Oscary 2011- krótki komentarz.

All Hail to the King!

Amerykańska Filmowa Akademia wydała dzisiaj swój werdykt: do pokaźnego grona filmów nagrodzonych statuetką dla najlepszego filmu roku dołączył dzisiejszej nocy  „Jak zostać królem” Toma Hoopera . Werdykt ten może być o tyle zaskakujący, że nie tylko został poprzedzony jeszcze bardziej zaskakującą statuetką za reżyserię dla Toma Hoopera (tu bez względu na dalszy przebieg akcji, murowanym faworytem był Fincher;  jednak Alek miałeś rację) , ale też stało się w to w momencie, gdy o jego największym rywalu , The Social Network,  znów zaczęło być głośno i znów pojawiały się głosy jakoby to właśnie film o Marku Zuckerbergu powinien wygrać ten Oscarowy wyścig. To się jednak nie stało.

Stało się za to to,  czego się spodziewałem prawie od samego początku (a co można było wywnioskować chociażby z mojego Oscarowego typowania w poście poniżej) – nie było w tym roku zwycięzcy zdecydowanego, czy żeby użyć jeszcze mocniejsze słowa- tytana, który zmiótłby zwyczajnie całą konkurencję w pył. Niemal w równowadze noc 27/28 II 2011 roku należała do trzech najważniejszych filmów roku  czyli: Incepcji (mocno cieszące wyróżnienie za zdjęcia, nagrody w kategoriach dźwiękowych oraz oczywiście statuetka za efekty wizualne), The Social Network (w pełni zasłużona nagroda za wspaniały scenariusz Arona Sorkina, do tego dwie kategorie bardziej techniczne- za montaż i najlepszą ścieżkę dźwiękową ) i wreszcie „Jak dostać królem” (scenariusz odebrany ‚Incepcji”, reżyseria odebrana Fincherowi, bezkonkurencyjny, wybitny Colin Firth i wreszcie producenci dla najlepszego filmu roku 2010).

Poza tym  dwie statuetki aktorskie dla „Fightera” (z jedną zasłużoną dla Christiana Bale’a)  oraz  dwie nagrody dla jednego z najwybitniejszych filmów animowanych w historii kina („Toy Story 3” , które miało w tym roku wyjątkowo słabą konkurencję).

Zaskoczeniem mogłyby być za to aż 2 nagrody dla ‚Alicji w Krainie Czarów’ Tima Burtona. Co by nie mówić o samym filmie,  czy ktoś go lubi bardziej, czy mniej- naprawdę fajnie, że Akademia nie uległa hegemonii najważniejszych tytułów wieczoru i w tak wyraźny sposób zaznaczyła doskonałość techniczną najnowszego dzieła twórcy „Jeźdźca bez głowy”. Także tu jak najbardziej odczucia pozytywne.

A najwięksi przegrani? Przede wszystkim ” 127 godzin” Danny’ego Boyla  (nie pałam miłością do tego filmu , więc akurat ta porażka mi nie przeszkadza) oraz „Prawdziwe męstwo” (tu jest gorzej – od dnia premiery mocno sympatyzuję z rolą Hailee Steinfield, która wg mnie w pełni na zwycięstwo sobie zasłużyła, przerastając zresztą o głowę,  poprawną rolę jej rywalki-zwyciężczyni , czyli Melissę Leo z „Fightera”).  Ale cóż, w końcu wszystkiego na raz mieć nie można.

Co się jednak w tegorocznym rozdaniu liczy dla mnie najbardziej  toto, że udało się pokazać, że ostateczny głos nie należy na świecie do krytyków filmowych, którzy w przeciągu ubiegłego roku ukochali sobie do absolutnego szaleństwa film Davida Finchera i właściwie już na miesiące przed nominacjami okrzykiwali „Social Network”  a to wielkim arcydziełem sztuki filmowej nowego milllenium, a to  nowym „Obywatelem Kane’m ” , a to nawet  dziełem absolutnie wywrotowym dla światowego kina. Biografia Zuckerberga to jest na pewno film z pewnego punktu widzenia bardzo istotny – idealnie wstrzelił się w swój czas , jednocześnie opowiada i komentuje historię Ameryki,  oraz analizuje  sytuację społeczeństwa praktycznie w czasie rzeczywistym .

