M jak morderstwo *****

M jak Morderstwo *****


Alfred Hitchcock ponoć powiedział kiedyś, że „Film jest zły wtedy, jeśli ktokolwiek z publiczności chociaż na chwilę może odwrócić oczy od ekranu”.  Kiedy po raz pierwszy usłyszałem ten cytat,  myślałem, że to jakiś kiepski żart. O, serio?   Nikt? Chociaż na chwilę? Teza ta jest z pewnością przesadzona (bo ile dobrych filmów czyni automatycznie złymi) , a jednak i też dość zuchwała, skoro padła z ust reżysera filmowego. „To pokaż  jak ty to robisz, cwaniaczku”- no i zacząłem oglądać filmy Hitchcocka. Dziś , po zapoznaniu się z 20 tytułami autora słynnego cytatu ,  już wiem co Mistrz Suspensu miał na myśli- poznałem jaka była jego metoda na dobre kino. Takie, wobec którego człowiek nigdy się nie odwraca plecami.

Sztandarowym przykładem na udowodnienie złotej myśli Hitcha niech będzie recenzowane niniejszym „M jak morderstwo”.  Ten filmowy majstersztyk ma ponad 50-tkę na karku, ale formalnie wysyła 99% współczesnych dreszczowców , tam gdzie znajduje się półka opatrzona metką: „B-Class. Straight-to-video.” Dzisiaj thriller to przepych i pieniądze- tuziny retrospekcji, montaż równoległy , przy pomocy którego akcja dzieje się w 10-ciu miejscach naraz, cyfrowe efekciarstwo oraz  zredukowanie dialogów do informacyjnego minimum. Do tego oczywiście niepotrzebny 2,5 godzinny metraż i  zmiana nastroju, tempa i lokacji  z częstotliwością raz na 3 minuty. Odnoszę wrażenie, że Hitchcock w dzisiejszych czasach by się po prostu nie odnalazł (zapewne na okrągło z braku laku oglądałby  „Autora Widmo” Polańskiego). Jak tu utrzymać narządy wzroku widza przy ekranie stosując metody migotliwego teledysku ( i nie nazywając się Christopher Nolan) ?

„M jak morderstwo” to pełna, w stanie czystym,  kwintesencja  stylu reżysera „Psychozy”. Akcja tego , dodam od razu, rewelacyjnie wprost dobrego filmu , rozgrywa się w 90 procentach w JEDNYM pokoju, zaś całość stoi na dwóch fundamentach- dialogu i wyśmienitym  aktorstwie (jak widać, Hitchcock nie takie rzeczy robił,  nim powstało osławione „12 gniewnych ludzi” )

Fabularnie „M” to podręcznikowa nowela – jeden liniowy wątek główny, kilka postaci owiniętych wokół intrygi i poruszających się w maksymalnie 2-3 lokacjach (zazwyczaj lokacja główna – mieszkanie- i lokacje przyległe w postaci klatki schodowej, pobliskiej ulicy). Mężczyzna w średnim wieku, ongiś osiągający sukcesy w sporcie, dzisiaj przyszły zleceniodawca zabójstwa swojej żony. Do tego celu  posłuży się przygodnie poznanym sprzedawcą samochodów, którego zamierza wkręcić w spisek przypominający coś, co jak mówi jeden z bohaterów „istnieje tylko w książkach”- morderstwo doskonałe. Morderstwo dopięte  na ostatni guzik, perfekcyjne, zaplanowane od A do Z, z otwartą furtką na szybki plan B.

Film Hitchcocka składa się zatem głównie z rozmów o owym morderstwie- dlaczego to zrobimy, jak to zrobimy- a nieco później-  co zrobiliśmy, a czego nie (śledztwo w drugiej połowie). Bohaterowie zaciekle dyskutują, intonując ważne szczegóły i zwodząc widza oraz  pozostałych bohaterów.  Spacerują po mieszkaniu, a maksymalnie skupiony widz winien obserwować każdy najdrobniejszy ruch lub gest.  W tym pomaga nam technika: nie dająca  ani przez chwilę niemiłego poczucia wyrwania z filmowego snu- czy to poprzez rozedrganą pracę operatora, czy też poprzez montaż , tutaj płynny, przeźroczysty, unikający jak ognia jakichkolwiek gwałtownych przeskoków czasowych.

