127 godzin ***

127 godzin ***

Efekciarski trailer najnowszego filmu Danny’ego Boyla (twórca m.in. cynicznego Slumdoga zestawiającego cierpienie dzieci w Indiach z teledyskową formą a la MTV) dudnił na ciemnej sali kinowej na moment  tuż przed finezyjną, przepiękną plastycznie sceną marzenia sennego w „Czarnym Łabędziu” Darrena Aronofskyego. Głośny, teledyskowy klip, z jaskrawymi kolorkami jak z reklamówki biura podróży, toporną, dyskotekową muzyką Free Blood i wszystkimi innymi formalnymi wykrętami jakie są w dzisiejszym kinie możliwe (split screeny,  tryptyki niczym w „Koyaaniquatsi”, amatorska kamera z niskim bitrate’em, przeszarżowane ujęcia z dziwnych miejsc i kątów).  Wszystkie zapowiedzi skutecznie podbijały „miejskie legendy” o omdleniach na salach kinowych i ta nieustannie pojawiająca się etykietka , że jest to film o „facecie, który odciął sobie rękę”. Taka zapowiedź, taka obietnica- a jaki efekt? Czy „127 godzin” to nie jest przypadkiem pierwszy w historii „oscar contender”, który sprytnie udaje, że nie jest tylko jeszcze jednym odcinkiem sadystycznej „Piły”?

Niech sobie a zatem państwo wyobrażą, że tak jak, w przywołanym powyżej zwiastunie- tak jest przez cały film. Boyle, nie mając właściwie wyjścia, używa przegiętej formy filmowego trailera (głównie po to,  aby żeby nie zanudzić widza staniem w miejscu przez 80 minut projekcji) , snując banalną do granic możliwości bajkę o cudownym autoocaleniu Arona Ralstoma.  Zamknięty na prawdziwe relacje międzyludzkie, nonkonformistyczny szalony dwudziestolatek ,  poprzez  nieszczęsną tragedię, jaka go spotkała  (film jest oparty na prawdziwych wydarzeniach z 2003 roku) uczy się czegoś o życiu. Ma się przekonać na własnej skórze, że czasem trzeba spojrzeć nieco wyżej niż na czubek własnego nosa i umieć zawołać o pomoc innych, kiedy zajdzie taka potrzeba.

Czy osobiście mam coś przeciwko tego rodzaju banałom w kinie? Na ogół nie, a jednak wypada mi się w tym miejscu zastanowić – czy aby brak sensownego podtekstu, a przysłonienie cierpienia prawdziwego Arona (James Franco) jakimiś idiotyzmami o odkupieniu win (like, what?!) to jedyne na co stać dzisiejsze kino dramatyczne startujące do głównych tegorocznych Oscarów?

Wszystko rozbija się tu o samego bohatera, który choć przepysznie zagrany przez Jamesa Franco (byłby murowanym oscarowym faworytem, gdyby nie to, czego dokonał Colin Firth w „Jak zostać królem”), to właściwie nie jest w ogóle ciekawą postacią. Od początku zajmować ma nas przede wszystkim technika filmu- podzielony ekran (niczemu wielkiemu nie służący), ta sama , co w trailerze, głośna muzyka i przepiękne , bajecznie kolorowe plenery, w które reżyser wraz z bohaterem nas zabiera. Sęk w tym, z jakim bohaterem.

Przypominający mush-upowy klip z youtube , film twórcy „Trainspotting”, jest , przynajmniej w pierwszej połowie,  natchniony zjawiskową niemal energią, zaś jego hiperkinetyczna maniera, trzyma na skraju fotela i  niejednokrotnie zaskakuje co ciekawszymi zagrywkami operatora (np. ujęcie z wnętrza słomki czy dna bidonu, z którego bohater wypija ostatnie krople wody). Zastosowane tu wizualne szaleństwo jest w końcu zgodna z trybem życia bohatera- technokratycznego faceta o umyśle nastolatka, który ze słuchawkami na uszach i kamerą w ręku nie wierzy w swój pech i z lekkością przesuwa granice zdrowego rozsądku. Tylko co z tego wszystkiego wynika? Ano , niewiele. Kiedy reżyser połaskocze nas swoimi błyskotkami i kiedy po wielu minutach na ekranie pojawi się ni z gruchy, ni z pietruchy tytuł filmu (oznajmiający nam: OK , to już) i wreszcie kiedy bohater wreszcie zda sobie sprawę, że nie ma zbyt wielkiego pola manewru, a póki co tylko czekać- zaczyna się Utah Chainsaw Massacre (a raczej długie, powolne oczekiwanie na krwawy deser, o którym wszyscy mówią już od dawna). Survival, któremu reżyser nadaje Ważne Znaczenie.

