Jak zostać królem *****

Jak zostać królem *****

Tegoroczny sezon na filmowe nagrody to w dużej mierze produkcje eksperymentalne, bawiące się formą i narracją, niejednokrotnie przełamujące ekranowe stereotypy. Mieliśmy już wizjonerską „Incepcję” obdarzonego niesamowitą wyobraźnią Christophera Nolana, „Social Network”, który w warstwie fabularnej był jedną wielką retrospekcją, „Czarnego Łabędzia”, czyli Tour De force jazda bez trzymanki od Aronofsky’ego”, kaptalnie napisane i porażające emocjonalnie „Toy story 3″ Pixara, a przed nami wciąż jeszcze „127 godzin” Boyla  , czyli opowieść o człowieku, który utknął w skale na 5 dni oraz western a la Coen Brothers, czyli „Prawdziwe męstwo”. W całym tym towarzystwie film Toma Hoopera o angielskim królu-jąkale wydaje się najbardziej konwencjonalny, najbardziej klasyczny formalnie i w dużej mierze na jakieś kosmiczne  fabularne czy realizacyjne zaskoczenia, nie ma co liczyć.  I być to właśnie ta „staroświeckość”, „oldschoolowość” i przyziemność tego filmu, przekłada się na seans, który w trakcie swoich dwóch godzin po prostu czaruje, hipnotyzuje i sprawia absolutnie fizyczną przyjemność z oglądania.

Oparta na prawdziwych wydarzeniach historia opowiedziana w tym filmie nie jest jakoś szczególnie poplątana, dlatego opis fabuły potraktuję tu raczej skrótowo, ograniczając się do zarysowania wszystkich jej głównych punktów. No więc wszystko ma miejsce w latach 20,30,40 XX. wieku w świecie brytyjskiej rodziny królewskiej, kiedy to punktem zwrotnym w historii państwa kazało się objęcie tronu przez Jerzego VI Windsora (Firth) , ojca dzisiejszej królowej Wielkiej Brytanii, Elżbiety II. Kiedy jego własny brat Edward abdykował, Albert (nazywany przez rodzinę Berttiem) objął tron bardzo niechętnie. Mężczyzna miał bowiem gigantyczne wprost problemy z wygłaszaniem publicznych mów i sam uważał, że do roli przywódcy całego narodu się po prostu nie nadaje. Jąkał się, zacinał w połowie słowa, a sklecenie jedno zdania w jego wykonaniu to był kolosalny wprost wysiłek fizyczny. Na szczęście w jego królewskiej (a wcześniej książęcej) posłudze towarzyszy mu pewna niezwykła osoba- jego osobisty logopeda Lionel, (Rush) , pierwszy specjalista, który po seriach terapeutycznych katastrof, był w stanie zmusić bohatera do prawidłowego mówienia.

I mimo, że w filmie pojawiają się także  inne ważne postacie, takie jak oddana i współczująca żona głównego bohatera (niezła Helena Bonham Carter),  to właśnie o spotkaniu tych dwóch barwnych postaci (nieśmiały, usztywniony ceremoniałami arystokrata oraz wulkan życia i spontaniczności z nizin społecznych) zasadza się sedno większości scen tego filmu. Poprzez serię bardzo , ale to naprawdę BARDZO niekonwencjonalnych metod stosowanych przez australijskiego specjalistę (który de facto kwalifikowany do swego zawodu w żaden sposób nie jest) , oglądamy narodziny cudownej przyjaźni ponad podziałami klas, w jakich się obydwaj znajdują i krajów z , których pochodzą(pierwszym zamysłem Hoopera ponoć było „chciałbym nakręcić film o Australijczyku i Angliku”). Ta zresztą bliskość i bezpośredniość relacji jest tutaj o tyle istotna,  że terapeuta chce nie tyle zlikwidować mechaniczny problem niemówienia króla, ale raczej dociec do jego pierwotnych przyczyn (co w bezpośrednim następstwie musiało prowadzić nie tylko do samych ćwiczeń mięśni twarzy, ale też do długich i szczerych rozmów na temat życia prywatnego księcia Alberta).

Z wszystkich tych szczerych rozmów wyłania nam się portret brytyjskiego władcy, który dzięki genialnemu Colinowi Firthowi (Oscar to już w tym wypadku czysta formalność) , ma szansę zapisać się w annałach historii kina. Firth gra tu nie tylko człowieka mocno zażenowanego i sfrustrowanego swoją przypadłością, ale tez bardzo bardzo w jakiś sposób samotnego (okazuje się, że nigdy nie miał przyjaciela, a dzieciństwo dalekie było od stereotypowego rozpieszczonego książątka)  i udręczonego. W swoich czasach  Albert uważany był na przeciw swoich braci jako „the dumb one”- dziwoląg, głupek, jąkała, który do niczego się nie nadaje. Tom Hooper wygrzebał więc ponoć jakieś stare rodzinne pamiętniki i co się okazuje- Bertie był tak naprawdę bardzo inteligentnym facetem z poczuciem humoru, mądrym i absolutnie przygotowanym do „bycia głosem całego narodu”. Widać to zresztą w samym filmie, który nie jest jakimś pożal się Boże, ciężkim psychologicznym , zimnym dramaciskiem. Wręcz przeciwnie, relacje pomiędzy logopedą a księciem to w zasadzie główne źródło komizmu całego filmu (Geoffrey Rush, co TRZEBA powiedzieć, jest równie wyborny i zasługuje na Oscara). „King’s Speech” jest idealnym odzwierciedleniem tego co amerykanie nazywają „feel good movie”- ciepły, przyjemny i niesamowicie pozytywny obraz, który kontempluje się z uśmiechem na twarzy.

