Wujek Boonmee który potrafi przywołać swoje poprzednie wcielenia *****

Wujek Boonmee, który potrafi przywołać swoje poprzednie wcielenia *****

A gdyby tak przyjąć, że jako ludzie nieśmiertelnie żyjemy w jakimś nienamacalnym świecie (w niebie? wyobraźni? podświadomości?) i tylko czasami okazjonalnie trafiamy w materialnej formie na Ziemię pośród innych żyjących ludzi? A gdyby tak duchy i ludzie egzystowaliby na równych prawach obok siebie , a  obecność i jednych i drugich,  nikogo by nie dziwiła, nie bulwersowała,  i nie przerażała? A gdyby rzeczywiście miała u nas miejsce po buddyjsku rozumiana reinkarnacja i mógłby człowiek być raz człowiekiem, to znów zwierzęciem, a innym razem duchem?

W wizjonerskim, ostentacyjnie oryginalnym filmie Apichatponga Weerasethakula (zdobywca Złotej Palmy rok temu na festiwalu w Cannes) nie ma żadnych odpowiedzi. Nie ma zwrotów akcji (a w dużej mierze żadnej akcji w ogóle),  nie ma ani wstępu , ani wyraźnego finału, a wreszcie nie ma też samego filmu- jest medytacja, kontemplacja, wprawiony w ruch obraz, który nie zawsze wydaje się być powiązany z tym, co widzieliśmy chwilę temu lub  z tym, co zobaczymy za moment. Kto pamięta ostatnie pół godziny „Mullholland Drive” Davida Lyncha , to niech sobie wyobrazi w ten sposób zrobiony cały film – całe 113 minut.  Z tą jednak różnicą, że o ile tam wszystkie narracyjne zabiegi niczemu specjalnemu nie służyły (poza prostym wkręcaniem widza w układanie  puzzli), tutaj są one odkryciem dla nas tej magii kina, której jeszcze nigdy nie zaznaliśmy – czymś w rodzaju absolutnie pierwotnego dla 10.  muzy przeżycia, tak jakby kino narodziło się jeszcze raz, na nowo, lub odsłoniło przed nami nie odkryty wcześniej zakamarek. Znany w artystycznym światku reżyser (zwany potocznie „Joe”), konsekwentnie jak żaden inny aktualny twórca na globie, próbuje rozszerzyć granice kina.

Jego „Wujek…” jest przede wszystkim adaptacją powieści o podobnym tytule, ale jest też częścią instalacji i krótkometrażowego filmiku również traktującego o wujku Boonmeem. Dla Weerasethakula jest to osobisty, prawie spontaniczny film oparty na własnych wspomnienach . Tych, przede wszystkim kojarzących się z życiem w tajlandzkich lasach i egzystencją na pograniczu polityki, nadchodzącej cywilizacji zachodu (ponoć są tu zawarte nawiązania do komiksów i kaszaniastych,  tanich produkcji telewizyjnych) i odchodzącej , choć ciągle pamiętanej codzienności tradycji, dawnych wierzeń i obyczajów rodzinnych.  Oto oglądamy historię najprostszą z możliwych- umierający na raka mężczyzna („to kara za złą karmę”- jak mówi), któremu na kilka dni przed śmiercią ukazuje się duch zmarłej żony  oraz syn , który przybrał po przejściu na drugą stronę postać zwierzęcą (wyglądem przypominającego Cheewbaccę). Razem z nimi wspomina dawne dzieje, przywołuje swoje poprzednie wcielenia  i przygotowuje się na podróż ostateczną- do jaskini , tej w której się narodził i w której przyjdzie mu także umrzeć.

Łatwo jest ten film ośmieszyć, łatwo strywializować,  że nic się w nim nie dzieje i stwierdzić, że akcja przypomina typowe pseudoartystyczne skandynawsko-azjatyckie produkcyjniaki, których żaden normalny człowiek nie jest w stanie oglądać. Tylko, że czasami w kinie wcale nie musi być łatwo, a zamiast brać to, co nam podadzą pod nos, warto czegoś poszukać samemu.  „Wujek..” okazuje się po dłuższym namyśle filmem nadzwyczaj sprawnym warsztatowo (nawet jeśli kamera nieruchomo wpatruje się w drzewo przez 3 minuty, nawet wtedy!), a także niespotykanie świadomym- samego siebie, a także otaczającej nas ze wszystkich stron świata popkultury (nie bez przyczyny każdy z 6 wyraźnych segmentów filmu zrealizowany jest w zupełnie odmiennej konwencji i stylistyce).