Ta aktualność diagnozy (widoczna też w zeszłorocznym zwycięzcy nocy Oscarowej, „Hurt Lockerze” i dostrzegalna w kinie amerykańskim od zawsze) zaimponowała zapewne niejednemu  młodemu intelektualiście, który mógł w swojej recenzji zawrzeć pokaźny elaborat na temat stanu współczesnych młodych ludzi , którzy ślęcząc przed ekranem komputera zdolni są do rewolucyjnych czynów, ale samemu emocjonalnie pozostają niezdolnymi do prawdziwych międzyludzkich relacji.  Ten żywy, dzisiejszy, bardzo na czasie, błyskotliwie pomyślany i sfotografowany film starł się w konkurencji Oscarowej z tradycyjnym , wręcz mocno oldschoolowym filmem Toma Hoopera. Ostentacyjnie aktorskim, w którym reżyser częściej się wycofuje, częściej zostawia oddech wybitnym aktorom  niż macha nam co chwilę chorągiewką z ekranu  i woła „o, patrzcie jakim jestem świetnym reżyserem i co jeszcze fajnego Wam wymyśliłem”.

Ale dla krytyczno-filmoznawczego towarzystwa zgromadzonego w Canal +, ten film to jakaś straszna brednia, która w ogóle nie powinna zdaje się być brana pod uwagę przy tegorocznym rozdaniu. „To najgorszy wybór z możliwych”- krzyczy Oleszczyk po nagrodzie dla Hoopera. „gdzie Rzym, a gdzie Krym”, „ten film to bombonierka dla mas” – trudno było znaleźć choć odrobinę szacunku wobec tego znakomitego, przynajmniej w moim odczuciu , filmu, a każda nagroda czy nominacja kwitowana była natychmiastowym – „a bo to z sympatii do tego filmu”. Największą w tym miejscu żenadą popisał się znajdujący się w studiu  Juliusz Machulski, który z miną znawcy oficjalnie  stwierdził, że Colin Firth nie zagrał przekonująco roli  jąkającego się króla Anglii. Nie wiem, czy nie lepiej ten fakt pozostawić bez komentarza.

Ja wybór Akademii przyjmuję mimo wszystko z szacunkiem. Akademia poszła pod prąd trendowi „na młodych” tak wyraźnie zaznaczonemu przez krytyków w studio Canal +, a który zdominował w pewnym sensie tegoroczną galę i nominowanych. Nagrodziła film skromny, w swej treści raczej oczywisty, ale który chłonie się jednak z taką przyjemnością i  satysfakcją,  że przewidywalna konwencja jest tu niemal niedostrzegalna i pełni dla widza znaczenie wręcz marginalne.

Zwycięstwo Hoopera odbieram w ten sposób: to, co zrobił Fincher, prawdopodobnie mógłby w podobnych proporcjach powtórzyć każdy kompetentny reżyser , mający do dyspozycji scenariusz tej klasy, co skrypt Sorkina. Hooper za to ustawił swoich bohaterów wewnątrz przytłaczających kadrów i pozwolił im oddychać, zostawił miejsce na wiele znaczącą ciszę, a w kreowaniu ekranowej dramaturgii (napędzanej tylko finałową przemową króla!) sięgnął moim zdaniem mistrzostwa.

(Oczywiście osobną kwestię pozostaje to, czy taki Darren Aronofsky nie zasłużył być może jeszcze bardziej na tę statuetkę niż ta dwójka. W przypadku „Łabędzia” skończyło się na oczywistej nagrodzie dla Natalie Portman (skądinąd znakomitej w roli Niny). Cóż, dobre i to.)