Choć i przecież napięcia tu nie brak. Po tych wszystkich śmiertelnie poważnych diagnozach społeczeństwa  nowego wieku u Finchera, 17 levelach sennych w „Incepcji” i histerycznych ekscesach Natalie Portman w „Czarnym Łabędziu”,  nagle na naszych ekranach pojawia się film, w którym cały suspens polega na oczekiwaniu na JEDNĄ, jedyną przemowę królewską do swoich obywateli ( na moment przed przystąpieniem do walki z hitlerowską machiną wojenną) . Hooper dokonał w moich oczach cudu, bowiem sprawił, że tak błaha dla nas sprawa staje się na 2h czymś, o co naprawdę chcemy zawalczyć razem z bohaterami, i że autentycznie obawiamy się o stan naszego króla i odpowiedzialność, jaką wkrótce może ponieść. W tej chwili przypomina mi się film „Królowa” z oscarową Hellen Mirren, który również zajrzał za kulisy życia królewskiego rodu i pokazał, jaką wartość mają te wszystkie tradycje i zwyczaje dla Anglików, mimo, iż przecież król nie ma tam tak naprawdę żadnej realnej władzy. Cz wywieszenie flagi na maszcie do połowy to rzeczywiście aż tak ważny element żałoby? Czy jedna mowa jednego króla może sprawić, że naród rzuci się do walki z Hitlerem?  Czy dla  monarchy istnieje prawdziwe, osobiste życie?

Takie pytania w trakcie seansu się mnożą i trudno się temu dziwić. Znakomita reżyseria Hoopera i fantastyczny wprost skrypt (który napisał człowiek , który od zawsze miał problemy z jąkaniem się- pisanie tej historii było ponoć dla niego formą terapii!) sprawiają, że każda scena podaje jakiś nowy trop, dorzuca do pieca jakiś kolejny fascynujący temat do rozważenia. Tak na dobrą sprawę trudno powiedzieć, o czym jest ten film. Można że i o męskiej przyjaźni, ale można też inaczej – że o zderzeniu się młodej XX wiecznej demokracji (reprezentowanej przez Lionela) oraz  usztywnionej wielowiekowymi tradycjami monarchii (król). Ale można szukać też jeszcze innej ścieżki – że to film o tym, że ważne jest nie to, kogo pokonamy na drodze do własnego spełnienia, ale raczej to, co pokonamy w sobie samych, jakie słabości i ułomności, a także czy zdołamy zdobyć się na dystans wobec siebie samego, coś w sobie przełamać. Jest to też produkcja o zmieniających się czasach. Dawniej władca przemawiał do  po prostu do tłumu –  dziś pojawiają się media i trzeba nagle być przygotowanym na nowe. Na radio, telewizję, internet, gdzie przemawia się do milionów. Ci, co tego nie potrafią, odpadają z gry (trochę jak moment, kiedy w kinie pojawił się dźwięk i zaczął się nagle liczyć głos aktora).

Niezależnie co jednak będziemy o dramacie Hoopera myśleć, trzeba to dzieło po prostu obejrzeć. Bo choć nic wcześniej na to nie wskazywało, chyba już teraz mamy do czynienia z filmową rewelacją roku. Juz w 3 minucie seansu chciało mi się płakać, kiedy widziałem Firtha ze zgrozą patrzącego na mikrofon i tłum czekający na każde potknięcie ich przyszłego króla. Aktorstwo zasługujące na owację na stojąco, skromna realizacja (kostiumy i scenografia- wszystko jest tu piękne, a jednak pozbawione obrzydliwego hollywoodzkiego przepychu), ciekawe zdjęcia (jak pokazać izolację bohatera? umieszczając go na samym brzegu wielkiego kadru!) , skromna partytura Desplata. Wszystko tu działa w pełnym synchromie. Powiem wprost- ten czarujący film, nawet jak ma jakieś wady (a możliwe, że i ma) – to jakoś mnie to nie obchodzi. Osobiście życzę fury Oscarów i zwycięstwa nad przesadnie faworyzowanym „Social Network”. Do kina, narodzie!

szymalan

PS Zwiastun „Czarnego Czwartku” to najlepszy polski trailer, jaki oglądałem.