Kim jest zatem Aron? Co o nim wiemy , skoro w pierwszych scenach jest dla mnie nikim, jak szaleńcem rozbijającym się swoim rowerem po dzikich ostępach z dala od domu? Ano nie wiemy o nim zbyt wiele. Że tęskni za dziewczyną , bo jest ładna; że tęskni za rodzicami, bo ich nie doceniał i nie odbierał telefonów, że czuje się tak ważnym „big heart hero”, że nie musi zostawiać nikomu informacji gdzie idzie na wspinaczkę i kiedy. Że jest inżynierem. Że chciałby być przewodnikiem. Ta zatrważająca psychoanaliza zastawia pułapkę na widza- trudno z kimś tak odległym człowieczeństwu sympatyzować, trudno przejąć się całą jego tragedią, a rozpraszające komediowo-sentymentalno- kiczowate wstawki w drugiej połowie filmu, już tylko wyrzucają mnie „out” totalnie z projekcji i zatrzymują tuż przed tabliczką „Wielkie Rozczarowanie”.

Wszystkie te retrospekcje z życia Arona, Boyle obleka w jakiś taki strasznie kiczowaty styl- z jasnym światłem, obrazkami jak z tandetnej reklamy telewizorów (ta wielka rodzina siedząca na kanapie w halucynacjach Jamesa Franco, te wszystkie spowolnione ujęcia, te debilne do granic dialogi dziewczyny Arona w rodzaju „Kiedyś będziesz bardzo samotny”. ). Gdzie tkwi w tym  jakikolwiek autentyzm tak sumiennie budowany przez operatora (kamera bohatera jest znakomitym narzędziem pozwalającym nam zapomnieć, że jest tylko aktorem w filmie) , gdzie ten cały dramatyzm głównego bohatera? Wreszcie kiczem trąci też samo zakończenie – patetyczne, nieznośnie happy-endowe, o grubo ciosanym moralnym pouczeniu. Widz wychodzi z kina prawie jak z kazania.

Boyle miał dwa wyjścia- nakręcić czysty film o przetrwaniu w klaustrofobicznych warunkach jak „Buried” (co tam się sprawdziło bardzo dobrze, choć sam film też walił anty politycznymi banałami na lewo i prawo), albo skupić się na refleksjach bohatera „w pułapce” i przywoływaniu duchów z jego dotychczasowego życia. Twórca „Sunshine” wybrał drugą opcję- ambitniejszą, trudniejszą, choć i tak w ostatecznym rachunku potraktował tę drogę, tak jakby zapomniał , że to właśnie ją wybrał.

I to jest chyba problem tego reżysera- robiącego kino czysto rozrywkowe (nawet jeśli nieświadomie);  filmy świetnie zrealizowane, które do perfekcji  wykorzystują potencjał dzisiejszego multipleksa, są i pomontowane, i sfotografowane i udźwiękowione tak, że aż głowa mała, zaś każdy z nich, widać, że  niemal desperacko usiłuje wprowadzić jakiś powiew świeżości do skostniałego dziś świata X muzy (choć 2010 rok pokazał, że można naprawdę różnorodnie w kinie opowiadać)…

ale jednocześnie za każdym razem zatrzymuje się w pół drogi- to te wszystkie slumdogowe sentymentalne wtręty, to przewidywalny scenariusz uderzający w każdą nutę, jakiej się widz spodziewa, to patos przypominający stare produkcje melodramatyczne, to wreszcie cała ta udawana ambicja, która kończy się na bon motach i frazesach. Niestety- jak dla mnie,  za dużo wątpliwości na wyższą ocenę.

szymalan

PS TA straszna scena, nie jest wcale tak straszna jak wszyscy o niej mówią. Eliptyczny montaż nie daje widzowi okazji do omdleń na widok krwi (znacznie gorszy jest dźwięk łamanej kości) , kilka osób przymykało oczy w kinie, ale  ja widziałem znacznie gorsze rzeczy w filmach, więc raczej bez obaw.