Co do samej gali to była w tym roku raczej nijaka- nie pozostawiła we mnie jakiegoś uczucia niesmaku, bywały momenty świetne (początkowe odgrywane scenki z filmów przez Franco i Hathaway, czy pojawienie się Kirka Douglasa, który na małą chwilę zrobił z Gali komediowe one man show) , bywały kompletnie bezpłciowe, ale generalnie nie mam aż tak złego zdania na ten temat jak inni (może dlatego , że podobały mi się wyniki, po raz pierwszy od ładnych kilku lat, a może dlatego że oglądałem Galę w dobrym towarzystwie i trudno się było nudzić). Tak, czy inaczej – wielkie gratulacje dla wszystkich zwycięzców.

szymalan

PS.  Poniżej pełna lista zwycięzców

NAJLEPSZY FILM
„Jak zostać królem”

REŻYSERIA
Tom Hooper – „Jak zostać królem”

AKTOR PIERWSZOPLANOWY
Colin Firth – „Jak zostać królem”

AKTORKA PIERWSZOPLANOWA
Natalie Portman – „Czarny łabędź”

NAJLEPSZY AKTOR DRUGOPLANOWY:
Christian Bale – „Fighter”

NAJLEPSZA AKTORKA DRUGOPLANOWA:
Melissa Leo – „Fighter”

SCENARIUSZ ORYGINALNY
David Seidler – „Jak zostać królem”

SCENARIUSZ ADAPTOWANY
Aaron Sorkin – „The Social Network”

FILM ANIMOWANY:
„Toy Story 3”

EFEKTY SPECJALNE
„Incepcja”

ZDJĘCIA
„Incepcja”

MONTAŻ
„The Social Network”

SCENOGRAFIA
„Alicja w Krainie Czarów”

KOSTIUMY
„Alicja w Krainie Czarów”

MONTAŻ DŹWIĘKU
„Incepcja”

DŹWIĘK
„Incepcja”

PIOSENKA
We Belong Together
„Toy Story 3”

FILM DOKUMENTALNY
„Inside Job”

KRÓTKOMETRAŻOWY FILM DOKUMENTALNY
„Strangers No More”

KRÓTKOMETRAŻOWA ANIMACJA
„The Lost Thing”

KRÓTKOMETRAŻOWY FILM AKTORSKI
„God of Love”

FILM NIEANGLOJĘZYCZNY
„Hævnen”

CHARAKTERYZACJA
„Wilkołak”

MUZYKA
„The Social Network”

Reklamy

18 thoughts on “Oscary 2011- krótki komentarz.

  1. Cieszy mnie czwórka dla Incepcji i nieco mnie dowartościowuje fakt, że za reżyserię dostał Hooper :). Ale szkoda, że za scenariusz oryginalny Oscar wpadł w ręce King’s Speech, a nie do Nolana. Wczoraj zrobiłem sobie powtórny seans „Social Network” i muszę rzec, że nobody’s perfect, bo teraz ten film mnie wręcz pochłonął i dzisiaj to temu filmowi bym kibicował w starciu z King’s Speech. Oczywiscie najmilsza niespodzianka jest Oscar za zdjęcia dla Pfistera.
    Teraz pora się zastanowić, w jaki sposób na werdykt Akademii wpływa data premiery filmu. Kto wie, czy jakby Social Network nie weszło jesienią tylko w grudniu do kin, to może film o Zuckerbergu zgarnąłby najważniejsze Oscary. Tak samo było z „W chmurach”, które na początku miało w Oscarach wymiatać, a skończył jako drugorzędny faworyt :D.