Reklamy

8 thoughts on “Jak zostać królem *****

  1. Amen. Nic dodać, nic ująć. Twoja recenzja tylko dopełnia rewelacyjności tego filmu w moich oczach. Wspomniałeś, że już w trzeciej scenie, kiedy to Albert wychodzi, by przemówić do narodu podczas inauguracji stadionu Wembley, chciało ci się płakać z nieporadności głównego bohatera. Ja dokładnie odczułam to samo, bo już w drugiej scenie, gdy zobaczyłam Alberta podenerwowanego całą sytuacją, oraz przerażonego nieuchronną katastrofą, jaka miała wkrótce nadejść wraz z jego przemową i której książę był w pełni świadom, udało mi się go szczerze polubić, a więc moja empatia była tu w pełni uzasadniona. Co więcej, już w pierwszej scenie, kiedy widzimy pana konferansjera, z czułością dopełniającego, jak sądzę swojej codziennej czynności, a mianowicie przeczyszczającego gardło, by jego zapowiedź była jak najbardziej profesjonalna, udało się twórcom mnie szczerze rozbawić. Podsumowując, tak w przeciągu 10 minut filmu, zostałam całkowicie zauroczona i kupiona tym filmem. Późniejsza konfrontacja aktorska Rusha i Firtha tylko dopełniła ten stan (mogłabym tak patrzeć na nich godzinami). Jak słusznie zauważyłeś, brak tu przepychu czy nadętości. I to powoduje, że trudno nie polubić tego filmu. Ewentualne wady również mnie nie interesują, nawet nie chce mi się słuchać głosów malkontentów, którym i tak nie dogodzisz. Nic, ani nikt nie jest w stanie obrzydzić mi tego filmu. Głęboki szacun dla Hoopera (mam nadzieję, że to zapowiedź przyszłego wielkiego twórcy), dla scenarzysty (który nie musi mieć żadnych kompleksów), a Rush i Firth zyskali tak wiele, że nawet udział obu panów w kolejnej części (jeśli taka nastąpi) „Ostatniego władcy wiatru” nie przekreśli ich zasług w moich oczach.
    Być może „Incepcja” nie ma już szans na Oscarach, być może, że ta główna walka rozegra się pomiędzy „Czarnym łabędziem”, a „The Social Network”, ja jednak liczę na przekorność Akademii i wybór „Jak zostać królem”. To byłby wspaniały oscarowy wieczór.
    Pozdrawiam :)

    • Dzięki za miłe słowa:) Tez tak miałem, że przyszło mi do głowy , że z nimi samymi (Rush, Firth) ten film mógłby trwać tak z 5 godzin, a jego wartość mogłaby proporcjonalnie tylko rosnąć.
      a w sprawie oscarów: Mnie się jednak cały czas wydaje, że ‚Czarny łabędź’ nie ma większych szans na najważniejsze statuetki, w sumie z tych samych powodów co „Incepcja”- to nie są filmy dla wszystkich, są zbyt eksperymentalne i nieoczywiste, żeby przekonać taką ilość zgredów z Akademii :D co do „king’s Speech” to on co prawda, cały czas przegrywał sukcesywnie z filmem Finchera wszystko co się tylko dało, niemniej ostatnio trend się jakby odwrócił i niesamowicie ważne wyróżnienia (Gildia Producentów , Gildia Reżyserów) poszły do dzieła Hoopera.
      Także jest jeszcze nadzieja, że to właśnie ten film zatriumfuje na Oscarach (a biorąc po uwagę fakt , że często jak jest dwóch faworytów i jeden zdobywa Globa, to wtedy drugi zazwyczaj dostaje Oscary- te szanse się więc jeszcze bardziej zwielokrotniają).
      Tak czy inaczej, jestem niesamowicie ciekawy , i na tą chwilę ucieszy mnie chyba każdy werdykt, oprócz ‚Social Network”, a to właśnie między tym filmem a filmem Hoopera, rozegra się wg mnie cała Oscarowa noc.
      pozdrawiam serdecznie ;)

  2. ta… mam zamiar dziś zobaczyć ten film bo bardzo mnie intryguje. a jeżeli jest naprawdę tak dobry jak wszyscy twierdzą to pewnie będę chodzić zafascynowana przez kilka dni :P

    pozdrawiam :*

  3. Nawet nie wiedziałam, że scenariusz do tego dramatu pisał człowiek, który także miał problemy z wyrażaniem słów ;) Fajna ciekawostka.
    Zgadzam się, że pan Rush zasługuje na duuże pochwały. Nie tylko ze względu na grę, ale także na to, że nie pozostał w cieniu głównej postaci. Mogło się tak zdarzyć, ale Colin Firth go nie przyćmił.

    Dla mnie jest to kino inteligentne i wyborne. Moim oscarowym faworytem jest jednak inny film, chociaż pewnie i tak nie zdobędzie statuetki.
    Pozdrawiam i zapraszam na moją najnowszą recenzję :)

    • Słuszna uwaga- co do Rusha- mimo genialności Firtha, dalej pozostał pełnoprawną, pełnowartościową postacią , która trafia do widza.
      Moim faworytem Oscarów od 30 lipca 2010 jest „Incepcja”, ale patrząc na sytuację bardziej realnie (dzieło Nolana oscarów nie dostanie, z wielu konkretnych przyczyn), na tą chwilę kibicuję filmowi Hoopera , chociaż się tego nie spodziewałem :)
      pozdrawiam!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s