The Social Network ****

The Social Network ****

Poprzedni film Davida Finchera, czyli wystylizowane love story o młodniejącym Benjaminie Buttonie otrzymał mnóstwo głosów mocnej krytyki, celującej w jego banalność, sentymentalizm, rozwodnienie i brak szczególnego rozwinięcia głównego pomysłu na scenariusz.  Dla mnie to było jednak dzieło wybitne- nie wstydzące się własnej staroświeckości, nie zażenowane tym, że opowiada zwyczajnie prostą historię dla prostego widza. W „Social Network” reżyser spłaca dług wobec krytykantów „Buttona”- wszyscy są tu tak okropnie „cheesy” , tak nachalnie nadmuchani i próbujący z każdej linijki wyłuskać choć jeszcze jeden sarkastyczny  dowcip, że tylko czekałem aż z bezczelnością godną Tarantino , Fincher oznajmi na końcu, że „stworzył arcydzieło”. Alleluja i klękajcie narody. I najlepiej Oscary dawajcie.

Jak zapewne każdy zdążył się już dawno zorientować, „Social Network” jest filmem o facebooku. Choć może nie do końca- samego „fejsa” jest tu zaskakująco niewiele, bo film koncentruje się wokół kilku bohaterów, związanych historycznie z początkami globalnego portalu. Pierwszym z nich jest oczywiście Mark Zuckerberg (dla niektórych ten film będzie okazją, żeby w ogóle go poznać) – dwudziestokilkuletni student Harvardu. Geniusz komputerowy, który już w pierwszej scenie całego filmu spala się podczas randki z dziewczyną. Partnerka odsłania jego emocjonalną niedojrzałość – on w przypływie złości , wynikającej z kompleksów walczy z złym światem przy pomocy własnego geniuszu. W przeciągu jednej nocy stawia na nogi cały uniwersytet. To jeszcze nie facebook, ani nawet TheFacebook- póki, co to tylko seksistowska aplikacja do porównywania „która ze studentek jest ładniejsza” – ta po lewej, czy ta po prawej?

Imponujący wyczyn doprowadził do Zuckerberga kolejnych studentów – oprócz przyjaciela dbającego o zaplecze finansowe rozrastającej się firmy,  Eduardo Saverina, do spółki trafili też bracia Vinklevoss, autorzy pomysłu na ekskluzywny portal społecznościowy tylko dla uczniów Harvardu. I to właśnie bliźniaki są tu pierwszymi ofiarami ‚zdrady’ ze strony młodego geniusza. Thefacebook powstał i zaczął się rozrastać praktycznie bez ich wiedzy i udziału. Mało tego- Zukcerberg w pewnym momencie zdradza też Eduardo, porozumiewając się ze Seanem Parkerem, założycielem pirackiego serwisu Napster. W kilka lat facebook (oczyszczony w nazwie z „the”) opanował świat- stał się miejscem wymiany myśli, poglądów i skrytych tajemnic jego użytkowników (około 500 milionów) , a także miejscem zbliżania ludzi do siebie-  za to życie Marka i jego kolegów z uczelni zamienił w długo trwający proces komisyjny (właściwie to 2 równoległe procesy), niszczący ich więzi, destruktywny i ostatecznie dla jednego z bohaterów dość kosztowny.

Ta ciekawa historia opowiedziana jest w tempie wprost zabójczym i na dodatek w większości na zasadzie wielopiętrowej narracji poskładanej świetnej jakości montażem równoległym. Reżyser uzyskuje efekt, jakiś ongiś udało się Orsonowi Wellesowi w „Obywatelu Kanie” – nie ma jednej prawdy, ale jest kilka różnych punktów widzenia, co do których osąd należy już tylko dla widza. Fincher zaś, stawia się tutaj w roli przekazującego fakty- przeważająca część dialogów pełni rolę czysto informacyjną i taką też funkcję nosi ze sobą cały film. Czy naprawdę przy takiej ilości tekstu mówionego trzeba było aż filmu, skoro „Social Network” przez prawie cały seans przypomina przydługie radiowe słuchowisko?

Niewiele też ‘Social network” wywołuje niestety emocji.  Naprawdę liczyłem na film energetyczny, sexi, ekscytujący i przejmujący aż do ostatniej klatki- w końcu to film o studentach miliarderach tworzących współczesną historię! Tymczasem mały Zonk- tylko z dwie lub trzy sceny wywołują w „Social Network” jakiekolwiek napięcie, a suspensu (jak na dramat sądowy, którym ta produkcja de facto jest) nie ma wcale. Może to właśnie oryginalna konstrukcja fabularna zaszkodziła tu najmocniej? Bo błyskotliwa jest i owszem. Ale nieustanne ciachanie scen nożycami edytora nie daje szansy wybrzmieć bohaterom i ich namiętnościom do końca. A ci są przecież naprawdę ciekawi – sam Zuckerberg (znakomity Jesse Eisenberg znany z najlepszej komedii ostatnich lat,  ‘Zombielandu”) – trudno chłopaka rozgryźć. Egocentryczny dupek, zamknięty w sobie nerd, czy mściwy podły charakter? Czułem , że za fasadą bezczelności i buntu kryje się coś więcej niż szczeniacka postawa wyrośniętego gimnazjalisty.