    • Masz rację, data premiery bardzo często wymieniana jest jako ważny czynnik mający wpływ na oscarowe wyniki. Incepcja była w lipcu i wszyscy dawno dążyli już ją przedyskutować i dziś funkcjonuje raczej jako „blockbuster z ambicjami” i nic więcej. Smutna, ale chyba prawda.
      Mimo wszystko scenariuszowa nagroda dla King’s Speech mnie cieszy, bo dialogi tam są wyborne. Ale Nolana mi będzie zawsze szkoda już chyba po każdych Oscarach, niestety .

  2. Dziękuję Ci za ten wpis, bo już straciłam wiarę w ludzką życzliwość. Po gali byłam tak naładowana negatywnymi emocjami, że trudno było mi się skupić na poniedziałkowych zajęciach z literatury. Oczywiście, tych negatywnych emocji nie dostarczyła mi sama gala Oscarów, ale wywody znaFców Canal +. O tym jednak za moment, na razie chciałabym się skupić na filmach, bo to one przecież w tym całym szaleństwie są najważniejsze. Niespodzianek raczej nie było, choć przyznaję, że zaskoczyła mnie (w pozytywnym sensie) statuetka dla Hoopera. Spodziewałam się, że Akademia przychyli się ku presji społeczeństwa, i zrekompensuje krytykom ich niesmak związany z przegraną TSN, przyznając Oscara właśnie Fincherowi. Jak widać inne względy zwyciężyły. Statuetki dla aktorów, to była jedynie formalność, tu nie można było się niczego obawiać. Co prawda, Fightera nie widziałam. Oscara Bale’owi dałabym zawsze i wszędzie, bo go uwielbiam. Melissa Leo nieco mnie wystraszyła swoim teatralnym wystąpieniem, dlatego z większą przyjemnością widziałabym na jej miejscu młodą Steinfield. Zgadzam się również, co do nagród dla „Alicji…”. Nie była to przewidywalna decyzja Akademii, dlatego tym bardziej te nagrody mnie ucieszyły. No i trzeba przyznać, że nieco chyba nas Akademia „wysłuchała”, Incepcja szturmem zdobyła 4 ważne statuetki. Może atrakcyjność tych kategorii jest mała dla przeciętnych widzów, ale dla tych którzy pokochali Incepcję właśnie za stronę wizualną, na pewno dużo one znaczą.
    Co do państwa prowadzących relacje w studio – kompletna kompromitacja. Gdy tylko usłyszałam, jak Agnieszka Egeman (którą bardzo cenię) ogłasza, że wszyscy zebrani w studio faworyzują The Social Network, wiedziałam, że ich dyskusja będzie jednopoziomowa i nastawiona na jeden film, ale czegoś takiego, co miało miejsce, naprawdę się nie spodziewałam. Tam nie było dziennikarskiej rzetelności, ale zwykła (agresywna miejscami) nagonka na „Jak zostać królem”, którego jedyną wadą jest to, że śmiał wygrać z filmem Finchera. Gdyby chociaż była tam jedna osoba z odmiennym punktem widzenia, to przynajmniej widzowie (a była ich cała masa), trzymający kciuki za Hoopera i jego film, mogli poczuć się komfortowo, że ktoś wyraża zdanie w ich imieniu. A tu, cała czwórka przytakiwała sobie wzajemnie, raniąc przy tym uczucia widzów, którzy ukochali sobie właśnie „The King’s Speech”. W pewnym momencie, pani prowadząca palnęła, chyba nawet nie przemyślawszy swojej wypowiedzi, że przecież Hooper jest reżyserem seriali. Dając przy tym do zrozumienia, że angielski reżyser wcześniej trudnił się byle jakim rzemiosłem, a więc nie może wygrywać z tak niepokalaną osobistością, jak Fincher. Nawet Machulski zauważył, że jej wypowiedź była bardzo niesprawiedliwa, bo zaraz załagodził, że to nie ma nic do rzeczy, po czym Egeman zaczęła się tłumaczyć, że chodziło jej o to, że nikt wcześniej o nim nie słyszał. Taka wypowiedź nie przystoi jednak takiej znawczyni kina, niektórzy powinni uczyć się klasy od Grażyny Torbickiej :) Tak samo, jak argumenty typu – „najgorsza decyzja Akademii z możliwych” (po otrzymaniu nagordy przez Hoopera), „Oscar dla „Jak zostać królem” prezentem ślubnym dla Williama i Kate”, „Jak zostać królem to jedynie zlepek miłych i sympatycznych scen – słabe rzemiosło Hoopera”, „kogo obchodzi historia jakiegoś króla?”