mój ranking Oscarowych filmów:

1. Incepcja

2. Jak zostać królem

3. Toy story 3

4. Czarny łabędź

5. Social Network

6.Wszystko w porządku

7. Prawdziwe męstwo

8. 127 Hours

Reklamy

16 thoughts on “127 godzin ***

  1. Także uważam, że pierwsza połowa filmu ciekawsza pod względem ‚więcej się dzieje’. Dla mnie ten film jest niesamowity. Nie widzę w nim ani grama kiczu.
    Rodzina na sofie – byłoby dziwne, gdyby nie to, że ten człowiek przez kilka upalnych dni tkwił w kanionie uwięziony bez większej ilości wody (tudzież później bez grama czystej wody)! Na skraju śmierci wiele rzeczy nam się przypomina, nawet tych drobiazgowych jak głupi, mało znaczący dialog:

    Baw się dobrze.
    Jak zwykle.

    Zgadzam się, że Franco przedstawił kwintesencję dobrego aktorstwa. Jest niesamowity, trzeba to przyznać. Statuetki dla Colina Firtha nie byłabym tak bardzo pewna. Ale to moja opinia :)

    Trailer filmu nie zapowiadał go wystarczająco dobrze (z wyjątkiem piosenki, która leciała w nim przez drugą połowę zwiastuna- świetna!). Na szczęście „127 godzin” okazał się lepszy. Nie mówiąc już o Dido, której jestem fanką.

    Skąd porównanie do Piły?! Czytałam w jakieś gazecie dzisiaj (bodajże w Krakowskiej, mojej miejscowej :)) jak pewna pani redaktor użyła tego porównania. To, co mu się przytrafiło to życie, nie głupia gra. Nie użyłabym takiego porównania, ten film jest na to za dobry. Desperacja w obu tych filmach nie jest jednakowa, a już na pewno nie jednakowo odegrana :)

    Szkoda, że nie spodobał Ci się tak bardzo, jak mi. Mój ranking oscarowych filmów (widziałam wszystkie oprócz „Do szpiku kości”, który zobaczę jutro):
    1. Incepcja
    2. Jak zostać królem
    3. Czarny łabędź
    4. 127 Hours
    5. Prawdziwe męstwo
    6. Toy story 3
    7.Wszystko w porządku
    8. Social Network

    PS Bardzo rzeczowa recenzja, podoba mi się :)
    Pozdrawiam!

    • Witam! Wydaje mi się, że moja niska ocena tego filmu i w ogóle niektórych filmów Boyla wynika z tego, że mam go za piekielnie zdolnego faceta, który potrafi zainspirować w kinie czymś świeżym. Stąd moje wygórowane wymogi wobec niego :)
      Kicz (czy ocieranie się o kicz) widzę głównie w scenach retrospekcji, które uważam za za długie i mało wnoszące do dramatyzmu całego filmu, a wręcz niwelujące cześć napięcia. A porównanie do ‚Piły’ skąd? Tak jakoś po nitce do kłebka doszło:) Od wiadomej sceny do setek podobnych w „Piłach” i podobnym moim zdaniem przesłaniu (pocierpisz, odkupisz swoje grzechy), które uważam za mało stosowne przy takiej historii. Może jakoś źle patrzę na tę produkcję, ale tak dokładnie odczytywałem ten film w chwili gdy bohater przyznaje się widzom , że sam sobie zgotował ten los. Film oczywiście jest o wiele lepszy niż wszystkie „Piły” razem wzięte i znacznie bardziej warty uwagi, ale wg mnie zbieżność morałów , nawet jeśli jest tu przypadkowa- to jednak jest.
      Chętnie poczytam w tym temacie jakieś kontrpolemiki:)
      Dziękuję za miłe słowa i odwiedziny ;)

      pozdrawiam! (PS ciekawy ranking swoją drogą)

