Nine – Dziewięć ***

Nine – Dziewięć ***


Chyba wszyscy liczyli na ten film. Garnitur gwiazd z najwyżej półki przed kamerą, obiecujący w  Hollywood reżyser za nią, a wszystko będące bezpośrednim odniesieniem do jednego z największych filmów wszech czasów- „8 i pół” Felliniego. Miał być genialny, ambitny musical, sukces artystyczny i komercyjny, zapewne twórcy liczyli też na najważniejsze Złote Globy i Oscary. Teraz jednak recenzenci pieją o spektakularnej porażce i ja niestety nie będę w tym temacie oryginalny: od połowy fabuły spoglądałem na zegarek.

Jak mogło do tego dojść z taką ekipą? Może dlatego, że film był już zabity na poziomie konceptu. Co niby mogła wnieść do arcydzieła Felliniego ta historia,  poza tym,  że została „umusicalowana”? Rob Marshall miał wielkie ambicje, ale jednocześnie mało wyobraźni lub odwagi, aby poza kopiowanie mistrza wyjść. Fabularnie dużo właściwie się nie zmieniło. I tu mamy więc włoskiego reżysera (Daniel Day Lewis) przeżywającego kryzys twórczy (i też ma na imię Guido), jednak zobowiązanego nakręcić nowy film.  Jest też Luisa (Marion Cottiliard)  – jego żona, z którą nie układa mu się najlepiej, no i napalona kochanka, Claudia (Penelope Cruz). Guido nie potrafi napisać nawet jednej strony scenariusza do filmu, uwikłany jest w skomplikowane stosunki z aktorkami, a także z matką (Sophia Loren) i tylko jego projektantka kostiumów (Judi Dench) z planu filmowego,  patrzy na niego pobłażliwie. Na domiar wszystkiego pojawią się w nim jakieś dziwne wizje z własnego dzieciństwa, które nijak nie pomagają mu wyjść z życiowego zastoju.

Odnoszę wrażenie, że od początku widzom będzie trudno (tak, jak mnie) skrócić dystans między nim a ekranem. Główny bohater to napuszony i patetyczny egocentryk, po naszemu po prostu dupek, użalający się nad swoim zakłamanym i pustym życiem jak  niedojrzały nastolatek.  Jego infantylne stosunki z żoną (i kochanką) prowadzą tylko do pogłębiającego się  znużenia i irytacji. Film Felliniego był szczerym, autorskim wyznaniem: „Nie mam nic do powiedzenia, ale wiem jak  to powiedzieć”.   Była to polemika z sztuką,  arena do dyskusji z widzem- Co właściwie chcemy oglądać i na ile powinno być to dzieło autorskie? W filmie Marshalla już tego dialogu nie ma. Jest pusta, ale piękna dekoracja, bohater, w którego nie wierzy nawet sam reżyser i rozbuchana forma, która sprawdza się tylko do pewnego momentu.

Podobają mi się w tym filmie przede wszystkim zdjęcia (mogły byś spokojnie nominowane do Oscara, nawet kosztem „Avatara”). Dawno nie widziałem tak perfekcyjnego wykadrowania postaci, przemyślanych ruchów po planie, a także oświetlenia, sprawiających, że fotosy z filmu można by wieszać jako ozdoby na ścianie. Niezmiennie od czasów ”Chicago” jest w musicalu Marshalla świetny montaż, a także kostiumy.  Te drobne szczególiki w połączeniu z wysokiej jakości aktorstwem dają, mimo iż nikt z doborowej osady nie gra tu na pełnych obrotach, film technicznie po prostu bardzo udany. Oczywiście nie bez znaczenia pozostaje też fakt, że panie pojawiają się tu najczęściej w skąpej, seksownej bieliźnie.

Ale rozczarowuje to, na co chyba wszyscy czekali- cześć musialowa. Humor, lekkość i doskonałe, wpadające w  ucho piosenki zdecydowały o sukcesie „Chicago”. Ich brak to właśnie porażka „Nine”. Nie wiem kto pisał te słabe teksty i kto pisał tę niemelodyjną muzykę, ale nie wyobrażam sobie filmu tego gatunku, który kończę bez potrzeby natychmiastowego zanucenia całego scenariusza i odtańczenia na ulicy połowy choreograficznych popisów z filmu. Tu tymczasem- gdyby nie wybijające się „Be Italian” i „Cinema Italiano”,  o których wszyscy piszą, byłaby katastrofa. Mdłe, poważne, chwilami łzawe utwory przy „problemach” głównego bohatera się z nimi w ogóle nie równoważą i całość zmierza przez to w stronę niezamierzonej autoparodii. W dodatku szybko też odkrywamy schematyczność wykorzystania aktorów- wszyscy dostają swoją porcję do odśpiewania i dziwnie znikają z pola widzenia. Dwie piosenki dostają Daniel Day Lewis (co zrozumiałe)  i rozlazła, jakby cały czas spięta Marion Cottiliard.

Nie oczekiwałem od „Nine” drugiego arcydzieła na miarę swojego pierwowzoru, ale i tak film mnie bardzo rozczarował. Zwłaszcza, że pierwsza połowa, z sprawną akcją i błyskotliwą realizacją, była dość obiecująca.

szymalan

Reklamy

2 thoughts on “Nine – Dziewięć ***

  1. To prawda, ludzie liczyli na ten film. Po sukcesie jakim był „Chicago”, niewątpliwie rewelacyjny musical, wszyscy spodziewali się, że Marschall znowu uczyni jakiś znakomity film. Ale skoro piszesz, że piosenki były marne, to to już jest poważny błąd, który komu jak komu, ale Marschallowi nie powinien się przytrafić. Pozdrawiam ;]

  2. widziałam go dopiero dzisiaj i niestety także się zawiodłam. jak dla mnie za mało musicalu było w tym filmie i jednak za małe to widowisko jak na „największe widowisko w tym roku”. No, ale przeżyłam seans chociaż potwornie mi się dłużył.
    Pozdrawiam ;**

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s