. Ja nie wierzyłam w to, co słyszę. Zgadzam się z nimi, że „The Social Network” to ważny film, mówiący dużo o współczesnym świecie, ale czy nie jest właśnie sztuką to, że ktoś robi film o „jakimś królu”, a widzowie siedzą w milczeniu i oczekują ostatniej przemowy króla z zapartym tchem? Nie jest trudno zrobić film o kimś, kto jest dla wielu młodych ludzi autorytetem, kto już jest żywą legendą i zaciekawić tym widzów. Trudniej jest przekonać widzów do opowiadanej historii, jeśli mało kogo dany temat interesuje. A Hooper to potrafi. Inną stroną jest to, że „The Social Network” to był film od początku „robiony pod Oscary”, nie ma co się oszukiwać, jakkolwiek dobry ten film by nie był. Hooper, natomiast, zrobił film dla jakiejś idei, z pasji, z miłości do scenariusza (wzruszająca była jego historia, że to matka podsunęła mu ten scenariusz). Producenci tego filmu nawet nie spodziewali się, że trafi on do szerokiej publiczności, ich jedyną nadzieją był udział w filmie wielkich nazwisk, o Oscarze z pewnością nikt nawet nie myślał. A to bardziej ludzi przekonuje. Widownia nie lubi jak wystawia im się gotowy produkt i każe wierzyć, że to arcydzieło, drugi „Obywatel Kane” (tylko krytycy uważają ten film za najdoskonalszy dorobek kinematografii, gdyby zapytać widzów, mieliby z pewnością inne typy). W ogóle, w studio panował duży bałagan. Kuba Mikurda odpowiadał natarczywie na każde pytanie, Michał Oleszczyk próbował się jakoś przebić, ale marnie mu to wychodziło, a pan Machulski chociaż nie widział prawie żadnego filmu, znał się na wszystkim najlepiej i przerywał innym. Bardzo słabo to wyszło.
    Wiarę przewrócili mi jedynie wieczorem, Karolina Korwin-Piotrowska i świetny krytyk Paweł Mossakowski, którzy w „Faktach po faktach” znakomicie skomentowali oscarową galę, choć ich faworytem też był „The Social Network”, potrafili zachować klasę i w bardzo miłych słowach wypowiadali się o każdym z nominowanych filmów. To oni powinni byli zasiąść w tym studio.
    Co do prowadzenia gali, przyznaję, że ja byłam nieco zawiedziona. To prawda, pierwsze wyjście, w którym Anne Hathaway i James Franco, pojawili się w wybranych scenach filmów nominowanych, ubaw po pachy. Później, Franco był jakby nieobecny, nawet nie próbował zabawiać publiczności, wyglądał raczej jakby coś go trapiło, albo bolało. Być może to trema, ale nie spodziewam się, by tak obyty ze wystąpieniami publicznymi aktor, przejął się tak bardzo swoją rolą prowadzącego. Anne jak zawsze piękna, z powalającym uśmiechem, świetny jej występ, w którym śpiewała do Hugh Jackmana. Tak samo, jak wspomniany przez Ciebie występ Kirka Douglasa. Najlepsze momenty gali. Co do zarzutów, że Oscary są nudne, to prawda, ale taka ich natura. Jeśli nie ma niespodzianek i faworyci wygrywają, to trudno czymkolwiek się ekscytować. Kluczem do dobrej zabawy jest doborowe towarzystwo, z tym się całkowicie zgadzam. Również gratuluję wszystkim wygranym :)
    Pozdrawiam :)