Dlatego też tak trudno odciągnąć wzrok od ekranu, bo obserwowane widowisko oszałamia i otumania; mamy wrażenie żywego „dziania się”, wejścia w sam środek awantury (warto zaznaczyć, że film został nakręcony w technologii 3D i był jednym z nielicznych filmów Złotej Ery Hollywood, którym udało się na tym polu osiągnąć sukces).

(Tą samą metodę narracji  mistrz próbował już nieco wcześniej, w tym raz zachciało mu się przesunąć do granic ekranowych możliwości w swoim nieco mniej genialnym , ale wciąż świetnym dziele „Lina” (uznawany za nieudany eksperyment- bez przesady). „Lina” (czy „Sznur”)  składa się w całości z długich kilkunastominutowych segmentów nakręconych każdy w jednym ujęciu  (np. 15 minutowa sekwencja  zrobiona  za jednym zamachem, bez użycia  montażu). Rozegrany w czasie rzeczywistym film polegał na tym, że widz dosłownie łaził za bohaterami po jednym pokoju i przyglądał się co raz bardziej napiętej sytuacji. 85 minut filmu równało się zatem 85 minutom czasu akcji, zawartej w fabule)

W przypadku „M dial for murder” efekt jest przerażający- film, który ma trwać bite 105 minut, sprawia wrażenie zaledwie reżyserskiej wersji   pierwszego rozdziału  „Bękartów Wojny” Quentina Tarantino (który , stawiam jedną z moich dwóch rąk,  przerabia wszystkie te swoje długie , teatralne do granic dialogi, korzystając z metod hitchcocka).  To istny  monodram, sztuka rozpisana na kilka osób w ciasnej, niewielkiej przestrzeni (film należy do tej ery , kiedy Hollywood żywo inspirowało się Broadwayem i tym co tam powstawało), a jednocześnie jeszcze jedna w dorobku mistrza suspensu anegdotka o winie, karze, moralności i szaleństwie. Wielkie kino i to w technikolorze.

szymalan

Reklamy

16 thoughts on “M jak morderstwo *****

  1. Oglądałem 24 filmy Hitchcocka, w tym 6 genialnych, 12 bardzo dobrych i 6 rozczarowujących. „M jak morderstwo” zaliczam do tej drugiej kategorii. Ciekawa intryga, trzymające w napięciu sytuacje, znakomite aktorstwo Grace Kelly. Warto też zwrócić uwagę na ciekawą symbolikę (motyw klucza albo nożyczki jako narzędzie zbrodni).

    • no nie wiem, jak dla mnie to póki co , to chyba trzeci najlepszy Hitchcocka , jaki oglądałem (po ‚Oknie” i „Psychozie”). Ale biję się w pierś, bo nie widziałem ani „Vertigo”, ani „North by norhwest”, co planuję w najbliższych tygodniach, więc zobaczymy jak będzie moja lista wtedy wyglądać. „M” jestem zachwycony totalnie (w skali Hitcha może zreszta nie być najlepszy, ale na tle innych filmów gatunku to i tak geniusz) .
      pozdrawiam

      • To prawda, że w gatunku thrillera Hitchcock nie miał sobie równych. Lata 50. to czas westernów, musicali i monumentalnych produkcji historycznych, natomiast thrillery nie były wówczas zbyt chętnie oglądane, jedynie Hitchcock podtrzymywał ten gatunek przy życiu. Oprócz niego chyba tylko John Sturges zrobił wówczas znakomity thriller („Czarny dzień w Black Rock”), ale potem porzucił ten gatunek.
        Z filmów Hitchcocka za największe arcydzieła uważam: Okno na podwórze, Północ północny zachód, Psychoza, Ptaki i Zawrót głowy. Z wcześniejszego okresu jego twórczości najlepszym jego filmem jest „Shadow of a Doubt” – to nie tylko moje zdanie, ale również Hitchcock uważał ten film za swoje najlepsze dzieło. Te wymienione filmy oglądałem po kilka razy i za każdym razem świetnie się oglądało, dlatego są moim zdaniem genialne. Natomiast „M jak morderstwo” widziałem tylko raz – być może po ponownym obejrzeniu zaliczę film do genialnych, na razie jest „tylko” bardzo dobry. To samo mogę powiedzieć o wspomnianym przez przedmówców „To Catch a Thief” z kolejną świetną rolą Grace Kelly.

