sie z recenzją. A co uwazasz o wątku milosnym z syrena w roli glownej?

      • Od pewnego czasu 3D omijam szerokim łukiem i gdy tylko mam do wyboru wersję płaską lub trójwymiarową, biegnę na tą pierwszą. Całe szczęście Helios ciągle staje na wysokości zadania i 2D puszcza. Nie to co Multikino, które się już zachłysnęło totalnie cyfrówkami, okularami i płaskich filmów nie wyświetla.
        Ale i tak dzięki za ostrzeżenie ;)

        Pozdrawiam

        • @Alek: w 5 akapicie o nim wspominam :) Generalnie syrenka urocza , ale cały wątek nie był mi do szczęścia potrzebny, choć dobrze, że obeszło się bez 10 minutowych pożegnań/pocałunków na sam koniec.

          @Milczący: u mnie to samo, na szczęście znalazłem w miarę blisko kino z kopią 2D.

          pozdrawiam komentujących ;)

          • No o tym ze wspominasz to wiem, ale liczylem na dluzsza opinie na temat tego watku :) Bo mi np. zupelnie przeszkadzal drewniany ksiądz, ale sama syrena była dość wyrazistym elementem. No i zakończenie tego wątku, nieco baśniowe, było niezłe, szczególnie nieźle uchwycone przez Dariusza zejście pod wodę :)
            Pozdrawiam

            • No, mnie się też bardzo spodobał sposób, w jaki zakończyli ten wątek. Generalnie się zgadzam z wszystko co mówisz. :-) A zdjęcia cudne, jak zawsze, swój chłop z Dariusza ;)

  3. Nie będę się kryć z tym, że oglądam Piratów wyłącznie dla Jacka Sparrowa. To on nakręca całą serię. I tak jak łatwo jest nam się obyć bez Keiry i boskiego Orlando (nawet mi oko nie mrugnęło, gdy się dowiedziałam, że nie zobaczymy ich tym razem), tak bez Deppa w roli Sparrowa, nie byłoby motywacji, by spieszyć się z obejrzeniem kolejnych części. Na film wybieram się dopiero we wtorek, wcześniej nie dam rady, więc pod koniec następnego tygodnia można się spodziewać recenzji tego filmu u mnie na blogu. Pozdrawiam i cieszę się, że nie wszyscy są tak krytyczni wobec najnowszej części, bo już miałam wątpliwości, co do tego, czy iść na ten film do kina :)

  4. witam mam pytanie szukam muzyki zimmera która leciała podczas gdy jack zostawił angelice na bezludnej wyspie pisałeś że słuchasz takiej muzyki to może wiesz jaki tytuł

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s