    • No to się nie popisali ci znaFcy. Kto wie, czy nie lepiej było już dać reklamy zamiast tych wywodów.
      Ja nie mam Canal+, oglądałem na Pro7. Co do prowadzących, to odniosłem wrażenie, że Anne Hathaway była lepiej przygotowana do tej roli. James Franco robił dobrą minę do złej gry, jak by się cały czas zastanawiał, co powie, jeśli się okaże, że to on dostanie Oscara :)
      Zgadzam się co do „Obywatela Kane’a”, choć wielu (w tym ja) ceni ten film wysoko to i tak mało kto umieści go w dziesiątce ulubionych. Zgadzam się też, co do Grażyny Torbickiej, zawsze miło się jej słucha. A film „Jak zostać królem” dostał nagrody zgodnie z całkiem logiczną zasadą, że najlepszy film to film z najlepszą reżyseria, scenariuszem i główną rolą.
      Nie wiem, czy wiedziałaś, lola king, jak liczy się głosy na najlepszy film roku. Jest to procedura dość skomplikowana, jest na ten temat artykuł w Gazecie Wyborczej, podaję link – http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80276,9158998,Jak_Hollywood_przyznaje_Oscara_dla_najlepszego_filmu_.html

    • Obejrzałem „Fakty po Faktach” o których pisałaś i faktycznie, bardzo ciekawa rozmowa. Jeśli ktoś by chciał też obejrzeć, a nie chce mu się szukać, to pod tym linkiem znajduje się to nagranie. :) Początek od około 18 minuty. http://www.tvn24.pl/28377,1694366,1,1,fakty-po-faktach,fakty_wiadomosc.html

      Nie wiem czy dobrze pamiętam, ale wydaje mi się, że Mossakowski swego czasu uczestniczył w studiu Oscarowym w Canal+. Poprawcie mnie jeśli się mylę.

    • Dziękuję za ten głos wsparcia :)
      Ja również byłem bardzo mocno zadziwiony przygotowaniem Oscarowego studia w tym roku na Canal Plus. Wyglądało to mniej więcej tak jak piszesz: Zgromadziła się czteroosobowe koło wzajemnej adoracji i wszyscy (łącznie z prowadzącą!) razem nieustannie docinali filmowi Hoopera. Nie było w tym żadnej klasy wspomnianych przez Ciebie i Peckinpaha Torbickiej , czy nawet takiego Pawła
      Mossakowskiego, którego bardzo wysoko cenię sobie za bezpośredniość, filmowe oczytanie i prostolinijność (napisał świetną recenzję King’s Speech i przyznał mu 6 gwiazdek na 6 możliwych, co zdarza się w Wyborczej baaaaaaardzo rzadko, dodatkowe lubię jego występy w „Tygodniku Kulturalnym TVP Kultura”- polecam!).

      Obejrzałem sobie ten fragment z TVN 24 i po prostu miód. Z takim towarzystwem spędzić oscarowy wieczór to można by z uśmiechem na twarzy i to rok w rok. Cieszy mnie zwłaszcza ich pozytywna opinia na temat „czarnego Łabędzia” (dla Oleszczyka „najpoważniejsza bzdura roku 2010”) oraz niesamowicie rzeczowa wypowiedź Mossakowskiego na temat „king’s Speech” (nagle się okazało, że to nie jest tylko bajka o jąkale królu, jak chce Mikurda i spółka). Na temat Machulskiego to wolę już nie mówić nic, bo wypowiedź na temat Firtha mnie zwyczajnie zabiła na miejscu.

      Te dwa zestawy komentatorów pokazują zresztą jak na dłoni- kto jest pasjonatem i chodzi do kina dla wzruszeń, dla magii kina, dla ciekawych historii, a dla kogo film musi być wysublimowanym intelektualnie arcydziełem na Bardzo Ważny Społecznie Temat.