  2. przede wszystkim muszę napisać, że byłem pierwszy :)
    po drugie, czepiasz się i tyle :)
    moim zdaniem własnie przyznanie się do tego, iż bohater sam zgotował sobie taki los jest czymś prawdziwym. Ile razy my, robimy coś złego, niepoprawnego i tylko czekamy na złowrogie skutki? (np przekraczając dopuszczalną prędkość na A4)

    no i na koniec widziałem dziś Incepcje, ostro walczy o pierwsze miejsce w oscarowym kotle z The King’s Speech, za parę dni bedzie wpis :)

    pozdrawiam

    • Ale oczywiście- przyznajemy się i jest to prawdziwe. Ale główny bohater nie odpowiada przecież za obsunięcie się skały, to był czysty , bardzo przykry przypadek:) A Boyle próbuje z tego zrobić film o płaceniu ceny za swoją arogancję i relacje z innymi ludźmi. I na to się nie umiem zgodzić, chyba , że znajdzie się ktoś kto dostrzeże jakaś lukę w mojej interpretacji :)

      i cieszę, że obejrzałeś wreszcie Incepcję :) dla mnie film absolutnie skończony, jeden z niewielu, który dostał najwyższą ocenę ode mnie.

      pozdrawiam (i czekam na notkę! :)

  3. Nie czepiałbym się wizji jakie nachodzą bohatera, tej nieszczęsnej kanapy, dziewczyny, która mówi mu, że będzie zawsze samotny, bo były to przecież majaki bohatera, spowodowane skrajnym wycieńczeniem i tak dalej. Nie wiadomo co mu się uroiło, ale wcale bym się nie zdziwił, gdyby takie „kiczowate” obrazki naprawdę go nawiedziły. Mnie przynajmniej w czasie seansu one w ogóle nie mierziły.
    Zgodzę się natomiast co do zakończenia – trochę za słodkie wyszło…
    Pozdrawiam

    • no niby tak, facetowi uwięzionemu przez 5 dni w skale mozna na pewno wybaczyć dziwne majaki, ale jednak to chyba Arystoteles mówił, że ‚To że coś wygląda prawdziwie w życiu, wcale nie musi wyglądać prawdziwie w sztuce’. I chyba coś w tym jest, nawet jeśli się nie zgadzamy co do tego konkretnego przypadku :)

      a właśnie, milczący, zarzuć jakimś swoim rankingiem Oscarowych filmów. Bo rozumiem, że ‚Incepcja’ na szczycie, ale co dalej? ;)
      pozdrawiam

      • Jest, jest to prawda. Nie wszystko co w życiu prawdziwe, czy na kartce dobrze wyglądające, sprawdzi się na ekranie.

        Nie widziałem jeszcze „The kids are all right”, „The Fighter” oraz „Winter’s Bone” więc ranking może się jeszcze trochę zmienić. Na razie wygląda mnie więcej tak:

        1. Incepcja of course ;)
        2. Jak zostać królem
        3. The Social Network
        4. 127 godzin
        5. Toy Story 3
        6. Czarny Łabędź
        7. Prawdziwe męstwo

        Pozdrawiam

        • Ponieważ obejrzałem dwa kolejne filmy nominowane w tym roku uzupełnię moją małą listę :)
          „Wszystko w porządku” na miejscu 5,5
          „Do szpiku kości” na miejscu 6,5.
          Pierwsze trzy miejsca już raczej nie do ruszenia, chociaż kto wie. Podobno „Fighter” jest bardzo dobry. Przekonam się o tym za tydzień :)
          Pozdrawiam.

  4. A mój ranking oscarowy wygląda tak:
    1. Incepcja
    2. Prawdziwe męstwo
    Bo tylko te dwa oglądałem :) Niestety ostatnio nie mam czasu na kino. Do obejrzenia wybrałem ostatnio tylko jeden film, który ze wszystkich nominowanych wydawał mi się najbardziej interesujący („True Grit”), a resztę zostawię sobie na później. Chciałbym aby oscarowa ceremonia choć raz mnie zaskoczyła i aby nie wygrali faworyci – obstawiam więc, że Oscary dostaną aktorzy: James Franco, Annette Bening, Christian Bale i Amy Adams. A jeśli chodzi o kategorię ‚najlepszy film’ i ‚reżyseria’ to może David Fincher i jego „Social Network”, przez wzgląd na jego wcześniejsze dokonania, szczególnie niedoceniony „Zodiak”.