Zuckerberg jest tu enigmą, największą tajemnicą filmu, niczym Charles Foster Kane w arcydziele kina z przed 70 laty. Jest bohaterem swoich czasów- czasów pogoni (nie tylko za pieniądzem- także za sławą, rywalizacją, eliminacją przeciwnika, czy za społeczną akceptacją) i demonicznej potęgi narastających wpływów, przypływu władzy i kontroli. Przypomina mi trochę bohatera z filmu „Słoń” Gus van Santa- tam bohater opluwany przez innych i traktowany z arogancją w finale przeszedł przez szkołę i strzelał do wszystkich, jak do kaczek. Bohater Finchera oczywiście takim psychopatą nie jest – ale również on, na samym końcu zostaje sam. Sam na sam z komputerem i myszką- pulpitem sterowniczym współczesnego życia.

Jeżeli więc należycie do pokolenia zaniku dialogu, zaniku obiektywności racji i pojawienia się instytucji mało wiarygodnej myśli czy plotki, którą można umieścić wszędzie, nawet na tablicy na fejsie, to zdecydowanie film także dla Was. Również dla tych, co choć raz mieli usilną potrzebę zmienić kretyński na facebooku  „status związku”, żeby przypadkiem nie mieć potem u partnera/partnerki problemu wysłuchiwania niemiłych komentarzy („dlaczego nie zmieniłeś STATUSU na „w związku”?!). Nawet więc jeśli „Social Network” nie budzi dużych emocji, nawet jeśli nie bawi może tak,  jak należy (komu tu kibicować? kogo lubić?) i nie jest wydarzeniem, jakim go okrzyknięto za oceanem- pewne obserwacje są tu dla XXI wieku dość symptomatyczne.

To powiedziawszy, film Finchera pozostaje solidnym dramatem- chwilami bardzo ciekawym, z świetnymi kreacjami aktorskimi (nawet Justin Timberlake dobry)  i bardzo dobrze zrobionym. Zarówno zdjęcia, czy dobór kostiumów- wszystko dopieszczone, wręcz sterylne, w HD chyba by mi oczy wypaliło od ilości dopracowanych szczegółów (film trąci sztucznością, za to woła dzięki swej perfekcji o multi nominacje do różnych nagród). No i z bardzo dobrą muzyką – stworzoną na potrzeby filmu przez  Trenta Reznora, wokalistę industrialno rockowego zespołu Nine Inch Nails. Tytułem małego resumee, idąc za fejsbukowym slangiem mogę po filmie Finchera śmiało powiedzieć – „lubię to”!

szymalan

Reklamy

12 thoughts on “The Social Network ****

  1. Mnie najbardziej intrygują te wszystkie obiekcje, jakie do samego filmu miał Zuckerberg. Jak wiadomo, chłopcy mieli wiele zastrzeżeń, a także apelowali o zbojkotowanie „Social Network”. Trudno się nie zgodzić. Kto miałby niby uwierzyć, że to dziewczyna (a takie podobno rozwiązanie proponuje Fincher w swoim filmie) miała na Zuckerberga taki wpływ, że w przypływie złego nastroju postanowił „skonstruować” jeden z najpotężniejszych wynalazków XXI wieku. Bo w rzeczywistości, Facebook stał się niebotycznie popularny i wpływowy, i z tym nie ma co dyskutować, chociaż ja nie rozumiem tego całego „hypu” na tego typu wynalazki, osobiście uważam, że trzeba mieć dużo wolnego czasu, by oddawać się takiemu hobby, a że ja tego czasu nie mam w ogóle, to czuję, że moja ignorancja jest tu przynajmniej po części usprawiedliwiona. Ogólnie rzecz ujmując, ciekawi mnie ten film z punktu widzenia społecznego, a że Fincher jest świetnym reżyserem to, o stronę techniczną filmu się nie martwię. Tylko mam jedno pytanie, czy „Social Network” jest tego typu filmem, do którego będzie się z przyjemnością wracać? Bo jeśli chodzi o filmy oparte na czyjejś biografii, to jest to dla mnie niezwykle istotne. Pozdrawiam =)

    • No właśnie, dobre pytanie. Jedną z pierwszych rzeczy, jaką powiedział mi znajomy tuż po wyjściu z pokazu było właśnie to, że do tego filmu nie będzie chciało się wracać. Że ot, wysłuchaliśmy co mają nam do powiedzenia i wystarczy. I w sumie się zgadzam z tym, bo rzeczywiście rozczarowało mnie, że ten obraz (przy całej swej maestrii aktorsko-reżyserskiej) nie wywołał we mnie aż takich emocji , jakie powinien (wg np. amerykańskich recenzentów piejących z zachwytu).
      Niemniej postanowiłem, że przy najbliższej okazji (choć już na pewno nie w kinie) jednak dam temu filmowi 2 szansę. I wtedy wyjdzie czy ja byłem zwyczajnie zmęczony (późny seans , piątek wieczór) czy ten film faktycznie w kilku swoich istotnych miejscach czymś wyraźnie mi przeszkadza. To powiedziawszy- wyczekuję recki na Twoim blogu ;)
      pozdrawiam! :)

  2. Aż dziwne, że wcześniej nie trafiłem na Twojego bloga, pewnie będę wpadał częściej (i btw zapraszam też do siebie).

    Co do samego filmu, to wywołał u mnie podobne uczucia, aczkolwiek nie do końca zgadzam się, że przypomina słuchowisko radiowe. Ocena jak najbardziej sprawiedliwa, a ja poszedłem na ten film właściwie nie wiedząc czego się spodziewać i byłem pozytywnie zaskoczony. Nie wiem czy nawet nie zaryzykuję stwierdzenia, że było to (jak narazie) największe zaskoczenie tego roku. Pozdrawiam

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s