      Jeszcze komentarz co do „Króla” bo chciałbym w tym miejscu jak najszybciej zasznurować usta tym, którzy twierdzą, że to film jakoby ‚robiony pod Oscary’.

      Z tego co mi wiadomo to już kilkanaście lat temu scenarzysta (sam zresztą jąkający się) prosił królową o pozwolenie na zrobienie tego filmu. Sam Hooper bardzo chciał nakręcić obraz o zderzeniu się dwóch temperamentów: angielskiego i australijskiego. Elżbieta poprosiła, żeby zaczekać, gdyż uczucia na temat ojca są w niej ciągle dośc świeże.

      Teraz kiedy Królowa oficjalnie ponoć stwierdziła, że temat ten nie będzie już dla niej tak bolesny jak wtedy , film powstał i dalej łączy pasję Hoopera, problem, przez których przechodził autor skryptu i tło historyczne Wielkiej Brytanii. Moja pytanie brzmi: Naprawdę podejmuje się takie przedsięwzięcia i wkłada się tyle serca (co czuje się przed ekranem) w film, myśląc obsesyjnie tylko o Oscarach od Akademii Filmowej?

      To właśnie „Social Network” , jak słusznie zauważyłaś jest filmem zrobionym dla Oscarów. To widać wyraźnie – wielu nie spodobał się „Benjamin Button”, który przegrał najważniejsze nagrody te kilka lat temu i zapewne dlatego Fincher nakręcił jako swój następny projekt , film będący dokładnym przeciwieństwem „Buttona”. Nie o przeszłości, a o teraźniejszości, nie 3 godzinny i powolny, ale krótszy i szybki, nie sentymentalny, ale przepełniony sarkazmem, nie o starych , ale o młodych ludziach. Moim zdaniem to wykalkulowane pod określony sukces, zwłaszcza, że o Fincherze już od dawna się mówi jako o olewanym przez Akademię.

      Czy tym razem zasłużył? Moim zdaniem Hooper i Aronofsky byli lepsi, ktoś może mieć inne zdanie, ale niech uszanuje pracę Hoopera, bo on nie tylko postawił kamerę , a film zrobił się sam.

      pozdrawiam serdecznie i informuję, że im dłuższy i bardziej treściwy komentarz tym bardziej mile widziany :)

      • Milczący, dzięki za linka :) Akurat nie widziałem tego odcinka Faktów po Faktach, bo odsypiałem wtedy po oscarowej nocy i zajęciach na uczelni.
        A Gala rzeczywiście była nudna, ale jak ktoś to już stwierdził- taka chyba jest jej natura i konwencja. Trudno cokolwiek zmienić. Dlatego zawsze staram się oglądać z kimś w towarzystwie, bo rzeczywiście w przeciwnym razie bym tylko czekał na kolejnych zwycięzców ze zniecierpliwieniem.
        I co do Cate to się zgadzam, ale ona chyba zawsze na mnie tak działa:)
        pozdrawiam!

        ps wygrywasz konkurs na najlepsze zastosowanie guzika „fast forward” roku 2011

  3. Bardzo się cieszę, że nie zdecydowałem się w tym roku oglądać gali na żywo, tylko ją sobie nagrałem i obejrzałem nad ranem, bo chyba bym umarł z nudów. Nie wspominając już nawet o studiu Oscarowym, które zgrabnie sobie przewijałem, bo nie byłem w stanie wytrzymać natchnionych wypowiedzi Mikudry i Machulskiego, który oczywiście znał się na wszystkim. Okropność.
    Z fajniejszych momentów z gali zapamiętałem cudowną Cate Blanchett i jej „disgusting” po prezentacji charakteryzacji w „Wilkołaku”. A poza tym to kiepściutko w tym roku.
    Pozdrawiam