    • Też bym tego chciał, aby Gala choć raz od kilku lat nie była tak przewidywalna. Co do aktorów to główne oscary niemal na 100% idą do Clina Firtha i Natalie portman. To praktycznie pewniaki :) Bale też raczej dostanie, dużo się mówi też o Leo z „Fightera”, ale to chyba najbardziej stojąca pod znakiem zapytania kategoria aktorska, bo tu może wygrać też Helena. b. Carter.
      Film i reżyseria najprawdopodobniej się w tym roku podzielą: reżyserie zgarnie Fincher, a film – „Jak zostać królem”. Zresztą przed samą Galą zapraszam, na blogu podsumuję wszystkie kategorię i napiszę swoje typy:)
      A Fincher rzeczywiście powinien być doceniony za znakomitego „Zodiaka”. Za ten film spokojnie dałbym Oscara.
      pozdrawiam

  5. Ostre słowa i przemyślenia, ale przecież my mówimy o kinie amerykańskim! Ono nigdy niczym więcej nie będzie, jeśli jest skierowane do szerokiej publiczności. Twoje argumenty są jak najbardziej logiczne, uzasadnione, i w dużej mierze się z nimi zgadzam, ale po seansie wcale nie miałam wątpliwości i nie odczuwałam niesmaku. Wypowiedzi dziewczyny? Może i były pustymi frazesami, ale tego się źle wcale nie ogląda. Co innego jest wyciągnąć te zdanie z kontekstu i umieścić w poście (może wtedy te, czy inne słowa brzmią niefajnie), a co innego, gdy siedzisz na sali, jesteś w trakcie wartkiej akcji i nagle padają słowa jakiejś dziewczyny (nawet nie zwróciłam na nie uwagi). Co do samego Arona – dla mnie ludzie, którzy mają w życiu pasje, robią coś z miłością i oddaniem (nawet jeśli są wtedy bezmyślni – młodość ma swoje prawa), a tym bardziej jeśli kochają góry, wspinaczkę (to również moja pasja), nigdy nie będą ludźmi nieciekawymi, o których robienie filmu nie ma sensu. Wierzę, że w Aronie jest coś więcej niż chłopczyk łażący po górach w spodenkach, i słuchający dudniącej muzyki. Pozdrawiam :)

    • Też mi się zdarza nie zwracać uwagi, czy zapominać o podobnych frazesach w kinie, ale pech chciał, że akurat ten od dziewczyny zapamiętałem :) I niestety zabrzmiał mi fałszywie- zamiast pokazać fragment z przeszłości Arona, służył jedynie potwierdzeniu tezy reżysera (Aron był niedobry wobec przyjaciół- teraz musi zrozumieć swój błąd).
      A co do dalszej części Twojego komentarza- pasjonaci, pełna zgoda, nigdy nie mam nic do takich ludzi (mnie też ciągnie w góry zdecydowanie:)). Ale ja u Arona , a przynajmniej w tym filmie, pasji nie zauważyłem, raczej lekkomyślność i brawurę (bo można uprawiać sporty ekstremalne, ale jednocześnie zachować wszystkie zasady bezpieczeństwa). Niemniej to i tak nie rozwiązałoby mi problemu tego filmu, którym są retrospekcje nie pokazujące nic moim zdaniem ciekawego z jego życia, a tylko zaburzające dramatyzm filmu (bo częśc wspinaczkowa w pierwszej połowie filmu była jak najbardziej w porządku, nic do niej nie mam- potem się moim zdaniem film rozsypał) .
      pozdrawiam!:)

  6. „127 godzin” to moim zdaniem film świetny, a co do komercyjnej rozrywki najczystszego rodzaju to zgaqdzam się tylko w przypadku Slumdoga. Film mnie olśnił i zachwycił, a rola Franco – mocna.

    Mój ranking oscarowych:
    1. Incepcja
    2. Social Network
    3. 127 godzin
    4. Czarny Łabędź
    5. Jak zostać królem
    6. Fighter
    7. Prawdziwe męstwo

    • Widzę, że Ci się odmieniło co do ‚Social Network”, bo chyba trochę narzekałeś w swojej recenzji po premierze :)

      co do 127 godzin chciałem pokomentować u Ciebie na blogu, ale żeście się wszyscy uparli ostatnio na blogspota, to nie mogę (u Agniechy też).

      • No odmieniło po drugim seansie :) Ale to materiał na oddzielnny komentarz.

        Blogspot jest świetny, bo praktyczny i bez limitu zdjęć (dlatego zmieniłem z onetu). A dlaczego nie mozesz komentowac na tym blogspocie?

        • No właśnie sam bym chciał to wiedzieć. Maxcine zasugerował , że to mogą być jakieś ograniczenia mojej sieci i pewnie coś jest na rzeczy. :(

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s