        • hm.nie byly chętnie oglądane? a cały gatunek kina noir? to chyba jest coś pokrewnego (Hitchcock wszak często poruszał się na granicy filmowego kryminału, a kryminały na granicy thrillera ) , tak mi się wydaje przynajmniej .
          Mnie ‚ptaki’ nieco rozczarowały, tzn. dobre kino,świetnie nakręcone ale nie wywołuje u mnie takich dreszczy jak Psychoza czy Okno na podwórze.
          Co do „Shadow..” to podobał mi się bardzo czarny charakter w tym filmie, ale też całościowo nie uważam tego filmu za świetny (chyba, że końcówkę) . Już prędzej „Nieznajomych z pociągu”.
          A „Zawrót Głowy” i „Północ Północny Zachód” to moje najbardziej żenujące zaległości filmowe , jakie istnieją , także postaram się szybko zdać sprawozdanie z seansu :)

          • Czytałem kiedyś taką ciekawostkę, że Gary Cooper odmówił zagrania u Hitchcocka, bo nie chciał grać w thrillerze, który to gatunek uważał za ‚kino klasy B’. I dlatego mi się wydaje, że ten gatunek był wówczas mało popularny, ale racja, że ‚film noir’ zawiera elementy thrillera.
            Z początku myślałem, że film „Ptaki” mi się nie spodoba ze względu na bzdurną tematykę, ale bardzo pozytywnie mnie ten film zaskoczył. Z kolei „Nieznajomi z pociągu” wręcz przeciwnie – spodziewałem się arcydzieła, ale nie jest to film tak dobry jak filmy Hitchcocka z lat 1954-60, jest jednak lepszy od jego filmów z lat 40. (z wyjątkiem „Shadow…”). Także większe wrażenie od „Nieznajomych…” zrobił na mnie „The Wrong Man” z Henry’m Fondą. A z filmu „Shadow…” bardziej od czarnego charakteru podobała mi się Teresa Wright :)
            Moje największe zaległości z Hitchcocka to: „I Confess” (1953) i „Frenzy” (1972).

            • czarny charakter porównując oczywiście do innych czarnych charakterów, a nie do protagonisty z filmu :P
              Dla mnie „nieznajomi” to też nie arcydzieło, niemniej to nie umniejsza moim zdaniem tego, że w dalszym ciągu może być zwyczajnie bardzo dobrym filmem. Filmy przecież nie dzielą się tylko na arcydzieła i filmy rozczarowujące.
              A „Ptaki” moim zdaniem mają za mało napięcia. Miałem wrażenie, że to jedyny jego film, który się na serio zestarzał technicznie. Tylko ostatnia scena wg mnie zasługuje na miano prawdziwego arcydzieła, a do tego czasu się trochę nudziłem.
              pozdrawiam

            • Wiem, że filmy nie dzielą się na arcydzieła i filmy rozczarowujące – przecież w pierwszym komentarzu do tego tematu podzieliłem filmy Hitchcocka na arcydzieła, filmy bardzo dobre i rozczarowujące. „M…” oraz „Nieznajomych…” zaliczam do bardzo dobrych, ale jednak wyraźnie słabszych od najlepszych dokonań mistrza. W „Nieznajomych…” zirytowało mnie np. pokazanie policjantów jako kompletnych kretynów, np. w scenie finałowej, kiedy strzelają do faceta na karuzeli – to było zbyt naciągane i nielogiczne, po to tylko, aby na siłę stworzyć efektowną scenę finałową. A „Ptaki” moim zdaniem mają świetnie budowane napięcie już od pierwszych minut filmu, kiedy tylko delikatnie jest sugerowane zagrożenie. Napięcie w tym filmie wynika także stąd, że sytuacja wydaje się bez wyjścia, bo jak tu walczyć ze stadem ptaków. Oprócz tego są w filmie mistrzowsko zrealizowane sceny (jak np. scena czekania przed szkołą na ławce). Można zarzucić, że film się zestarzał pod względem technicznym, ale napięcia w nim nie brakuje. Jedynie aktorstwo jest tu przeciętne – najlepiej zagrały ptaki :)