  4. Nie miałam czasu wcześniej odnieść się do Waszych wpisów, więc czynię to teraz :) Cieszę się, że zgadzacie się ze mną i widać, że mamy podobne odczucia.
    Peckinpah:
    Nie żałuj, że nie masz canal +. Za rok, jeśli skład znaFców będzie podobny, albo taki sam, to z pewnością obejrzę galę drogą internetową. A i rzeczywiście, masz rację, co do Franco – chyba to prawdopodobieństwo (choć nikłe), że może dostać Oscara, nieco go spięła i wyzbyła go pewnej spontaniczności. Ja również cenię wysoko „Obywatela Kane’a”, ale nie jest on w moim Top 5 ulubionych filmów. Wiem, że procedura przyznawania Oscara za najlepszy film jest skomplikowana i zajęło mi trochę czasu, by ją w pełni pojąć. Poczytam jednak zarekomendowany przez Ciebie link :)
    Milczący:
    Świetnie, że obejrzałeś ten program. Ja trafiłam na niego przypadkowo i przyznaję, że i Karolina i Paweł niesamowicie poprawili mi humor, dzięki nim, oraz powyższemu wpisowi Szymalana, na nowo uwierzyłam, że są jeszcze ludzie, którzy szczerze kochają kino i potrafią się nim bawić i ekscytować. O całym tym gronie z canal + chcę jak najszybciej zapomnieć.
    Szymalan:
    Ja ze zdaniem Mossakowskiego liczę się najbardziej ze wszystkich polskich krytyków. Choć czasem się z nim nie zgadzam, to jednak nie można mu odmówić klasy, rzetelności, braku arogancji i zadufania i takiej ujmującej wiary i miłości wobec kina. A poza tym, to świetny gość. Tygodnik Kulturalny oglądam, ale nieregularnie. Muszę się bardziej zmobilizować. Dziwią mnie głosy, tych którzy twierdzą, że „King’s Speech” został zrobiony pod Oscary, to jest kompletna brednia. A, ostatnio podali w tvn24, że „Jak zostać królem” przy budżecie 15 mln, zarobił już ponad 200 mln. Mam nadzieję, że są to sprawdzone i najbardziej aktualne liczby, bo jeśli tak , to jest to świetna wiadomość :)
    A i cieszę się, że nie przeszkadzają Ci tak długie wpisy, bo ostatnim razem, to zaserwowałam Ci tu, niechcący, dłuższy esej :) Pozdrawiam wszystkich serdecznie :)

  5. i w ogóle to miałem też zrobić podsumowanie Oscarów, ale mi się odechciało, sam nie wiem dlaczego. co prawda ich wynik mnie ucieszył, ale… coś jak zawsze ale!

  6. Dla mnie rozdania nagród były zbyt przewidywalne. Ciesze się z nagród dla Portman i Bale’a bo to dwie osoby, które w 100 % powinny w tym roku odebrać złotą statuetkę. Z resztą nagród mogłabym sie kłócić. Nie ze wszystkimi, ale z niektórymi.
    Pozdrawiam :)

  7. Hailee Steinfield lepsza od Leo? Bardzo mocno się nie zgodzę. Obie panie z „Fightera” po prostu zgniotły rolę panienki od Coenów. Podobnie zresztą, jak bardzo niesłusznie pominięta, Mila Kunis,

    • Znacznie lepsza od Leo. Trudniejsza rola, posługiwanie się archaicznym językiem, kilka razy więcej czasu ekranowego (Steinfield pojawia się u Coenów w każdej scenie filmu, poza epilogiem), nie mówiąc o różnicy wieku i doświadczenia.
      Co do Adams to dla mnie nominacja to już lekkie nieporozumienie. Żeby za rolę składającą się z rzucania fuckami i jednej bójki od razu robić jedną z ról roku?
      Co do Kunis to nominację mogła dostać (zwłaszcza kosztem koleżanek z Figtera) ale nagrody absolutnie nie. Rola Steinfield zostanie zapamiętana w historii kina- Kunis i Adams na pewno nie (Leo tylko dzięki oscarowi).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s