Lourdes ****

Lourdes ****

Gdyby ktokolwiek w naszym tradycyjnym, (w większości)  katolickim kraju postawił  pytanie o skojarzenia z nazwą Lourdes, zapewne odpowiedzi były by za każdym razem te same: jakieś miasteczko na francuskiej prowincji, w którym Podobno ukazała się Matka Boska oraz Podobno mają tam miejsce cudowne wydarzenia, takie jak np. uzdrowienia chorych. Pewny jest tylko jeden fakt- do Lourdes masowo podróżują wierni w religijnych pielgrzymkach na okrągło przez cały rok.

Reżyserkę, Jessicę Hausner, nie interesował jednak fenomen tego miasta, ale próba oddania panującej tam atmosfery oraz motywy odwiedzających sanktuarium. Do Lourdes przybywają tłumy- zdrowych wiernych szukających śladów magiczności znanego miejsca oraz chorych- pragnących  nadziei na odzyskanie zdrowia. Wielu z tych ostatnich przybywa tam nie po raz pierwszy. Pielgrzymka zorganizowana przez Kościół przypomina tu szkolną wycieczkę. Autokary, wspólne posiłki, rozplanowany dzień, pilnujące porządku i opieki nad najbardziej potrzebującymi ochotniczki przebrane za siostry zakonne. A dzień to beznamiętne modlitwy, msze z patetycznymi śpiewami, ustawianie się w długaśnych kolejkach do najbardziej kultowych miejsc Lourdes.

W tym usztywnionym światku pojawia się  główna bohaterka, Christine (Sylvie Testud). I ona trafia tam dzięki zorganizowanej pielgrzymce, i ona jest niepełnosprawna, uzależniona niemal co krok od pomocy innych, nie wstaje z wózka inwalidzkiego. „Dlaczego ja?” – ile razy to pytanie usłyszeliśmy z ust chorej (niezależnie na jaką przypadłość) osoby, lub sami je wypowiedzieliśmy? Dlaczego ja nie mogę żyć jak inni, normalnie? „A co to znaczy, normalnie?”- pyta tu ksiądz,  chyba też nie do końca przekonany do swojej wiary. Christine nadziei nie ma, niemal nie uśmiecha się, nie liczy na wymianę „uzdrowienie za szczerą wiarę wyrażoną w modlitwie”. Dla niej to tylko nudna wycieczka sponsorowana przez Kościół Katolicki („W Rzymie było lepiej. Bardziej kulturalnie”- jak mówi;  zapewne mniej nudno, bez modlących się przy każdej figurce staruszek i sklepów z pamiątkami religijnymi).

Ale nawet osoby zadeklarowane jako wierzące, ponuro snują się bez pociechy po terenie sanktuarium i luksusowego hotelu, bez entuzjazmu czekając na cud, na który i tak nie warto liczyć. W pustych salach nie czuje się obecności Boga, strażnicy żartują z Maryi opowiadając lokalny dowcip zakończony puentą „To jedźmy Do Lourdes. Tam nigdy nie byłam”.  Na pytania o cuda,  księża i zakonnice udzielają wymijających odpowiedzi- „Ważne jest uleczenie duszy, nie ciała”, „Wyroki boskie są niezbadane”.

I nagle, kompletnie niespodziewanie, upragniony ‚cud’ się zdarza. W środku jednej z ostatnich nocy pobytu w Lourdes, Christine wstaje na własne nogi z łóżka i idzie do łazienki. Natychmiast na drugi dzień staje się sensacją i obiektem  niesamowicie żywego zainteresowania.  Ale i podstawą do kolejnych pytań: Dlaczego ona, niewierząca? Przecież przybyła tam po raz pierwszy, a są tu chorzy pielgrzymujący od lat. A i to nie koniec komplikacji – stwierdzić cud nie jest tak łatwo, a miejscowy lekarz potwierdza wyraźną poprawę jej zdrowia, ale jednocześnie daje do zrozumienia, że schorzenie na jakie cierpi, ma tendencję do okresowej poprawy.

Czy możliwość ustania na własnych nogach wytwarza w bohaterce wiarę? Skądże, to tylko okazja dla niej do ucieszenia się drobnymi przyjemnościami- samodzielnym spacerem, jedzeniem, wycieczką w góry, czy romansem z przystojnym  strażnikiem Lourdes. Ale też- w dalszej perspektywie- szansą na „normalne” życie. Szansą, której weryfikacja przychodzi jeszcze przed powrotem do domu, podczas potańcówki na zakończenie pobytu.

Ten świetnie przyjęty w Polsce i na świecie film nawet nie mnoży, a zastraszająco szybko potęguje ilość stawianych pytań, wątpliwości i hipotez. Na dobrą sprawę możemy powiedzieć, że zagadnienia wokół, których porusza się reżyserka są prymitywne- przypadek, niespodziewany  uśmiech losu czy cud;  brak Boga, czy jednak jego obecność i niemożliwość zrozumienia przez ludzi jego  motywów. Dalej-niesprawiedliwość ludzkiego losu. Bo jedni mają, a inni nie, jednych Bóg obdarza, drugim zabiera, jedni doświadczają cudu, inni przeżywają kolejne rozczarowania. Było, było, wszędzie gdzieś w kinie to wszystko było.

A jednak umiejscowienie akcji w takim miejscu jak Lourdes, wiele zmienia. Tutaj wszyscy są jednocześnie jakby blisko- Boga, rytuałów, sacrum, cudu, a jednocześnie daleko- od Boga, od prawdy, od siebie. Wyobcowani, jakby osieroceni przez tego, w którego wierzą. Hausner panoramuje kamerą przestrzenie, puste korytarze i sanktuarium. Oddala nas od bohaterów, zabijając emocje i wprowadzając dyskretnie surowy dowcip całej sytuacji. Jak w tej scenie, w której bohaterowie podchodzą powoli do bijącej w oczy białej zasłony. Co za nią znajdują? Jeden z kolejnych banalnych obrzędów, symptomatycznych dla pobytu w Lourdes- przemywanie wodą święconą.

I tak jest przez cały film- już tuż, tuż odkrywamy jakąś tajemnicę lub prawdę o ludzkim losie- a po chwili znów czujemy tylko pustkę i rozkładamy ręce. Dręczące kino, choć też paradoksalnie, jakoś pozbawione ducha (za to gwiazdka mniej). Trzeba zobaczyć.

szymalan

Reklamy

2 thoughts on “Lourdes ****

  1. Podoba mi się osoba głównej bohaterki :) Z recenzji wnioskuje, że jest nie przyjmuje wiary ‚bezrozumnie’, trzeźwo ocenia to, co dzieje się wokół niej, a przede wszystkim nie jest krystalicznie pozytywną postacią. Mam nadzieję, ze dobrze odczytałam to, co napisałeś. Skoro trzeba zobaczyć, to na pewno objerzę :) Pozdrawiam :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s