Będąc filmem, którego wszystkich znaczeń i sensów zrozumieć (a na pewno nie za pierwszym razem) nie sposób, „Wujek Boonmee” pozostaje dziełem, którego emocje – godzenia się z własnym losem i pamiętaną przeszłością – powinny być zrozumiane prawidłowo wszędzie,  bez względu na miejsce zamieszkania widza. Takich też wspólnych mianowników można by znaleźć więcej : Czy pomieszana rzeczywistość obrzędu i  profanacji , sztuki i tandety to nie jest też coś , co znamy z codzienności, choć może nawet się nad tym nie zastanawiamy? 

Ale dla europejskiego widza,  „Wujek Booonmee” pozostaje przede wszystkim ekstrawaganckim, kapitalnym w swych pomysłach inscenizacyjnych widowiskiem. Widowiskiem tak niecodziennym i nowatorskim, że ani na moment nie przestającym zadziwiać. Długie, statyczne sekwencje dialogów, przedziwne kąty ujęć, oszczędne kadrowanie (wprost magnetyczne są te profilowane ujęcia bohaterów w ruchu lub np. podróżujących w samochodzie)  i nienachalne, prawie niewidoczne stosowanie montażu, czy wreszcie  nieprawdopodobne oświetlenie planu (sposób pokazania lasu po prostu zrywa beret i wgniata w ziemię) i gra kolorem (jasne kontrastowane szybko z ciemnym, czerwone oczy duchów wpatrujące się na nas z mroku).

Doprawdy rzadko kiedy oglądam film, którego każda scena , każde ujęcie, każda przeprowadzona rozmowa daje tyle małych, pojedynczych radości (ostatnio to chyba „Stalker” Tarkowskiego). Weerasethakul nie potrzebuje trwającej kwadrans sceny rozmowy,  ciachanej cały czas nożycami montażysty na częste zmiany punktów widzenia i dramatyczne zbliżenia na twarze. On bliskość, smutek i samotność, potrafi zawrzeć pojedynczym obrazem;  jednym powiększonym kadrem, w którym mieści się wszystko. I ludzie, i przyroda, i duchy obserwujące z oddali. Nie trzeba mu trąbić z ekranu, gdy z tajskiej mistycznej wioski przenosimy się do pełnego XXI wieku z jego hotelami, telewizorem i telefonami komórkowymi- reżyser daje nam możliwość osobistego, w pełni subiektywnego przeżycia tego przejścia,  z jednego świata w drugi.

Wykraczające poza tradycyjny język filmowy , hermetyczne dzieło na pewno nie przekona do siebie wszystkich (patrz: średnia ocen na filmwebie). Powiem więcej- sam nie wiem, jakie wrażenie zrobi na mnie ten obraz za drugim razem, i czy dalej będzie tak magiczny, tak przykuwający i tak dobry. Póki co, na zachętę dla innych stawiam ocenę wysoką(z zaznaczeniem, że może spaść).  Spróbujcie, może i Was ta orientalna bajka kupi tak,  jak kupiła Tima Burtona 12 miesięcy temu na canneńskim festiwalu.

szymalan


Reklamy

4 thoughts on “Wujek Boonmee który potrafi przywołać swoje poprzednie wcielenia *****

  1. Zajrzałem na Filmweb. No właśnie, arcydzieło, czy też niesamowity badziew? Warto się zainteresować czy też nie? Myślę, że ten film jest nie dla każdego i nie na każdą okazję. Może kiedyś spróbuję, ale do jego oglądania z pewnością trzeba mieć odpowiedni nastrój.

    • Wszystko zależy od Twojego podejscia :) Jeśli jesteś otwarty na wszystko co w kinie nowe i inne, to film może okazać się niezwykle ciekawym przeżyciem, ale jeśli wolisz tradycyjne rozumienie filmu , to seans może być dosyć ryzykowny . Dlatego wolę jakoś totalnie nie namawiać nikogo, niech każdy rozsądzi podług siebie.
      pozdrawiam

  2. Mnie przekonałeś. Na pewno obejrzę, a co więcej już się nie mogę doczekać. Twoja rekomendacja, jak i Tima Burtona, którego najwyraźniej ten film pochłonął, jak najbardziej wystarczają mi, by się Wujkiem Boonmeem, szczerze zainteresować. Pozdrawiam!

    • Ciesze się bardzo, już myślałem, że nikogo jakoś szczególnie „Wujek” nie zainteresuje. A szkoda, bo moim zdaniem zignorowanie takiego jak zjawiska jak Weerasethakul, jest mocno krzywdzące. Polecam zaglądać, może jeszcze puszczają na Ale kino! :)
      pozdrawiam:)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s