  2. „pokazanie policjantów jako kompletnych kretynów” – to tak jest w każdym prawie amerykańskim filmie :)
    Co do karuzeli to fakt, jest tu trochę efekciarstwa, niemniej dla mnie ten film to w dalszym ciągu kawał kryminału, świetna intryga wokół głównych bohaterów i thriller, który staje się z minuty na minutę coraz mroczniejszy. A że drobiazgów się czepiać- no można, ale czy warto :D

    A co do „ptaków” to jak ja mówię , że nie czułem napięcia, to nie mówię tego tylko dlatego, aby stać w opozycji – takich filmowych wrażeń się nie da oszukać , tak samo jak nie da się w żaden obiektywny i racjonalny sposób udowodnić, że napięcie w filmie jest ;) Wszystko zależy od subiektywnych wrażeń odbiorcy.

    Hitchcock zawsze unikał horrorów typu „uwaga potwór” właśnie dlatego, że po co się bać zwierząt lub innych stworów, skoro wystarczająco dużo zagrożenia mogą stworzyć nam inni ludzie. I to było dla mnie główne podłoże rozczarowania tym filmem. Ale i tak dałem aż 7/10 głównie za klimat i ostatnią scenę i na pewno kiedyś sobie powtórzę ten film. Może będzie lepiej.
    pozdrawiam

    • Hitchcock zwykle nie popełniał błędów w swoich filmach, dlatego drobiazgi często decydują o tym, który jego film jest lepszy. Dlatego wspomniałem o tej scenie, która mimo że to drobiazg mnie raziła i zapadła w pamięć.

      Co do napięcia to oczywiście masz rację, dlatego zaznaczam, że to co napisałem wyżej to moje zdanie, a nie jedyna słuszna teoria. Tobie podobały się fantastyczne elementy „Piratów z Karaibów”, a w „Ptakach” już ci się ta fantastyka nie podoba, tak ze mną jest odwrotnie – w „Piratach…” raził mnie nadmiar fantastyki, a w „Ptakach” fantastyczna fabuła wydała mi się bardziej oryginalna i zaskakująca w porównaniu do poprzednich filmów Hitchcocka.
      Pozdrawiam :)

  3. Słyszałam dość dużo o tym filmie. Sama jeszcze nie widziałam, ale Twoje argumenty są na tyle przekonujące, że nie ma bata, żebym tego filmu nie obejrzała. Nawiasem mówiąc, świetna analiza dzieła Hitchcocka :) Gratuluję!
    P.S. Moje chwalenie wszystkiego, co wychodzi spod Twego pióra, staje się powoli nudne, ale ciągle nie dajesz mi powodów, bym zmieniła swoją „orientację” w tym temacie :] Pozdrawiam.

    • dzięki , dzięki :)
      W ogóle witam po dłuższej przerwie ;) co do Hitchcocka , to cóż mogę dodać- polecam z pełnym przekonaniem ten film, sam miałem ochotę na ripley już dzień po seansie. Wyśmienity kryminał.
      pozdrawiam i czekam na nowe recenzje u Ciebie!

  4. Uwielbiam kino Hitchocka. Zrecenzowałam także ten film u siebie, możesz przeczytać, jeśli chcesz. Z jego filmografii miałam okazję zapoznać się tylko z 4 filmami, jednak w domu mam jego wiele filmów i jestem pewna, że jeszcze nie jeden, nie 2 i nie 3 mi się spodobają. Jest mistrzem w swoim fachu.
    Pozdrawiam!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s